07.02.2026, 19:49 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2026, 11:54 przez Anthony Shafiq.)
Razem z Ceolsige, rozmyśla o licytacji, słucha z Ceolsige koncertu. Po drodze jak idą do ogrodu, zaczepia Jonathana.
Licytacja dobiegła końca, a on zmuszony został przełknąć niezbyt przyjemne refleksje na kilka tematów. Pierwsze - nie udało mu się zdobyć prezentu dla Jonathana, co było w podwójny sposób nie przyjemny, bo przecież obiecywali sobie wspólne wyjście do teatru i oh, czyż nie byłoby słodszego przynaglenia niż magiczna lornetka umożliwiająca im śledzić każdy detal sceny w loży, która absolutnym przypadkiem była oddalona od oczu postronnych w sposób właściwy i ostateczny?
Drugie - na licytacji nie pojawił się żaden smoczy przedmiot, co uważał za bardzo przykre. Zakładał, że w skarbcu Lestrangów znalazłaby się niejedna zabawka albo zrobiona z jakiegoś smoczego surowca, albo odpowiednio zdobiona i dopiero gdy licytacja przeminęła zdał sobie sprawę z tego, jak w napięciu czekał do ostatniego przedmiotu, na ten jeden właściwy. Tymczasem...
Po trzecie, było w tych eliksirach i przedmiotach zmieniających tożsamość posiadacza coś upiornego i Shafiq z trudem odsunął od siebie myśl, że cała ta licytacja nie jest po to, aby urozmaicić życie erotyczne czystokriwstych czarodziejów tylko... no właśnie, tylko co? Chaos. Zamęt. Czynienie okazji do tego, by móc podszyć się pod kogoś i... cóż zrobić? Przedłużenie balu maskowego, gdy maską staje się cudza twarz. Przyszła mu myśl, że nie był na bieżąco z najnowszymi zabezpieczeniami Ministerstwa. Ale to... mogło poczekać do poniedziałku.
Po czwarte... kupił tylko jedną zabawkę. Chciał ją oddać to prawda, ale o ileś lepiej byłoby kupić dwie. Tak... właściwiej. Odpowiedniej. Wywołało to swędzenie w jego głowie, którego nie miał jak podrapać, sama myśl o tym zdawała mu się mało elegancka właśnie. Dobrze, że odbiór przedmiotu miał mieć miejsce po balu, jak to tak niesymetrycznie mieć wypełnioną tylko jedną z kieszeni?
Odchrząknął i skupił się na muzyce, która wypełniała konsekwentnie przestrzeń balowej sali. Koronki zdobiące Hannibala nie dziwiły go zbytnio, młodzieniec znany był ze swoich kontrowersyjnych wyborów w wielu kwestiach, cóż jednak kontrowersje obyczajowe, gdy czarodziejską societę o wiele bardziej interesowało pochodzenie kochanka czy kochanki, aniżeli fakt, że tychże było sporo. Głos Selwyna był znajomy, jego warsztat nie zaskakiwał, dawał uczucie ponownie oglądanej pięknej rzeźby i było w tym uczuciu coś przyjemnego. Uziemniającego. Nie mógł tego powiedzieć o głosie Cordelii, której ścieżkę muzycznej kariery znał i nie do końca pochwalał. Brak Oleandra na scenie go w pewnym sensie zdziwił, choć być może tego dnia młodzian wolał się bawić, aniżeli rozmyślać o - jakby nie było - pracy. Tajemniczy pianista nie wzbudzał w nim większego zainteresowania, w przeciwieństwie do nieco mocniej zaciśniętej na przedramieniu dłoni jego towarzyszki.
Może gdyby nie wojna.
Może gdyby nie spalony Londyn.
Cały recital napełnił go smutkiem, w którym wdzięczny był za maskę pozwalającą mu odpuścić na moment, na krótką chwilę wewnętrzne opanowanie.
– Między elegancją a śmiesznością jest pewne spektrum w którym widziałbym te decyzje wizażowe. Niemniej, ciekaw jestem czy dziedzic Selwynów miał jakieś informacje, jako performer o skutkach niektórych powitalnych eliksirów. Czyż nie latały tu przed momentem anielice? Może chciał jakąś upolować, w imię opowieści, która nie musi być wypowiedziana, aby zaistnieć w świadomości rozmówcy – odpowiedział Ceolsige, zachowując neutralność, ba! szczyptę rozbawienia, niewielką jego iskrę w niespokojnym sercu.
Muzyka się skończyła, Anthony również wyraził wdzięczność artystom - zgodnie ze zwyczajem - klaszcząc, co miało być substytutem uścisku wdzięczności. Robiąc to jednak, miast skupić się na scenie, pozwolił sobie rozejrzeć się w poszukiwaniu znajomego złotego oblicza.
Miał iskrę. Chciał choć na moment ogrzać się przy gwieździe.
Czy to był właściwy czas? Tak się zdawało. Dwie atrakcje jedna po drugiej, pewnie koło północy podadzą mięsiwo.
– Zechciałabyś Pani powrócić do naszego pierwotnego planu przechadzki po zaklętym ogrodzie?– zaproponował, rękawiczką gładząc dłoń, którą miała oplecioną przez jego przedramię. – Nie jestem znawcą kwiatów by móc szafować wyrokami, ale kiedy bywałem już w tym ogrodzie... przeklęty czy nie, niesie w sobie wiele walorów estetycznych pozwalających ochłonąć po emocjach licytacji i recitalu.
I gdy uzyskał jej zgodę, tak wyznaczył trajektorię ich niespiesznego spaceru, by ściągnąć wzrokiem Jonathanana, licząc że zgodnie z prośbą Anthony'ego sprzed balu, podąży za nimi do ogrodu. Lepszej okazji, by móc zweryfikować aurę panny Burke raczej nie znaleźliby tego wieczora.
