07.02.2026, 22:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.02.2026, 22:55 przez Primrose Lestrange.)
Z zaciekawieniem wpatrywała się jak Billy obejmuje Laurenca, który z jej szczeniackiej perspektywy wydawał się jakimś starym dziadem. Szczerze mówiąc, miała wrażenie, że prędzej dogadałaby się z jego dziećmi. Szkoda, że nie sadzano jej już przy stoliku dla dzieci, bo tam zawsze rozmowy bujały jakoś mocniej. Zachowała się wobec niego, oczywiście, tak uprzejmie jak należało.
Miejscem, które zechciała docelowo wybrać Primrose, wcale nie było miejscem obok Williama – pragnęła usiąść obok Victorii. To dopiero brak wolnego krzesła sprawiłby, że usiadłaby obok kuzyna. Bo siedzenie obok siostry wydawało jej się ważne. Jak się nie siadało obok siostry to mogło sprawiać wrażenie, że coś jest nie tak, a przecież wszystko (oprócz tego, że wpadała w histerię) było w najlepszym porządku. No ale... skoro mama kazała... usiadła dokładnie tam, gdzie jej to uprzejmie zasugerowano, kończąc w najgorszej lokalizacji jaką mogła sobie wyobrazić.
– Dobry wieczór – powiedziała śpiewnym głosem i zrobiła dokładnie to, czego można było się po Primrose spodziewać: ani na moment nie zainteresowała się jedzeniem, nie ofiarowała też rodzinie żadnych wyjaśnień w związku ze spóźnieniem. Nie mała żadnej ciekawej opowieści ani sensownej wymówki. Po prostu... przysłuchiwała się rozmowom, co jakiś czas poprawiając i tak nienagannie ułożone włosy. Jeżeli cokolwiek miało znaleźć się na talerzu przed nią, byłaby to jedynie zbędna dekoracja – nie było szansy, że cokolwiek w takich warunkach przełknie.
Reagowała bardzo żywo i teatralnie. Aż za żywo, bo mama nalała jej picia i tak jakoś od razu przyszło jej do głowy schować się za kieliszkiem, więc kiedy Louvain dzielił się tą jakże zaskakującą rewelacją, Primrose zakrztusiła się momentalnie i próbowała odkrztusić to w ciszy. Miała wrażenie, że jednocześnie siniała z braku tlenu, bledła z zaskoczenia i czerwieniała ze złości, że to na pewno wszystko przez tego przebrzydłego Alexandra Mulcibera! Wrażenie pozostawało jednak jedynie wrażeniem – bo ostatecznie jedynym co wizualnie zmieniło się w jej aparycji była chwilowa, gęsta i sina smuga, kiedy zaczęła parować jej głowa.
– Tam przynajmniej będzie bezpieczna przed Śmierciożercami – powiedziała cichutko, niemalże szeptem. Tak, że osoby mówiące głośniej i pewniej nie miały żadnego problemu z wejściem jej w słowo i pokierowaniem rozmową tak jak sobie tego życzyły.
Tępe spojrzenie, którym obdarowała Laurenca, kiedy postanowił zmienić temat mówiło jasno: nie miała na temat czarnych róż absolutnie nic do powiedzenia, ale wyglądała przy tej swojej niewiedzy naprawdę ładnie.
Miejscem, które zechciała docelowo wybrać Primrose, wcale nie było miejscem obok Williama – pragnęła usiąść obok Victorii. To dopiero brak wolnego krzesła sprawiłby, że usiadłaby obok kuzyna. Bo siedzenie obok siostry wydawało jej się ważne. Jak się nie siadało obok siostry to mogło sprawiać wrażenie, że coś jest nie tak, a przecież wszystko (oprócz tego, że wpadała w histerię) było w najlepszym porządku. No ale... skoro mama kazała... usiadła dokładnie tam, gdzie jej to uprzejmie zasugerowano, kończąc w najgorszej lokalizacji jaką mogła sobie wyobrazić.
– Dobry wieczór – powiedziała śpiewnym głosem i zrobiła dokładnie to, czego można było się po Primrose spodziewać: ani na moment nie zainteresowała się jedzeniem, nie ofiarowała też rodzinie żadnych wyjaśnień w związku ze spóźnieniem. Nie mała żadnej ciekawej opowieści ani sensownej wymówki. Po prostu... przysłuchiwała się rozmowom, co jakiś czas poprawiając i tak nienagannie ułożone włosy. Jeżeli cokolwiek miało znaleźć się na talerzu przed nią, byłaby to jedynie zbędna dekoracja – nie było szansy, że cokolwiek w takich warunkach przełknie.
Reagowała bardzo żywo i teatralnie. Aż za żywo, bo mama nalała jej picia i tak jakoś od razu przyszło jej do głowy schować się za kieliszkiem, więc kiedy Louvain dzielił się tą jakże zaskakującą rewelacją, Primrose zakrztusiła się momentalnie i próbowała odkrztusić to w ciszy. Miała wrażenie, że jednocześnie siniała z braku tlenu, bledła z zaskoczenia i czerwieniała ze złości, że to na pewno wszystko przez tego przebrzydłego Alexandra Mulcibera! Wrażenie pozostawało jednak jedynie wrażeniem – bo ostatecznie jedynym co wizualnie zmieniło się w jej aparycji była chwilowa, gęsta i sina smuga, kiedy zaczęła parować jej głowa.
– Tam przynajmniej będzie bezpieczna przed Śmierciożercami – powiedziała cichutko, niemalże szeptem. Tak, że osoby mówiące głośniej i pewniej nie miały żadnego problemu z wejściem jej w słowo i pokierowaniem rozmową tak jak sobie tego życzyły.
Tępe spojrzenie, którym obdarowała Laurenca, kiedy postanowił zmienić temat mówiło jasno: nie miała na temat czarnych róż absolutnie nic do powiedzenia, ale wyglądała przy tej swojej niewiedzy naprawdę ładnie.