06.02.2026, 21:48 ✶
Różnica pomiędzy czarodziejami a mugolami była fundamentalna. Żaden czarodziej nie uczynił naturze tyle złego, ile uczynił mugol. Sama Helloise starała się żyć tak, aby swoim istnieniem dążyć do poprawienia harmonii w uniwersalnym systemie świata i więcej wnieść w niego dobra niż szkody. Nie była doskonała, nikt nie był. Niektórzy jednak z premedytacją dążyli do destrukcji Matki Ziemi. Dostrzegała czarownica wagę grzechów mugoli i była ona nieporównywalna do przewin po stronie magów. Sami mugole dostrzegą to może za piętnaście lat, gdy utworzą IPCC, zaczną obserwować dziurę ozonową i tak dalej.
Miejsca wampirów nie szukała Helloise obok siebie. Nieumarli stanowili niejako osobną kategorię poza zbiorem istot żywych. Byli ucieleśnieniem pustego marzenia o nieśmiertelności, przeklętymi duszami skazanymi na wieczną wędrówkę. Ich geny nie liczyły się — nie mogli przecież płodzić. Najwięcej wampiry były podobne skale — wieczne, zimne, jałowe. Bogowie pozwalali życiu płonąć w tym kamieniu, obudzili w nim świadomość, pozwolili przechować ducha w wampirzej skorupie. Nic z tego jednak nie czyniło wampira prawdziwie żywym.
Miał tyle tylko życia, ile ukradł go innym we krwi.
— Smacznego.
Choć przez całą kolację Helloise była raczej senna, samego momentu ekscytacji przed ugryzieniem doświadczyła czysto i intensywnie. Moment wbicia zębów Lucy był tego bolesnym zwieńczeniem. Ciało czarownicy spięło się gotowe do ucieczki — po czym już chwilę później wrażenia spowszedniały, mogła się na nich świadomie skupić. Wstrzymywane powietrze wypłynęło z płuc. Helloise zafascynowana chłonęła widok karmiącego się na jej nadgarstku stworzenia, wraz z krwią zabierającego jej życie oraz krążące w żyłach resztki opium. Nigdy wcześniej nie była konsumowana. Jeśli gryzły ją zwierzęta, to nie po to, aby się posilić, a odstraszyć — a teraz stała się posiłkiem.
Helloise spróbowała rozprostować palce. Ból nasilił się — rwał stamtąd, gdzie wbite były zęby — lecz czarownica nie zatrzymała się, dopóki opuszkami nie sięgnęła policzka wampirzycy, dopóki nie pogłaskała tej żywiącej się na niej bestii.
Ileż elektryzującej euforii znajdowała w zbliżaniu się do drapieżników.
Miejsca wampirów nie szukała Helloise obok siebie. Nieumarli stanowili niejako osobną kategorię poza zbiorem istot żywych. Byli ucieleśnieniem pustego marzenia o nieśmiertelności, przeklętymi duszami skazanymi na wieczną wędrówkę. Ich geny nie liczyły się — nie mogli przecież płodzić. Najwięcej wampiry były podobne skale — wieczne, zimne, jałowe. Bogowie pozwalali życiu płonąć w tym kamieniu, obudzili w nim świadomość, pozwolili przechować ducha w wampirzej skorupie. Nic z tego jednak nie czyniło wampira prawdziwie żywym.
Miał tyle tylko życia, ile ukradł go innym we krwi.
— Smacznego.
Choć przez całą kolację Helloise była raczej senna, samego momentu ekscytacji przed ugryzieniem doświadczyła czysto i intensywnie. Moment wbicia zębów Lucy był tego bolesnym zwieńczeniem. Ciało czarownicy spięło się gotowe do ucieczki — po czym już chwilę później wrażenia spowszedniały, mogła się na nich świadomie skupić. Wstrzymywane powietrze wypłynęło z płuc. Helloise zafascynowana chłonęła widok karmiącego się na jej nadgarstku stworzenia, wraz z krwią zabierającego jej życie oraz krążące w żyłach resztki opium. Nigdy wcześniej nie była konsumowana. Jeśli gryzły ją zwierzęta, to nie po to, aby się posilić, a odstraszyć — a teraz stała się posiłkiem.
Helloise spróbowała rozprostować palce. Ból nasilił się — rwał stamtąd, gdzie wbite były zęby — lecz czarownica nie zatrzymała się, dopóki opuszkami nie sięgnęła policzka wampirzycy, dopóki nie pogłaskała tej żywiącej się na niej bestii.
Ileż elektryzującej euforii znajdowała w zbliżaniu się do drapieżników.
dotknij trawy