Licytacja dobiegła końca, a on zmuszony został przełknąć niezbyt przyjemne refleksje na kilka tematów. Pierwsze - nie udało mu się zdobyć prezentu dla Jonathana, co było w podwójny sposób nie przyjemny, bo przecież obiecywali sobie wspólne wyjście do teatru i oh, czyż nie byłoby słodszego przynaglenia niż magiczna lornetka umożliwiająca im śledzić każdy detal sceny w loży, która absolutnym przypadkiem była oddalona od oczu postronnych w sposób właściwy i ostateczny?
Drugie - na licytacji nie pojawił się żaden smoczy przedmiot, co uważał za bardzo przykre. Zakładał, że w skarbcu Lestrangów znalazłaby się niejedna zabawka albo zrobiona z jakiegoś smoczego surowca, albo odpowiednio zdobiona i dopiero gdy licytacja przeminęła zdał sobie sprawę z tego, jak w napięciu czekał do ostatniego przedmiotu, na ten jeden właściwy. Tymczasem...
Po trzecie, było w tych eliksirach i przedmiotach zmieniających tożsamość posiadacza coś upiornego i Shafiq z trudem odsunął od siebie myśl, że cała ta licytacja nie jest po to, aby urozmaicić życie erotyczne czystokriwstych czarodziejów tylko... no właśnie, tylko co? Chaos. Zamęt. Czynienie okazji do tego, by móc podszyć się pod kogoś i... cóż zrobić? Przedłużenie balu maskowego, gdy maską staje się cudza twarz. Przyszła mu myśl, że nie był na bieżąco z najnowszymi zabezpieczeniami Ministerstwa. Ale to... mogło poczekać do poniedziałku.
Po czwarte... kupił tylko jedną zabawkę. Chciał ją oddać to prawda, ale o ileś lepiej byłoby kupić dwie. Tak... właściwiej. Odpowiedniej. Wywołało to swędzenie w jego głowie, którego nie miał jak podrapać, sama myśl o tym zdawała mu się mało elegancka właśnie. Dobrze, że odbiór przedmiotu miał mieć miejsce po balu, jak to tak niesymetrycznie mieć wypełnioną tylko jedną z kieszeni?
Odchrząknął i skupił się na muzyce, która wypełniała konsekwentnie przestrzeń balowej sali. Koronki zdobiące Hannibala nie dziwiły go zbytnio, młodzieniec znany był ze swoich kontrowersyjnych wyborów w wielu kwestiach, cóż jednak kontrowersje obyczajowe, gdy czarodziejską societę o wiele bardziej interesowało pochodzenie kochanka czy kochanki, aniżeli fakt, że tychże było sporo. Głos Selwyna był znajomy, jego warsztat nie zaskakiwał, dawał uczucie ponownie oglądanej pięknej rzeźby i było w tym uczuciu coś przyjemnego. Uziemniającego. Nie mógł tego powiedzieć o głosie Cordelii, której ścieżkę muzycznej kariery znał i nie do końca pochwalał. Brak Oleandra na scenie go w pewnym sensie zdziwił, choć być może tego dnia młodzian wolał się bawić, aniżeli rozmyślać o - jakby nie było - pracy. Tajemniczy pianista nie wzbudzał w nim większego zainteresowania, w przeciwieństwie do nieco mocniej zaciśniętej na przedramieniu dłoni jego towarzyszki.
Może gdyby nie wojna.
Może gdyby nie spalony Londyn.
Cały recital napełnił go smutkiem, w którym wdzięczny był za maskę pozwalającą mu odpuścić na moment, na krótką chwilę wewnętrzne opanowanie.
– Między elegancją a śmiesznością jest pewne spektrum w którym widziałbym te decyzje wizażowe. Niemniej, ciekaw jestem czy dziedzic Selwynów miał jakieś informacje, jako performer o skutkach niektórych powitalnych eliksirów. Czyż nie latały tu przed momentem anielice? Może chciał jakąś upolować, w imię opowieści, która nie musi być wypowiedziana, aby zaistnieć w świadomości rozmówcy – odpowiedział Ceolsige, zachowując neutralność, ba! szczyptę rozbawienia, niewielką jego iskrę w niespokojnym sercu.
Muzyka się skończyła, Anthony również wyraził wdzięczność artystom - zgodnie ze zwyczajem - klaszcząc, co miało być substytutem uścisku wdzięczności. Robiąc to jednak, miast skupić się na scenie, pozwolił sobie rozejrzeć się w poszukiwaniu znajomego złotego oblicza.
Miał iskrę. Chciał choć na moment ogrzać się przy gwieździe.
Czy to był właściwy czas? Tak się zdawało. Dwie atrakcje jedna po drugiej, pewnie koło północy podadzą mięsiwo.
– Zechciałabyś Pani powrócić do naszego pierwotnego planu przechadzki po zaklętym ogrodzie?– zaproponował, rękawiczką gładząc dłoń, którą miała oplecioną przez jego przedramię. – Nie jestem znawcą kwiatów by móc szafować wyrokami, ale kiedy bywałem już w tym ogrodzie... przeklęty czy nie, niesie w sobie wiele walorów estetycznych pozwalających ochłonąć po emocjach licytacji i recitalu.
I gdy uzyskał jej zgodę, tak wyznaczył trajektorię ich niespiesznego spaceru, by ściągnąć wzrokiem Jonathanana, licząc że zgodnie z prośbą Anthony'ego sprzed balu, podąży za nimi do ogrodu. Lepszej okazji, by móc zweryfikować aurę panny Burke raczej nie znaleźliby tego wieczora.
Zawada: Nerwica Natręctw