Nie do końca darzyła zaufaniem ten nieszczęsny dywan. Kiedy Benjy wspomniał o tym, że jest wężem... cóż, wzięła to sobie do serca, może nawet nieco za bardzo. Nie dało się ukryć, że miał w sobie coś zwierzęcego, wyglądał jak wielki gad, nie do końca jej się to podobało. Kto wie bowiem, czy w nocy faktycznie nagle nie ożyje, niby to był tylko dywan, ale wiadomo jak to jest, w ich świecie rzeczy często lubiły przybierać postać czegoś zupełnie innego. Nie mogli tego lekceważyć.
Bardzo uważnie słuchała tego, co miał do powiedzenia jej mąż. Dobrze, że posiadał taką wiedzę, że się znał, przynajmniej wiedzieli, czego mogli się spodziewać. Wpatrywała się w niego i kiwała głową, kiedy się odzywał, rejestrowała wszystko, każde słowo, co wcale nie ułatwiało jej w tej chwili łączenia faktów, bo co jeśli istniała chociaż odrobina szansy, że to mógł być tylko kamuflaż? Jasne, to dywan, Penny nie sprawiłaby im węża do nowego domu, ale jednak miała to dziwne poczucie, że coś w jego słowach mogło być prawdą.
- Duża różnica stylu, tak samo duża jak duży jest ten wąż. - Odruchowo spojrzała w stronę dywanu, miała wrażenie, że się poruszył, przez co cofnęła się o krok, jeszcze bardziej zmrużyła oczy, próbując znowu złapać ostrość, nie wyglądało to dobrze.
Przeniosła spojrzenie na Benjy'ego. To, co mówił miało jakiś sens, ale czy na pewno wystarczało, żeby uwierzyć w to, że ta bestia miała dobre zamiary? Nie do końca. - Może nie był głodny? - Nie musiał być ciągle głodny. - Co jeśli dopiero przed nim pora kolacji? - Na pewno miał jakieś godziny, w których się żywił, to nie tak, że jadł wszystko, w każdym momencie, w którym mu się nawinęło pod paszczę, chyba tak to nie działało, w sumie to nie była pewna, bo się nie znała szczególnie na wężach. - Co jeśli czekał na odpowiednią godzinę? - Naprawdę wydawało jej się, że to mogło się wydarzyć, chociaż przecież to było całkiem absurdalne, bo to nie był wąż, a dywan. W tej chwili jednak nie myślała jakoś szczególnie logicznie, bo wypity przez nią alkohol bardzo skutecznie jej to uniemożliwiał.
Przestała się tym jednak chwilowo przejmować, kiedy zaczęli zajmować się kartonami. Udało im się z nimi poradzić całkiem sprawnie zważając na stan w jakim się znajdowali. Uważała, że za ten sukces odpowiedzialny był przede wszystkim jej mąż, który miał plan, jaki? Sprytny. Całkiem sprytny i działający, to było najbardziej istotne. W pewnym momencie, po zrobieniu kilku rund z pudłami Prudence została w domu, aby zająć się dalszą częścią tego przedsięwzięcia. Zaangażowała się w układanie bardzo wysokiej wieży, no, może nie tak bardzo wysokiej, bo jej wzrost nie pozwalał jej na to, aby budowla była jakoś okropnie spektakularna, jednak jak na jej warunki fizyczne poszło jej nie najgorzej. No przynajmniej z wysokością, okazało się bowiem, że nie była to szczególnie stabilna wieża, czego nie przewidziała, bo nie wpadła na to, że powinna podejść do sprawy nieco inaczej, zwracać większą uwagę na kształt, czy ciężar pudeł. Zaczęła się chwiać, w sumie to najpierw wieża, a później ona i wtedy doszło do tej tragedii - karton wylądował na podłodze, a jego zawartość rozsypała się wokół niej, nie sądziła, że z jednego pudełka może zrobić się taki bałagan, niefortunnie musiała trafić na najgorszy karton z możliwych do spadnięcia.
Póki co, jedynie spoglądała na te drobne pierdolety, niektóre z nich nadal się nie zatrzymały, tylko dalej toczyły się po podłodze. Nie miała pojęcia, czy uda im się to wszystko posprzątać, obawiała się, że niektóre z tych koralików będą odnajdywać jeszcze przez lata, a to nie była przyjemna myśl. Prudence lubiła porządek, nie znosiła, kiedy coś go zakłócało i znajdowało się nie tam, gdzie powinno.
Benjy do niej dołączył, znalazł się tuż obok, co oznaczałoby, że pożegnał już ich kierowcę, musiał go pożegnać, bo inaczej przecież nie siedziałby koło niej. To dobrze, nie przepadała za obcymi ludźmi kręcącymi się niedaleko, nawet jeśli okazywali się całkiem pomocni.
Spojrzała na męża, który potwierdził jej słowa. Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, nieszczególnie była zadowolona z tego, że taka bestia znajdowała się w ich przedpokoju, czy to był moment, w którym powinna napisać list do mamy i powiedzieć, co myślała o tym, że uraczyła ich takim prezentem? Może dzięki temu udałoby się im ustalić coś więcej na temat tego gada? To nie było takie głupie, wcale, a wcale.
