08.02.2026, 19:56 ✶
– Dziewięć, trzy, cztery... – szepnął jeszcze duch, nim rozwiał się, znikając, pozostawiając po sobie tylko uczucie przejmującego chłodu, który przenikł Jonathana i sprawił, że na jego skórze pojawiła się gęsią skórka. Cokolwiek mógł mu jeszcze zdradzić o tych podziemiach, na razie miało to pozostać tajemnicą. Selwyn był sam, pochylony nad nieprzytomnymi towarzyszami, którzy wpadli w pułapkę, jakiej on zdołał uniknąć.
*
Gdzieś w duszy Erika Longbottoma tkwił lęk przed nicością. Coś, czego tak często bali się mugole: koniec drogi, czekający każdego z nich, najpodlejszego żebraka i najbogatszego króla, za którym nie ma już niczego. Coś, przed czym nie można uciec i przed czym nie ma obrony.
Ale Erik był czarodziejem, gdzieś tam, na końcu, czekały błękitny ogień i wyciągnięta ręka, a tu i teraz wciąż żył. I póki żyłeś, mogłeś przezwyciężyć swój strach.
Może istniało kilka sposobów na wyjście z tej pułapki. To, które wybrał, w każdym razie, zadziałało. Erik zamrugał, i nagle nie było już pustki ani ciemności, a on nie wisiał gdzieś w powietrzu, w miejscu, w którym nie istniała grawitacja: leżał na schodach, uwolniony z pułapki, a tuż obok stał Jonathan Selwyn.
*
Dora – nie – Dora chwyciła dłoń Crawleyówny i przyciągnęła ją do siebie. Rękę miała chłodną, ale jej oddech był ciepły, gdy owionął policzek tej prawdziwej Dory, bo pochyliła się, by wyszeptać do ucha dziewczyny parę słów.
– Zawsze będę czekać tuż za rogiem.
Obietnica? Groźba? Słowa wypowiadane przez jej własny strach, nie mające w sobie ani trochę prawdy?
Może to ta akceptacja, może to, że zdało się jej, że ktoś wypowiada jej imię – Jonathan? – zadziałało, bo nagle dłoń Dory zacisnęła się na pustce. Nie ściskała już ręki samej siebie, a leżała na schodach, po których schodzili.
*
Byli na schodach. Cała trójka zmarznięta, a Dora i Erik z kilkoma siniakami, ale cali i zdrowi. Przed nimi zaś znajdowały się zatrzaśnięte drzwi, wiodące zapewne do głównej części laboratorium. Nie miały klamki, za to na ich środku znajdowała się dziwna konstrukcja, składająca się z dziewięciu pół, ułożonych w kwadrat, gdzie każdy bok tworzyły trzy pola. W trzech górnych, ułożonych poziomo, iskrzyły się kolorowe kamyczki: w pierwszym sześć, w kolejnym siedem, w następnym jeden. W pierwszym w drugim rzędzie znajdowało się ich osiem, kolejne dwa były puste. Pierwszy w ostatnim, trzecim rzędzie, miał dwa kamyczki, a kolejne dwa pola znowu były puste.
Kolorowe kamyki poniewierały się po ziemi: może wcześniej trzymano je w pojemniku, który został zniszczony, może ktoś je tu rozsypał, może wypadły z pustych pól po tym, jak umieściła je tam inna osoba?
/odpisy do 19 w środę/
*
Gdzieś w duszy Erika Longbottoma tkwił lęk przed nicością. Coś, czego tak często bali się mugole: koniec drogi, czekający każdego z nich, najpodlejszego żebraka i najbogatszego króla, za którym nie ma już niczego. Coś, przed czym nie można uciec i przed czym nie ma obrony.
Ale Erik był czarodziejem, gdzieś tam, na końcu, czekały błękitny ogień i wyciągnięta ręka, a tu i teraz wciąż żył. I póki żyłeś, mogłeś przezwyciężyć swój strach.
Może istniało kilka sposobów na wyjście z tej pułapki. To, które wybrał, w każdym razie, zadziałało. Erik zamrugał, i nagle nie było już pustki ani ciemności, a on nie wisiał gdzieś w powietrzu, w miejscu, w którym nie istniała grawitacja: leżał na schodach, uwolniony z pułapki, a tuż obok stał Jonathan Selwyn.
*
Dora – nie – Dora chwyciła dłoń Crawleyówny i przyciągnęła ją do siebie. Rękę miała chłodną, ale jej oddech był ciepły, gdy owionął policzek tej prawdziwej Dory, bo pochyliła się, by wyszeptać do ucha dziewczyny parę słów.
– Zawsze będę czekać tuż za rogiem.
Obietnica? Groźba? Słowa wypowiadane przez jej własny strach, nie mające w sobie ani trochę prawdy?
Może to ta akceptacja, może to, że zdało się jej, że ktoś wypowiada jej imię – Jonathan? – zadziałało, bo nagle dłoń Dory zacisnęła się na pustce. Nie ściskała już ręki samej siebie, a leżała na schodach, po których schodzili.
*
Byli na schodach. Cała trójka zmarznięta, a Dora i Erik z kilkoma siniakami, ale cali i zdrowi. Przed nimi zaś znajdowały się zatrzaśnięte drzwi, wiodące zapewne do głównej części laboratorium. Nie miały klamki, za to na ich środku znajdowała się dziwna konstrukcja, składająca się z dziewięciu pół, ułożonych w kwadrat, gdzie każdy bok tworzyły trzy pola. W trzech górnych, ułożonych poziomo, iskrzyły się kolorowe kamyczki: w pierwszym sześć, w kolejnym siedem, w następnym jeden. W pierwszym w drugim rzędzie znajdowało się ich osiem, kolejne dwa były puste. Pierwszy w ostatnim, trzecim rzędzie, miał dwa kamyczki, a kolejne dwa pola znowu były puste.
Kolorowe kamyki poniewierały się po ziemi: może wcześniej trzymano je w pojemniku, który został zniszczony, może ktoś je tu rozsypał, może wypadły z pustych pól po tym, jak umieściła je tam inna osoba?
/odpisy do 19 w środę/