05.02.2026, 22:45 ✶
Flint zaciągnął się zapachami, które roztaczały się teraz wokół niego. Wielu zapewne skrzywiłoby się na myśl, że ktokolwiek zrobiłby to świadomie znajdując się we wnętrzu zakładu pogrzebowego, ale niekoniecznie go to obchodziło – wszystko co związane było z Lorraine, pachniało dla niego lepiej, niż eliksir, który przyszedł jej wręczyć. Zdawał sobie sprawę z tego, że dla niektórych mężczyzn jej uroda bardziej wartościowa była niż niejeden narkotyk. Dla niego – cóż, był zbyt uparty, aby dać się omotać komukolwiek – w największej wadzie odnajdywał czasami wielką siłę.
– Właściwie, to tak. Zbieram sprzęt od nowa, bo większość tego co miałem utonęło, spłonęło lub pokryło się czarnym szlamem. Zastanawiałem się, czy nie mam na sobie jakiejś klątwy, ale okazuje się, że poza tym, które miałem już wcześniej, to żadna mnie nie sięgnęła.
Aby wyjaśnić cel swojej wędrówki, otworzył wpierw torbę pełną dużych, podłużnych flakonów. Zawartość zabrzęczała, kiedy wysunął jeden z nich. Zawierał wiele porcji tego samego wywaru, który posiadała w sobie reszta – niebieski, gęsty, dziwnie odbijający światło. Pod względem konsystencji przypominał syrop.
– Roznoszę prezenty – powiedział otwarcie, nie zatajając niczego. – Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy. – Uśmiechnął się ciepło, mrużąc oczy i przekręcając głowę w bok. Wyglądał przy tym uroczo.
Nie zapytał o to, czy potrzebowała pomocy. Kobiety takie jak Lorraine prosiły o nią, kiedy była przydatna. Nie potrzebowały bohaterów w miejscach, które miały pod kontrolą.
– Właściwie, to tak. Zbieram sprzęt od nowa, bo większość tego co miałem utonęło, spłonęło lub pokryło się czarnym szlamem. Zastanawiałem się, czy nie mam na sobie jakiejś klątwy, ale okazuje się, że poza tym, które miałem już wcześniej, to żadna mnie nie sięgnęła.
Aby wyjaśnić cel swojej wędrówki, otworzył wpierw torbę pełną dużych, podłużnych flakonów. Zawartość zabrzęczała, kiedy wysunął jeden z nich. Zawierał wiele porcji tego samego wywaru, który posiadała w sobie reszta – niebieski, gęsty, dziwnie odbijający światło. Pod względem konsystencji przypominał syrop.
– Roznoszę prezenty – powiedział otwarcie, nie zatajając niczego. – Wiesz, że nie mogę kłamać, prawda? Nawet w żartach. Obiecałem i utrwaliłem na sobie przysięgę, jeśli ją złamię, będę musiał wyrwać sobie język na środku kaplicy. – Uśmiechnął się ciepło, mrużąc oczy i przekręcając głowę w bok. Wyglądał przy tym uroczo.
Nie zapytał o to, czy potrzebowała pomocy. Kobiety takie jak Lorraine prosiły o nią, kiedy była przydatna. Nie potrzebowały bohaterów w miejscach, które miały pod kontrolą.
Matka nadała mi takie imię,
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr
żeby poprawnie wymawiały je tylko drzewa i wiatr