– Tak… Dotknął – Victoria musiała się zastanowić nad tym, zmrużyć oczy, gdy cofała się pamięcią do szóstego września, na dwa dni przed wielką tragedią, jaka nawiedziła Anglię. – Ja też go dotykałam, ale nic nie wyczułam – przyznała jeszcze. Słyszała kroki, widziała ślady dłoni na szkle, wydawało jej się, jakby ktoś tam był… ale to wszystko. Żadnych wizji, żadnych starych wspomnień.
Uśmiechnęła się do Berhta i zaprosiła go za sobą do kuchni, która była tutaj obok, gdzie poprosiła skrzatkę o zrobienie dla nich herbaty. Ta zaczęła się uwijać szybciutko, zaś Luna w ramionach Berhta najwyraźniej nie czuła, że coś jest nie na miejscu, ją co chwila ktoś łapał, tulił i głaskał, a teraz zaczęła mruczeć, ewidentnie z siebie zadowolona.
– Nie, nie pierwszy. W innych miejscach na terenie Anglii rośliny też przeżywały gwałtowny wzrost… Chociaż zwykle nieco inaczej się to objawiało, typu, że rosły ponad naturalną wielkość, albo atakowały ludzi i tak dalej – ale nie wszędzie zakopywano w ziemi fiolki pachnące popiołem… – Zapisałam się w końcu do Towarzystwa Herbologicznego, wiesz? – aż dziw bierze, że tak późno, biorąc pod uwagę miłość, jaką Victoria darzyła rośliny.