Miała na niego oko, jak zawsze, gotowa zainterweniować, gdyby doszło to do tego momentu, w którym Cathal gotów zrobić krzywdę sobie i swojemu otoczeniu, właśnie tym bardziej, że wydawał się taki spokojny – ale McGonagall wiedziała lepiej i nie było ją tak łatwo oszukać czy zamydlić oczy. Rozumiała, że każda jedna irytacja tylko się nabudowuje, a ten spokój był jak cisza przed burzą i w którymś momencie ta budująca się złość będzie potrzebowała ujścia, tym bardziej, że Cathal zamiast to z siebie wyrzucić, to tak to gniótł, milczał, gniótł bardziej, milczał bardziej… Opóźnienia na wykopaliskach w obecnych warunkach nie były niczym niespodziewanym, raczej były dokładnie tym, co można było przewidzieć po atakach sprzed miesiąca, a robota papierkowa… cóż. Anglicy lubili te swoje papierki, wiedziała o tym doskonale, bo przecież ile czasu jej zajęło załatwienie wszystkich dokumentów, gdy tutaj przyjechała.
– Ale to będzie przed czy po tym jak już go zabijesz? – rzuciła mu jeszcze na odchodne, gdy tak skupiała się na tych piramidkach, do których dorysowała jeszcze dwie palemki. Anglicy, gdy rysowali byle co, często kreślili te swoje drzewka, a ona miała palmy, wychowana w takich a nie innych warunkach…
Ale wtedy usłyszała charakterystyczny dźwięk wybuchu i automatycznie się wyprostowała. To było trochę tak, jak ten wybuch sprzed miesiąca, po którym mieli pełne ręce roboty, na szczęście nogę Liama udało się uratować… Odwróciła się automatycznie w stronę wyjścia, nasłuchując teraz znacznie uważniej, nieco jednak przejęta tym, co się mogło w tej piwnicy dziać, a takie wybuchy nigdy nie zwiastowały niczego dobrego.
Zwłaszcza, gdy Cal był taki och-jakże-spokojny.
Porzuciła więc rysuneczek i z westchnieniem po prostu poszła do drzwi, zamknęła je za sobą ostrożnie, a schodząc po schodach, wydobyła z kieszeni chusteczkę, chcąc wytrzeć swoją dłoń, a zwłaszcza palec, którym kreśliła te swoje dzieła sztuki. Chyba jednak lepiej było go przypilnować, bo kto wie, co jeszcze przyjdzie archeologowi do głowy, gdy był w tak parszywym nastroju.
– Chcesz zabić bębniarza, czy siebie? – zapytała będąc jeszcze na schodach. – Bo bębniarz chyba się wystraszył i przestał – a tu było strasznie dużo dymu i McGonagall jakoś automatycznie zakasłała.