Stella próbowała krzyczeć, niestety na nic się zdały jej krzyki. Sprawca złapał ją skutecznie, nie była w stanie wydobyć dźwięku. Próbowała odepchnąć się od niego, jednak uścisk w który ją złapał był bardzo silny, nie była w stanie nic z tym zrobić. Czuła jego palce, które coraz bardziej zaciskały się na jej szyi. Jeszcze chwila, moment, a będzie po wszystkim. Odejdzie stąd, jej żywot się skończy w tej ciemnej, pustej alejce, z dala od najbliższych. Sama, między jakimiś śmietnikami. Będą pisać o tym, jak skończyła pewna wiolonczelistka. Na pewno znajdą się chętni, żeby to czytać, zapewne będzie na okaładkach - ironia. W końcu zawsze jej tak zależało, żeby się na nich znajdować. Ta sytuacja jednak nie do końca była wymarzoną.
Dlaczego ona? Miała w końcu całe życie przed sobą. Była młoda, nie powinna skończyć go już teraz. Miała marzenia, które chciała spełnić, to wszystko chciał jej odebrać. Nie widziała jego twarzy, nie miała pojęcia jak wygląda. Czuła jednak, że ten moment się zbliża. Przestała walczyć, straciła nadzieję, uświadomiła sobie, że nie ma już szans, że jest po niej. Taki już los był jej pisany. Była gotowa tu umrzeć. Teraz. Czuła, że gaśnie, było naprawdę blisko.
Usłyszała jednak dźwięk, a może miała już omamy. Trudno jej było stwierdzić. Pojawiła się szansa, może nie? Zdecydowanie słyszała głos. Tyle, że nadal była skierowana tyłem do wejścia w alejkę. Nie wiedziała, czy naprawdę ktoś tam jest. Nie minęła jednak chwila, a usłyszała czar. Ktoś faktycznie się tutaj zjawił. Jednak dzisiaj nie umrze. Poczuła, że uścisk na jej szyi się zwalnia, bolała ją, jednak wreszcie mogła złapać oddech. Łapczywie nabierała powietrza, zaczęła kaszleć, musiała zacząć normalnie oddychać, wcale jednak tego nie ułatwiał stres. Spanikowała, kto by nie panikował w takiej sytuacji. W końcu ktoś chciał ją zabić.
Chwiejnym krokiem doczłapała się do ściany, oparła się o nią i osunęła na ziemię. Płakała, próbowała zobaczyć, co się dzieje w alejce. Jednak zauważyła tylko mężczyzn, którzy z niej wybiegali. Została tutaj sama, porzucona w alejce, w której chwilę wcześniej prawie została zabita. Potęgowało to jej strach. W końcu skąd mogła wiedzieć, że on tutaj nie wróci? Że nie będzie chciał dokończyć swego dzieła. Nie miała jednak tyle sił, żeby wstać i się podnieść. Czekała, sama nie wiedziała do końca na co.
Usłyszała kroki, podniosła wzrok, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ktoś ponownie się tutaj zjawił. Przesunęła się po ziemi do tyłu, bała się, że oprawca wrócił. - Nie ruszaj mnie, odsuń się, błagam. - Liczyła, że jej prośba coś da, choć dane jej już było zobaczyć determinację sprawcy. Odezwał się do niej jednak. Mówił, że jest z ministerstwa, czy powinna w to wierzyć, czy chciał tylko odwrócić jej uwagę. Zaczęła się trząść, nie wiedziała, co właściwie się dzieje. Dopiero kiedy zaczął się zbliżać poznała tę sylwetkę, jednak czy na pewno. Jak to możliwe, że to akurat Stanley się tutaj pojawił. Dziwny zbieg okoliczności, usłyszała swoje imię i dostrzegła dłoń skierowaną w stronę swojej twarzy, a wtedy sen się skończył.
Szła teraz w stronę Błędnego Rycerza. Nie wiedziała właściwie dokąd ma jechać, wiedziała tylko, że musi wsiąść do czarodziejskiego autobusu. Stukot obcasów roznosił się po okolicy. Nikogo nie było wokół, tylko ona, pusta ulica, i pojazd, do którego miała wsiąść. Była noc, drogę oświetlał księżyc. Nie wiedziała jednak, dlaczego jest tu aż tak pusto, gdzie się podziału wszyscy wieczorni spacerowicze. Ci, którzy podchmieleni mniej lub bardziej przemierzali alejki? Nie miała pojęcia. Musiała wsiąść do autobusu - wtedy będzie bezpieczna, dojedzie, tylko gdzie właściwie miała jechać?
Weszła do magicznego autobusu, przywitała się z kierowcą, znała jego twarz, zdarzało jej się już podróżować tym środkiem transportu. Przywitała go uśmiechem, zapłaciła za bilet i weszła w głąb. Usiadła na jednym z miejsc, które znajdowały się w środku pojazdu. Kierowca rozpoczął podróż.
Jechali dobre kilka minut, Stella oglądała drogę przez szybę, miała jednak wrażenie, że coś jest nie tak, że autobus nie jedzie tam gdzie powinien. Dlaczego czuła takie dziwne uczucie, skoro nie miała pojęcia dokąd jedzie. Wjechali do lasu, ciemnego lasu, nie było już tutaj żadnych latarni, wszystkie zniknęły tak szybko, jak zniknął Londyn. Autobus sie zatrzymał. - Co się dzieje, dlaczego nie jedziemy? - Krzyknęła, jednak kierowca zniknął. Rozpłynął się w powietrzu. Nie podobało się jej to wcale. Już miała się podnieść, kiedy ktoś usiadł tuż obok. - Wreszcie Cię dopadłem. - Trzymał w ręku nóż, który zbliżył do jej klatki piersiowej.
Oczy jej się zaszkliły. Czuła, że jest źle. Nikogo tutaj nie było, znaleźli się w środku lasu. Dlaczego? Czemu jej się to przytrafiło? Nie chciała umierać, miała zamiar przeżyć jeszcze wiele lat, dorobić się całkiem dużej rodziny i teraz, nagle wszystko miało się skończyć?
- Wychodzimy i nie próbuj uciekać. - Powiedział do niej mężczyzna i złapał ją mocno za nadgarstek. Pociągnął ją za sobą, żeby wyszła za nim na zewnątrz. Kiedy wyszli z autobusu popchnął ją w stronę drzwi. - To by było na tyle. - Zaczął zbliżać nóż w kierunku klatki piersiowej dziewczyny. Stella zamarła, zamknęła oczy i czekała, aż wbije ostrze.