05.02.2026, 21:58 ✶
Normalne zachowanie... Nic w nim nie było normalne, ale nawet jeśli miałby się teraz wysilić, przeanalizować to i odpowiedzieć wprost, musiałby zaprzeczyć. To jak się zachowywał w żadnym wypadku nie było standardem Dægberhta Flinta. Jego standardowy uśmiech posiadał w sobie zbyt wiele fałszu, żeby się go dało choćby przyrównać do emocji rozświetlających teraz jego twarz. To byłoby bardzo naiwne żeby go teraz posądzać o zauroczenie, bo nie zwykł zakochiwać się od razu – za szybko i za mocno unikał zobowiązań, żeby go ktoś umiał w sekundę złapać we wnyki, ale czasem się to po prostu czuło – tą potrzebę płynięcia z drugą osobą przez rozmowę, którą chciało zaprowadzić się w konkretne miejsce. Oh na Matkę przenajświętszą, chętnie tę pannę zagadał i zapewne przegadał, ale (chociaż nie mówił o tym głośno, bo głupi był jak but – naprawdę wierzył, że ze wszystkim był w stanie poradzić sobie sam) naprawdę mu się w głowie zakręciło. Szczerzył się więc robiąc dobrą minę do złej gry, licząc piegi, jakimi obsypało buzię, której posiadaczkę zapewne wziąłby za zadziorną, gdyby nie ciepłe słowa, jakimi go obdarowywała.
Była jedną z tych czarodziejek, które lubiły przygarniać do siebie bezpańskie psy? Pojawiła się niby groźba o oblaniu go wodą, ale tego typu zaczepki jedynie wzmagały jego zainteresowanie. Nic na to nie poradził – podobały mu się kobiety, a najbardziej te porywające mężczyznę jak huragan. Zapewne właśnie dlatego, że tak ciężko było kogoś tak upartego jak on wyszarpać na dłużej z kajdan samotności. Jemu się przecież wydawało, że kiedy nikogo innego w pokoju nie było, to wciąż mógł porozmawiać z samą Panią Księżyca. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak głęboko wciąga go to błędne przekonanie w głębiny zwyczajnego obłąkania.
– Oh, ja nie potrafię liczyć – więc daleko mu było do zawodów opierających się na liczeniu i analizowaniu danych – ale ty nie wyglądasz mi na niekompetentną. – Przez śpiewny głos przebijało się delikatne zmęczenie. Miała rację – nie doszedł do siebie i zapewne dobrze by było, gdyby się położył. Tylko pewnie Vior znowu coś kuła w mieszkaniu i będzie hałas... Tęsknił za swoją łódką, bo tam nie było nikogo. – Właściwie to... – zawahał się, mierząc ją spojrzeniem. Tak drobna, jakby miał za moment zdmuchnąć ją wiatr. Co czyniło ją tak zawziętą i odważną? – Chętnie napiłbym się herbaty. – Rozsądek, podobnie jak ona, odłożył na bok.
Wstał z ławki, zaczesał taflę brązowych włosów za ucho i wyciągnął w jej kierunku rękę, którą przed chwilą (siedząc jeszcze) przetarł o spodnie.
Wiedziała, że nigdy nie odmawiał herbaty, czy to ślepy strzał? Mało wierzył w przypadki. W sytuacjach nieprzypadkowych nie doszukiwał się jednak wyłącznie złych intencji. Podobała mu się wizja splątana nićmi przeznaczenia, nawet jeżeli zawsze wydawało mu się, że jest tu tylko na chwilę.
– Ale jeśli mamy iść razem, to wypada mi się przedstawić. Dægberht Flint. – Zwykle dodawano jeszcze cokolwiek o swoim zawodzie. Wiedział o tym, ale był pewien tego, że sława nazwiska wyprzedzała jego własne dokonania o pięćdziesiąt kroków.
Była jedną z tych czarodziejek, które lubiły przygarniać do siebie bezpańskie psy? Pojawiła się niby groźba o oblaniu go wodą, ale tego typu zaczepki jedynie wzmagały jego zainteresowanie. Nic na to nie poradził – podobały mu się kobiety, a najbardziej te porywające mężczyznę jak huragan. Zapewne właśnie dlatego, że tak ciężko było kogoś tak upartego jak on wyszarpać na dłużej z kajdan samotności. Jemu się przecież wydawało, że kiedy nikogo innego w pokoju nie było, to wciąż mógł porozmawiać z samą Panią Księżyca. Nie zdawał sobie sprawy z tego, jak głęboko wciąga go to błędne przekonanie w głębiny zwyczajnego obłąkania.
– Oh, ja nie potrafię liczyć – więc daleko mu było do zawodów opierających się na liczeniu i analizowaniu danych – ale ty nie wyglądasz mi na niekompetentną. – Przez śpiewny głos przebijało się delikatne zmęczenie. Miała rację – nie doszedł do siebie i zapewne dobrze by było, gdyby się położył. Tylko pewnie Vior znowu coś kuła w mieszkaniu i będzie hałas... Tęsknił za swoją łódką, bo tam nie było nikogo. – Właściwie to... – zawahał się, mierząc ją spojrzeniem. Tak drobna, jakby miał za moment zdmuchnąć ją wiatr. Co czyniło ją tak zawziętą i odważną? – Chętnie napiłbym się herbaty. – Rozsądek, podobnie jak ona, odłożył na bok.
Wstał z ławki, zaczesał taflę brązowych włosów za ucho i wyciągnął w jej kierunku rękę, którą przed chwilą (siedząc jeszcze) przetarł o spodnie.
Wiedziała, że nigdy nie odmawiał herbaty, czy to ślepy strzał? Mało wierzył w przypadki. W sytuacjach nieprzypadkowych nie doszukiwał się jednak wyłącznie złych intencji. Podobała mu się wizja splątana nićmi przeznaczenia, nawet jeżeli zawsze wydawało mu się, że jest tu tylko na chwilę.
– Ale jeśli mamy iść razem, to wypada mi się przedstawić. Dægberht Flint. – Zwykle dodawano jeszcze cokolwiek o swoim zawodzie. Wiedział o tym, ale był pewien tego, że sława nazwiska wyprzedzała jego własne dokonania o pięćdziesiąt kroków.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr