Giovnni był fanatykiem pomagania. W takich sytuacjach często najpierw się zgadzał, potem myślał. W tym wypadku nie było wiele do myślenia, skoro miał idealne rozwiązanie pod ręką.
— Nie martw się. Moi rodzice wiedzą o moim pensjonacie, ale nie znają jego lokalizacji. To prawdziwy azyl. Nie zapraszam tam nikogo, kto nie potrzebuje, by się tam znaleźć — zapewnił ciepło.
Skinął tylko głową, gdy Danielle po raz kolejny zwróciła uwagę na publiczność miejsca, w którym się znajdowali. Sam pilnował tonu swojego głosu. Mówił dość cicho, jednocześnie przybierając niewzruszony ton, tak by otoczenie myślało, że rozmawiają o pogodzie lub wymieniają się historiami dnia minionego. Brak powodów do podsłuchiwania, brak iskier dla plotek.
— Oh, do końca życia to zdecydowanie zbyt dużo. To niewiele obciążająca mnie przysługa, więc naprawdę, nie przejmuj się — rzucił wracając do swojej herbaty. — Nie, Pepper znakomicie wykonał swoje obowiązki — roześmiał się lekko. — Co do wiadomości to nie przepraszaj, była spisana bardzo odpowiedzialnie.
Rozmowy o pieniądzach zawsze i wszędzie były nie na miejscu. Zajmując się szeroko pojętą działalnością dobroczynną, Giovanni wypracował pewne strategie radzenia sobie z tym. Czasem wystarczyło przełożyć rozmowę na nieokreślony termin i problem znikał. Ale czarodziej wiedział, że niektórym później chodzi to po głowie jako drażniący temat, którego nie potrafią sami poruszyć. Z tym również potrafił sobie poradzić.
— To zdecydowanie nie czas, by o tym rozmawiać, Danielle. Gdy twoja koleżanka będzie bezpieczna, tak zupełnie bezpieczna, wtedy możemy wrócić do tematu ewentualnego odwdzięczenia się.