05.02.2026, 09:33 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 05.02.2026, 09:35 przez Bard Beedle.)
Ciemność była wszechogarniająca, wypełniona ciszą i chłodem, który zdawał się tym dotkliwszy, im bardziej Erik poddawał się panice. W pewnym momencie nawet świadomość własnych kończyn stawała się coraz bardziej przytępiona: palce zaciskały się na różdżce z opóźnieniem, niezgrabnie, nogi… czy w ogóle miał jeszcze nogi…?
Ale…
Choć niczego nie słyszał, niczego nie widział, to gdy myślał o tym, że ratunek na pewno nadejdzie, kiedy uciekał myślami do Dory i Jonathana, do reszty grupy, wobec których nie miał wątpliwości, że będą ich szukać, chłód zdawał się przemijać. Dłoń znów działała jak powinna. Mrok istniał, ale wrażenie, jakby sięgał ku niemu, by go pochłonął, słabło.
Być może odpowiedź kryła się w jego własnym umyśle. Nie mógł być w prawdziwym miejscu, gdzie w zamku coś takiego by się uchowało? Nie dawał rady tego rozproszyć, więc… być może mierzył się z czymś, co tkwiło w jego głowie: z czymś, co w swej naturze przypominało bogina. Z zaklęciem, które działało w podobny sposób, ożywiając lęki.
*
Fałszywa Dora znów się uśmiechnęła, tym razem uśmiechem szczerszym niż wcześniej: jakby coś w wypowiedzi tej prawdziwej się jej spodobało. Może chodziło o to, że Crawleyówna przynajmniej częściowo odgadła naturę tego zaklęcia, klucz, czy raczej jeden z dwóch kluczy, którym był strach.
Teraz trzeba było jeszcze znaleźć sposób na jego pokonanie.
Odbicie uniosło głowę, dokładnie jak Dora, mimikując jej postawę, idealnie, w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z ułożeniem rąk, a po chwili też wyrazem twarzy. Przez moment faktycznie było tak, jakby Dora stała przed lustrem,
– W takim razie… zaakceptujesz to? – spytała, spoglądając na Dorę, zanim przestała ją kopiować, i uniosła dłonie, pokazując ciemne nitki, oplatające się wokół palców, a w nos Crawleyówny znów uderzyła woń czarnej magii.
*
– Tylko od nich zależy, co się z nimi dzieje, i będą tak bezpieczni, jak bezpieczni być mogą, mierząc się ze swoimi lękami. Ten czar nie ma zabijać. Ma uwięzić.
Jej głos cichł, w miarę jak mówiła, a gdy Jonathan się odwrócił, jej postać zaczęła migotać, powoli zanikając. Jeśli stworzyła te podziemia, jeżeli była duchem, którego niewiele mogło tu zatrzymać, może wiedziała coś o ich konstrukcji: o kolejnych pułapkach.
O tym, czy ktoś wszedł tutaj przed nimi.
Zaklęcie Selwyna sprawiło, że schody też zamigotały, zupełnie jak widmowa postać za nim. I przez moment widział Dorę i Erika, którzy najwyraźniej po prostu zostali przez nie wciągnięci. Nie spadli daleko: utkwili w ich środku, tuż pod stopniami. Oboje leżeli jednak nieruchomi i bladzi, jakby pogrążeni w bardzo głębokim śnie.
Czy duch zniknie, czy odpowie na jeszcze jedno pytanie
/odpisy do godziny 9, 8.02 – jeśli ktoś wie, że potrzebuje więcej czasu, niech da znać dzisiaj./
Ale…
Choć niczego nie słyszał, niczego nie widział, to gdy myślał o tym, że ratunek na pewno nadejdzie, kiedy uciekał myślami do Dory i Jonathana, do reszty grupy, wobec których nie miał wątpliwości, że będą ich szukać, chłód zdawał się przemijać. Dłoń znów działała jak powinna. Mrok istniał, ale wrażenie, jakby sięgał ku niemu, by go pochłonął, słabło.
Być może odpowiedź kryła się w jego własnym umyśle. Nie mógł być w prawdziwym miejscu, gdzie w zamku coś takiego by się uchowało? Nie dawał rady tego rozproszyć, więc… być może mierzył się z czymś, co tkwiło w jego głowie: z czymś, co w swej naturze przypominało bogina. Z zaklęciem, które działało w podobny sposób, ożywiając lęki.
*
Fałszywa Dora znów się uśmiechnęła, tym razem uśmiechem szczerszym niż wcześniej: jakby coś w wypowiedzi tej prawdziwej się jej spodobało. Może chodziło o to, że Crawleyówna przynajmniej częściowo odgadła naturę tego zaklęcia, klucz, czy raczej jeden z dwóch kluczy, którym był strach.
Teraz trzeba było jeszcze znaleźć sposób na jego pokonanie.
Odbicie uniosło głowę, dokładnie jak Dora, mimikując jej postawę, idealnie, w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z ułożeniem rąk, a po chwili też wyrazem twarzy. Przez moment faktycznie było tak, jakby Dora stała przed lustrem,
– W takim razie… zaakceptujesz to? – spytała, spoglądając na Dorę, zanim przestała ją kopiować, i uniosła dłonie, pokazując ciemne nitki, oplatające się wokół palców, a w nos Crawleyówny znów uderzyła woń czarnej magii.
*
– Tylko od nich zależy, co się z nimi dzieje, i będą tak bezpieczni, jak bezpieczni być mogą, mierząc się ze swoimi lękami. Ten czar nie ma zabijać. Ma uwięzić.
Jej głos cichł, w miarę jak mówiła, a gdy Jonathan się odwrócił, jej postać zaczęła migotać, powoli zanikając. Jeśli stworzyła te podziemia, jeżeli była duchem, którego niewiele mogło tu zatrzymać, może wiedziała coś o ich konstrukcji: o kolejnych pułapkach.
O tym, czy ktoś wszedł tutaj przed nimi.
Zaklęcie Selwyna sprawiło, że schody też zamigotały, zupełnie jak widmowa postać za nim. I przez moment widział Dorę i Erika, którzy najwyraźniej po prostu zostali przez nie wciągnięci. Nie spadli daleko: utkwili w ich środku, tuż pod stopniami. Oboje leżeli jednak nieruchomi i bladzi, jakby pogrążeni w bardzo głębokim śnie.
Czy duch zniknie, czy odpowie na jeszcze jedno pytanie
Rzut 1d2 - 2
/odpisy do godziny 9, 8.02 – jeśli ktoś wie, że potrzebuje więcej czasu, niech da znać dzisiaj./