- Nie ma powiek? - Wpatrywała się w węża przez dłuższą chwilę, przesunęła się przy tym nieco do przodu, zmrużyła oczy, żeby mieć lepszą widoczność. - Nie ma powiek. - Powtórzyła jeszcze raz. Logiczne - nie miał powiek, więc nie mógł ich zaatakować. Prosta sprawa. - Czy węże w ogóle mają powieki? - Wróciła wzrokiem do Benjy'ego, patrzyła na niego, w sumie to wpatrywała się w jego oczy, żeby popatrzeć na jego powieki. Benjy miał powieki, wąż nie miał powiek. Zawiesiła się na moment, próbowała zlokalizować w swojej głowie jakąś zawartość z informacjami na temat gadów, nic jednak nie zostało jej podsunięte, musiała więc opierać cały swój osąd na tym, co mówił jej mąż.
- Pozycje może utrzymywać, żeby nas zmylić, on wie, że Ty wiesz, wiesz? - Na pewno rozumiał, co miała na myśli, to było przecież całkiem logiczne, czyż nie? Nadal nie ufała temu wielkiemu stworzeniu, miała wrażenie, że może im zrobić krzywdę, mimo, że był to tylko dywan, całkiem ładny dywan, pewnie ten wygląd też miał ich zmylić, żeby mu zaufali.
Otworzyła szerzej oczy, kiedy wspomniał o rurach, przeniosła wzrok na węża, później na niego, znowu na węża. - Co jeśli on wejdzie w rurę? - Był to kolejny problem, który mógł się pojawić, kto wie, jak zamierzał się przemieszczać, jeśli wlezie do rur, to mógłby stać się niewidoczny i zaatakować ich z zaskoczenia, to nie było szczególnie optymistyczne. Tak wiele możliwości dzięki którym mógł ich zaatakować.
Pokiwała twierdząco głową na kolejną uwagę Benjy'ego. - Masz rację, Ciebie nie zje, jesteś za duży, dużo za duży, nie zmieściłbyś mu się w brzuchu. - To był naprawdę dobry argument, wąż miałby dużą przeszkodę do pokonania, nie poradziłby sobie z nią. - W sumie to nie ma nóg, nie wszedłby po schodach, co nie? - Kolejna rzecz, której nie posiadał wąż, dzięki której wydawał się być mniejszym problemem. Kolejne argumenty Benjy'ego spowodowały, że faktycznie przyjęła do wiadomości to, że bestia nie miała jak im zrobić krzywdy. Miał rację, nie było w ogóle takiej opcji, zbyt wiele czynników mu to uniemożliwiało.
- Tak, masz rację, pewnie by się zgubił, dobrze, że ten dom nie jest taki mały. - W tym przypadku okazało się to być sporym plusem.
Później zajęła się wpinaniem mu spinki we włosy, uznała to za dobry pomysł, bo na pewno nie miał jej zgubić, przy nim wszystko było bezpiecznie, a przynajmniej tak się jej wydawało. Wąż był mniej groźny, spinka bezpieczna, no co ona by zrobiła bez takiego męża?
- Ja też się ruszam, trochę. - Nie do końca panowała nad swoim ciałem, ale misja zakończyła się sukcesem, obejrzała swoje dzieło, pokiwała sama sobie głową z aprobatą, zadowolona z efektu, który osiągnęła. - Oczywiście, że pasuje, bo ładnemu to we wszystkim ładnie, co nie? - Nie musiał wcale jej odpowiadać na to pytanie, bo była przekonana o tym, że wygląda doskonale z tą spinką we włosach.
- Będziesz mógł mnie przed nim bronić, to był doskonały ruch z mojej strony. - Oczywiście, że wszystko doskonale przemyślała, jakżeby inaczej. Mógł zostać jej rycerzem, tylko, czy Benjy miał miecz... nie powinna się teraz nad tym zastanawiać, chcąc nie chcąc znowu na chwilę odpłynęła, jej myśli prowadziły ją w bardzo nieodpowiednie miejsca, uśmiechnęła się sama do siebie, czerwieniąc się przy tym na twarzy, po chwili mrugnęła kilka razy, żeby wrócić na miejsce.
- Tak, jesteśmy najlepsi. - Nie miała co do tego najmniejszych wątpliwości. Bestia nie miała szans z ich sprytem, to było pewne. - Gotowi na wszystko. - Przygotowali się na wszystkie możliwe scenariusze, a przynajmniej tak się jej wydawało. - Sam się zrobił ten system, to znak. - Jaki znak? Nie miała pojęcia, ale system ostrzegawczy brzmiał bardzo profesjonalnie, to było ich kolejną przewagą. Mieli ich naprawdę wiele.
Zaczęła się podnosić, tuż przy ścianie. Trwało to dłużej niż powinno, ale misja zakończyła się sukcesem, gdy Benjy się odezwał przeniosła wzrok w jego kierunku. - To liść. - Odpowiedziała mrużąc oczy. Po co jej były liście? Nie miała pojęcia, jako jedenastolatka uważała, że są naprawdę fajne, więc je ususzyła i schowała do kartonu.
Benjy całkiem nieźle sobie radził z ogarnianiem tego drobnego bałaganu, nie zamierzała jednak oglądać go w akcji, mieli to posprzątać razem, więc do niego dołączyła zbierając tę drobnicę, co wcale nie było takie łatwe, bo koraliki zaczęły przed nią uciekać, wymykały jej się spod palców. Wzdychała więc co chwilę oburzona, że nie chciały z nią współpracować.
- Koraliki są gorsze, bo uciekają, ciągle uciekają. - Skupiona była właśnie na jednym z nich, nachylała się, a ten turlał się dalej, podskakiwał po podłodze, zaczęła więc podążać za nim, nieco chwiejąc się na nogach. Musiała go złapać, nie mogła pozwolić na to, żeby zniknął jej z oczu, miała bowiem wrażenie, że wtedy już nigdy go nie znajdzie.
Confusion in her eyes that says it all
She's lost control