Od kilku dni miała wrażenie, że Cathal jest bardziej nieobecny niż zwykle, łatwiej się rozkojarzał i choć Ginny tego nie komentowała, to zdecydowanie zauważała. Wyduszenie czegokolwiek z Shafiqa nie było takie proste, jeśli sam nie chciał mówić, przy nim trzeba się było uzbrajać w anielską cierpliwość, na szczęście tej McGonagall miała pod dostatkiem. I teraz, kiedy przekroczyła próg jego mieszkania, też nie zwróciła na głos uwagi na to, jak był nienaturalnie wręcz spokojny. Tak, pieczęci były nienaruszone, nikt mu się nie włamał do mieszkania, ale nie dało się nie zauważyć śladów pozostawionych w sadzy na podłodze. Cholera, nawet klamkę miał tą sadzą pokrytą, tak, że teraz jego dłoń była czarna i lepka od tego dziwnego zjawiska. Opowiadał jej (i miała wrażenie, że niechętnie) o tym, jak teraz wygląda jego mieszkanie, ale zobaczyć to na własne oczy, to było zupełnie co innego.
Ludzie w obcych mieszkaniach zwykle bywali skrępowani, nie chcieli niczego ruszać i tak dalej, ale nie Nefret – oj nie. Gapiła się bezczelnie na wszystko, na co można było spojrzeć, na te puste gablotki i miejsca na biurku, na sufit, ściany, drzwi, na meble. Na wszystko. Słuchała co Cathal do niej mówi, zawsze słuchała, chociaż nie zawsze odpowiadała. Ona też słyszała te bębny i był to dźwięk wyjątkowo osobliwy. Kojarzył jej się z rytuałami przeprowadzanymi przez niektóre plemiona w Afryce, a które miała okazję słyszeć i widzieć na przestrzeni lat, również w Uagadou, które było skupiskiem przeróżnych kultur, zdecydowanie bardziej niż bardzo jednolity i ograniczony do Wysp Brytyjskich Hogwart.
– Wiesz, z czym mi się to kojarzy? – odezwała się w końcu, a jej palec właśnie zawisł w powietrzu, przy szklanej gablotce, na której szybie zamierzała wymalować cokolwiek jej przyjdzie do głowy. – Te bębny brzmią jakby spirytysta właśnie siedział w kręgu kamieni na sawannie, jego ciało jest wymalowane w białe wzory, zamyka oczy… i próbuje się skontaktować z duchem przodka – jedna kreska, druga, trzecia, zawijas tu i tam… Egipcjanka przekrzywiła głowę i zmrużyła jasnobrązowe oczy, patrząc na świeczki, które wyrysowała palcem, całe trzy. Nic nie robiła sobie z tego „zabiję bębniarza i możemy wracać”; to naprawdę było jak zwykła konwersacja pomiędzy nimi. Odwróciła głowę, zauważyła, że Cal faktycznie poszedł, a ona ma przed sobą całe płótno: czyli więcej powierzchni, po których mogła sobie pomazać. – Tylko się nie zgub! – krzyknęła jeszcze za nim, marząc teraz na biurku Cala widoczek składający się ze słońca i trzech, bardzo charakterystycznych piramid.