06.02.2026, 21:45 ✶
Czy mogło być jeszcze gorzej? Och, lepiej, żeby nikt nie próbował później raczyć go jakąś wieloznaczną diagnozą, która równie dobrze mogłaby wypłynąć z ust magimedyka ze Szpitala świętego Munga, bo chyba naprawdę komuś by urwał głowę. Mimowolnie skrzywił się na tę myśl. Podobne fantazje nie były do niego podobne, ale ostatnie dni nie były dla niego najlepsze. Wyimaginowany medyk i tak zajmował co najwyżej drugie lub trzecie miejsce na podium. Pierwsze dalej zajmowała Arista Black. Nie wiedział, że byle artykulik był w stanie aż tak wytrącić go z równowagi. Z drugiej strony, czy chwila świętego spokoju była aż tak wygórowanym życzeniem?
Najwyraźniej tak, patrząc na moje obecne położenie, pomyślał Erik, uparcie zaciskając powieki i skupiając się wyłącznie na swoim oddechu. Coraz głębiej zapadał się w tę wszechogarniającą ciemność. Już nie tylko na niego napierała. Teraz próbowała wślizgnąć się głębiej, szukając jego słabych punktów. Mrok stłumił jego zaklęcia. Unieruchomił ciało. Wygłuszył zmysły. A teraz... teraz najwyraźniej sięgał też ku jego umysłowi. Chęć poddania się rosła. Może to też było jakieś wyjście z tej sytuacji? Może odpuszczenie było kluczem do tego, aby zrobić krok naprzód i wyłamać kraty więzienia?
Każda poczyniona próba wyrwania się z tej przeklętej pułapki kończyła się niepowodzeniem i zaczynało mu już brakować nowych pomysłów. Za każdym razem, gdy wydawało mu się, że w rękawie kryje się jeszcze jeden as, okazywało się, że było to kolejne fiasko. Nienawidził tego. Czuł się przyparty do muru, a odcięcie od reszty świata tylko potęgowało to wrażenie. Czy tak właśnie czuło się zaszczute zwierzę i zmuszone do ostatecznego wyboru - ugiąć kark albo walczyć do końca?
Gdy jego myśli znów powędrowały ku Dorze i Jonathanowi, był już o krok od podjęcia decyzji. I wtedy... przyszła ulga. Nie spektakularna, nie wyraźna, ale wystarczająca, by zwrócił na nią uwagę. Czy to tylko wytwór zmęczonego umysłu, czy jednak coś realnego? Erik zmarszczył czoło, postanawiając pójść za ciosem. Przetrwał Beltane, kiedy bronili Polany Ognisk aż do przybycia posiłków z Ministerstwa Magii. Przeżył nawiedzony statek, choć skończył z kilkoma połamanymi kośćmi. Przetrwał nawet tę przeklętą jaskinię, w której ujrzał wizję upadku Zakonu, utraty rodziny i własnej siostry.
Serce zabiło mu szybciej. Już raz dał się oszukać. Pozwolił, aby mroczne iluzje podsyciły jego najgorsze przeczucia do tego stopnia, że praktycznie uwierzył w to, że doznał przebłysku autentycznej wizji jasnowidza. Nie miał zamiaru znowu na to pozwolić. Ile można być manipulowanym? Ile można pozwalać, aby splecione przez jakiegoś wariata zaklęcia-pułapki mieszały mu w głowie. Nie musiał czerpać z gniewu. Wystarczała mu wiara. Zawsze potrafili wykaraskać się z tarapatów. Teraz nie będzie inaczej. Każde z nich posiadało wyjątkowy zestaw talentów, każde z nich radziło sobie inaczej z przeciwnościami losu, ale każde z nich jakoś je pokonywało. Teraz nie będzie inaczej. Na tym skupiał się Erik. Odpędzał ciemność próbującą wedrzeć się do jego umysłu, próbując ją wypalić kolejnymi wspomnieniami dotyczących ich sukcesów. Ich wytrwałości.
Najwyraźniej tak, patrząc na moje obecne położenie, pomyślał Erik, uparcie zaciskając powieki i skupiając się wyłącznie na swoim oddechu. Coraz głębiej zapadał się w tę wszechogarniającą ciemność. Już nie tylko na niego napierała. Teraz próbowała wślizgnąć się głębiej, szukając jego słabych punktów. Mrok stłumił jego zaklęcia. Unieruchomił ciało. Wygłuszył zmysły. A teraz... teraz najwyraźniej sięgał też ku jego umysłowi. Chęć poddania się rosła. Może to też było jakieś wyjście z tej sytuacji? Może odpuszczenie było kluczem do tego, aby zrobić krok naprzód i wyłamać kraty więzienia?
Każda poczyniona próba wyrwania się z tej przeklętej pułapki kończyła się niepowodzeniem i zaczynało mu już brakować nowych pomysłów. Za każdym razem, gdy wydawało mu się, że w rękawie kryje się jeszcze jeden as, okazywało się, że było to kolejne fiasko. Nienawidził tego. Czuł się przyparty do muru, a odcięcie od reszty świata tylko potęgowało to wrażenie. Czy tak właśnie czuło się zaszczute zwierzę i zmuszone do ostatecznego wyboru - ugiąć kark albo walczyć do końca?
Gdy jego myśli znów powędrowały ku Dorze i Jonathanowi, był już o krok od podjęcia decyzji. I wtedy... przyszła ulga. Nie spektakularna, nie wyraźna, ale wystarczająca, by zwrócił na nią uwagę. Czy to tylko wytwór zmęczonego umysłu, czy jednak coś realnego? Erik zmarszczył czoło, postanawiając pójść za ciosem. Przetrwał Beltane, kiedy bronili Polany Ognisk aż do przybycia posiłków z Ministerstwa Magii. Przeżył nawiedzony statek, choć skończył z kilkoma połamanymi kośćmi. Przetrwał nawet tę przeklętą jaskinię, w której ujrzał wizję upadku Zakonu, utraty rodziny i własnej siostry.
Serce zabiło mu szybciej. Już raz dał się oszukać. Pozwolił, aby mroczne iluzje podsyciły jego najgorsze przeczucia do tego stopnia, że praktycznie uwierzył w to, że doznał przebłysku autentycznej wizji jasnowidza. Nie miał zamiaru znowu na to pozwolić. Ile można być manipulowanym? Ile można pozwalać, aby splecione przez jakiegoś wariata zaklęcia-pułapki mieszały mu w głowie. Nie musiał czerpać z gniewu. Wystarczała mu wiara. Zawsze potrafili wykaraskać się z tarapatów. Teraz nie będzie inaczej. Każde z nich posiadało wyjątkowy zestaw talentów, każde z nich radziło sobie inaczej z przeciwnościami losu, ale każde z nich jakoś je pokonywało. Teraz nie będzie inaczej. Na tym skupiał się Erik. Odpędzał ciemność próbującą wedrzeć się do jego umysłu, próbując ją wypalić kolejnymi wspomnieniami dotyczących ich sukcesów. Ich wytrwałości.
the he-wolf of godric's hollow
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞
❝On some nights, the moon thinks about ramming into Earth,
slamming into civilization like some kind of intergalactic wrecking ball.
On other nights, it's pretty content just to make werewolves.❞