05.02.2026, 21:19 ✶
Mieszkanie było pełne sadzy, której – Cathal mógłby przysiąc – znów przybyło od jego ostatniej bytności tutaj, a gdzieś w piwnicach kamienicy ktoś grał na bębnach. Znowu. Grał na nich i trzy dni temu, gdy Shafiq zajrzał tutaj, żeby sprawdzić, czy nałożone pieczęcie cokolwiek zmieniły, i tydzień temu, kiedy te pieczęcie zakładał. Grały i teraz, kiedy przy okazji wizyty w Londynie w sprawach papierkowych wpadli sprawdzić, czy nikt się nie włamał, bo ktoś podobno próbował dokonać włamu do opuszczonego mieszkania sąsiadów.
Bum. Bum. Bum.
Rytm wwiercał się w uszy Shafiqa i w jego umysł. Osadzał się w pamięci. Przez ostatnie trzy dni nie mógł się od tego dźwięku uwolnić: gdziekolwiek był, cokolwiek robił, jego pamięć absolutna podsuwała mu złośliwie właśnie te dźwięki, przez co trudno mu było skupić się w pełni na chwili bieżącej. I gdy dziś rano zaczął mieć nadzieję, że efekt osłabł… znowu.
– Pieczęcie są całe, więc wszystko w porządku – orzekł tonem bardzo spokojnym, a potem spojrzał na swoją dłoń, ubabraną sadzą. Jego niewielkie mieszkanie, składające się z salonu połączonego z gabinetem i sypialni, całe było nią pokryte. Sadza osiadła na ścianach, na szklanych gablotkach, na szafkach – w większości teraz opustoszałych, bo wyniósł stąd w pudłach, co tylko mógł, w nadziei, że zdoła jeszcze ocalić co cenniejsze książki i pamiątki – na biurku. Na podłodze pozostawały ślady, jakby ktoś się tutaj przechadzał, choć Shafiq był pewien, że nic nie zostało ruszone, więc do środka nie dostali się żadni niechciani goście. – Musisz mi tylko dać chwilę, pójdę do piwnicy, zabiję tego bębniarza i będziemy mogli wracać do Walii – dodał, wciąż bez choćby śladu gniewu w głosie. Brzmiał, jakby prowadził zwykłą konwersację.
Ale chyba niekoniecznie żartował, ponieważ po tych słowach skierował się prosto ku wyjściu, a potem ruszył po schodach na dół, ku wejścia do piwnic kamienicy. Dźwięk jego kroków ginął w odgłosach bębnów.
Bum. Bum. Bum.
Rytm wwiercał się w uszy Shafiqa i w jego umysł. Osadzał się w pamięci. Przez ostatnie trzy dni nie mógł się od tego dźwięku uwolnić: gdziekolwiek był, cokolwiek robił, jego pamięć absolutna podsuwała mu złośliwie właśnie te dźwięki, przez co trudno mu było skupić się w pełni na chwili bieżącej. I gdy dziś rano zaczął mieć nadzieję, że efekt osłabł… znowu.
– Pieczęcie są całe, więc wszystko w porządku – orzekł tonem bardzo spokojnym, a potem spojrzał na swoją dłoń, ubabraną sadzą. Jego niewielkie mieszkanie, składające się z salonu połączonego z gabinetem i sypialni, całe było nią pokryte. Sadza osiadła na ścianach, na szklanych gablotkach, na szafkach – w większości teraz opustoszałych, bo wyniósł stąd w pudłach, co tylko mógł, w nadziei, że zdoła jeszcze ocalić co cenniejsze książki i pamiątki – na biurku. Na podłodze pozostawały ślady, jakby ktoś się tutaj przechadzał, choć Shafiq był pewien, że nic nie zostało ruszone, więc do środka nie dostali się żadni niechciani goście. – Musisz mi tylko dać chwilę, pójdę do piwnicy, zabiję tego bębniarza i będziemy mogli wracać do Walii – dodał, wciąż bez choćby śladu gniewu w głosie. Brzmiał, jakby prowadził zwykłą konwersację.
Ale chyba niekoniecznie żartował, ponieważ po tych słowach skierował się prosto ku wyjściu, a potem ruszył po schodach na dół, ku wejścia do piwnic kamienicy. Dźwięk jego kroków ginął w odgłosach bębnów.