07.02.2026, 19:24 ✶
Robert zastał Anthony'ego, gdy ten pieczołowicie spalał swój czas na zaginanie niewielkiej notatki w kształt zgrzebnego żurawia... w powietrzu... bez użycia różdżki.
Zdawało się to głupie, żeby nie powiedzieć infantylne zajęcie, dla kogoś, kto złamał standardy wyspiarskiego czarowania, na rzecz kształtowania magicznej woli tylko przy pomocy własnych palców. Wydawało się to skrajnie nieodpowiedzialne wobec dokumentacji, która piętrzyła się na biurkach każdego z nich.
Ten moment jednak był jedną z nielicznych pociech w życiu i sercu szefa Organy Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, a uśmiech, który wywołał w nim wylatujący przez tuby komunikacyjne ptak rozjaśnił nieco umęczoną bezsennością, pochudłą zmartwieniem twarz.
Zaraz potem spoważniał, by znów złagodnieć, gdy do przekrwionych oczu dotarło, że ciepły baryton nie należy do jego zastępcy.
– Ależ oczywiście. Proszę usiądź. – Znów gest dłoni, tym razem by przywołać fotel petenta na miejsce obok własnego fotela, co momentalnie czyniło konwersację bardziej prywatną, mniej... oficjalną. Byłoby to też w złym guście, aby sędzia Wizengamotu zadzany był jak interesant, czy urzędnik niższego szczebla. Tuż obok dwóch miejsc wznosiła się magiczna klatka, w której fruwały notatki zebrane przez weekend. Papierowe ptaszki. Nowa moda.
Anthony westchnął, znad pospiesznie zaparzanej wody. Umagiczniony imbryk był właściwie gotowy do przyjęcia nowej porcji herbaty. Kambodżańskiej z oczywistych względów. Mężczyzna mimo infantylnej zabawy szybko stracił iskrę rozbawienia, na rzecz przykulonych nieco ramion, ruchów powolnych, jakby utkanych z melancholii, przywodzących na myśl ich spotkanie po Mabon, gdy nieoczekiwanie zawitał w selwynowe progi.
Gospodarz zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie będą omawiać teraz jakichkolwiek osobistych spraw, niemniej z Robertem byli na tyle blisko, że nie poczuwał się w obowiązku roztaczać wokół siebie pozę osoby, która miałaby jakkolwiek sprawy pod kontrolą. Był w żałobie, nawet jeśli osoba, za którą rozpaczał wcale - i na wielkie szczęście - nie umarła.
– Co Cię do mnie sprowadza mój drogi? Jak tam radzicie sobie na drugim piętrze? Miłościwie nam panująca odpuściła po weekendzie, czy wróciła od poniedziałku ze zdwojoną siłą swojego szału? – zagadnął, bo nie mieli w sumie okazji omówić tego artykułu, a Robert siłą rzeczy (choćby przez samo położenie gabinetu) był bardzo blisko źródła.
Zdawało się to głupie, żeby nie powiedzieć infantylne zajęcie, dla kogoś, kto złamał standardy wyspiarskiego czarowania, na rzecz kształtowania magicznej woli tylko przy pomocy własnych palców. Wydawało się to skrajnie nieodpowiedzialne wobec dokumentacji, która piętrzyła się na biurkach każdego z nich.
Ten moment jednak był jedną z nielicznych pociech w życiu i sercu szefa Organy Międzynarodowych Standardów Handlu Magicznego, a uśmiech, który wywołał w nim wylatujący przez tuby komunikacyjne ptak rozjaśnił nieco umęczoną bezsennością, pochudłą zmartwieniem twarz.
Zaraz potem spoważniał, by znów złagodnieć, gdy do przekrwionych oczu dotarło, że ciepły baryton nie należy do jego zastępcy.
– Ależ oczywiście. Proszę usiądź. – Znów gest dłoni, tym razem by przywołać fotel petenta na miejsce obok własnego fotela, co momentalnie czyniło konwersację bardziej prywatną, mniej... oficjalną. Byłoby to też w złym guście, aby sędzia Wizengamotu zadzany był jak interesant, czy urzędnik niższego szczebla. Tuż obok dwóch miejsc wznosiła się magiczna klatka, w której fruwały notatki zebrane przez weekend. Papierowe ptaszki. Nowa moda.
Anthony westchnął, znad pospiesznie zaparzanej wody. Umagiczniony imbryk był właściwie gotowy do przyjęcia nowej porcji herbaty. Kambodżańskiej z oczywistych względów. Mężczyzna mimo infantylnej zabawy szybko stracił iskrę rozbawienia, na rzecz przykulonych nieco ramion, ruchów powolnych, jakby utkanych z melancholii, przywodzących na myśl ich spotkanie po Mabon, gdy nieoczekiwanie zawitał w selwynowe progi.
Gospodarz zdawał sobie sprawę, że najprawdopodobniej nie będą omawiać teraz jakichkolwiek osobistych spraw, niemniej z Robertem byli na tyle blisko, że nie poczuwał się w obowiązku roztaczać wokół siebie pozę osoby, która miałaby jakkolwiek sprawy pod kontrolą. Był w żałobie, nawet jeśli osoba, za którą rozpaczał wcale - i na wielkie szczęście - nie umarła.
– Co Cię do mnie sprowadza mój drogi? Jak tam radzicie sobie na drugim piętrze? Miłościwie nam panująca odpuściła po weekendzie, czy wróciła od poniedziałku ze zdwojoną siłą swojego szału? – zagadnął, bo nie mieli w sumie okazji omówić tego artykułu, a Robert siłą rzeczy (choćby przez samo położenie gabinetu) był bardzo blisko źródła.