• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence

[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#17
08.02.2026, 22:55  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.02.2026, 23:11 przez Benjy Fenwick.)  
Pociąg, prom - albo cokolwiek to było - sunął dalej, jednostajnie, w tym momencie zachowując miarowy rytm, kompletnie obojętny na rozmowę, która się w nim toczyła. Ten cichy, metaliczny, ale jednocześnie nie do końca naturalny dźwięk rozchodzący się po przedziale działał mi na nerwy bardziej, niż chciałem przyznać. Nie spodziewałem się, że dojdzie do takiej sytuacji, nie do końca wiedziałem, jakie miałem oczekiwania wobec podróży - nawet się nad tym jakoś szczególnie nie zastanawiałem, dopóki nie przestałem być sam w tej wąskiej, teraz już zdecydowanie za ciasnej przestrzeni. Słowa intruzji odbijały się ode mnie od dłuższego czasu - nie dlatego, że były puste, raczej dlatego, że było ich za dużo, zbyt wiele naraz, jakby próbowała mi wcisnąć całe cudze życie w kilka minut rozmowy w przedziale, który od początku nie był dla niej przeznaczony. Wdarła się w tę przestrzeń bez zaproszenia, zakłóciła porządek, który wydawał mi się jedyną sensowną strukturą tego miejsca, i zaczęła go rozmontowywać pytaniami, sugestiami, emocjami, których nie potrafiłem umiejscowić. Chaos był namacalny, a jednak nie potrafiłem jej po prostu wyrzucić.
Mówiła dużo, zbyt dużo jak na kogoś, kogo rzekomo nie znałem, podważała sens tej podróży, sens mojego bycia tutaj, sens ciszy, którą próbowałem utrzymać, a potem powiedziała, że mnie kocha - tak po prostu, bez zabezpieczeń, bez strategii, jakby to jedno zdanie miało cokolwiek wyjaśniać. Z boku to musiało wyglądać równie absurdalnie, co w mojej głowie - obca kobieta w obcym miejscu, z historią, której nie pamiętałem, i uczuciem, którego nie potrafiłem zweryfikować. Widziałem jednak w niej chwile zawahania, mikropęknięcia w pewności, jakby sama nie do końca wiedziała, czy to, co robi, ma prawo zadziałać, to wciąż było za mało, by uwierzyć, ale wystarczająco dużo, by nie odwrócić wzroku.
Nie powiedziałem nic więcej, w pewnym momencie po prostu zamilkłem, zamiast tego zrobiłem coś, co przyszło mi do głowy nagle, niemal impulsywnie - ciało wyprzedziło myśl - pochyliłem się i ją pocałowałem, bez zapowiedzi, bez pytania o zgodę, bardziej jako test niż gest czułości. Chciałem sprawdzić reakcję, zobaczyć, czy to, co mówiła, miało jakiekolwiek odbicie poza narracją, to nie był delikatny pocałunek - był gwałtowny, zdecydowany, zrodzony z potrzeby potwierdzenia albo zaprzeczenia wszystkiego naraz. Nie do końca wiedziałem, czego powinienem był się spodziewać, ale odpowiedź była prawie natychmiastowa. Nie cofnęła się, nie odepchnęła mnie - wręcz przeciwnie - jej ciało zareagowało tak, jakby ten gest nie był nowy, jakby znało go intuicyjnie. Odpowiedziała na pocałunek odruchem, bez kalkulacji, a jej dłonie spoczęły na moim torsie ostrożnie, niemal asekuracyjnie, jakby bała się, że w każdej chwili mogę ją odepchnąć - sam w tym momencie nie wiedziałem już, czy mógłbym to zrobić - to nie było bierne przyzwolenie, to było rozpoznanie, które przyszło szybciej, niż bym chciał.
Kiedy się odsunąłem, nie zrobiłem tego gwałtownie, zatrzymałem się blisko, oddalony zaledwie o kilka centymetrów, wystarczająco, by widzieć szczegóły jej twarzy, oddech poruszający piersią, napięcie w spojrzeniu. Patrzyłem na nią długo, a ona nie uciekała wzrokiem, podświadomie domyślałem się, że próbowała czytać mnie tak samo, jak ja próbowałem czytać ją, i wiedziałem też, że w mojej głowie dzieje się więcej, niż byłem gotów przyznać. Liczyłem, że nie było to zauważalne, ale w tym momencie nie miałem już tej pewności - byłem rozproszony, nie do końca „tu”, gdziekolwiek to miejsce było, nie do końca gdzieś indziej. Poczułem swoje palce w jej włosach dopiero wtedy, gdy wplątałem je w ciemne, miękkie pukle, orientując się, że zrobiłem to niemal bezwiednie, równie półprzytomnie przesunąłem je niżej, aż do kołnierza płaszcza, zatrzymując je tam, jak gdyby ten gest miał mnie w jakikolwiek sposób zakotwiczyć w rzeczywistości. Nie odsunęła się, wręcz przeciwnie, w rytmie jej oddechu było coś, co odebrałem jako coś na kształt ulgi, jak ciche potwierdzenie, że ten moment nie był błędem. Nie był nim? Nie wiedziałem jeszcze, co to wszystko znaczyło, ani dokąd miało prowadzić, ale po raz pierwszy od chwili, gdy się pojawiła, dopuściłem myśl, że jej obecność nie była przypadkiem, jedno stało się jasne - nie znalazła się tu przypadkiem. Coś, cokolwiek to było, zdołało przebić się przez moją rezerwę, a to zdarzało się rzadko. Coś w tym było również tak samo właściwe, jak i zupełnie nie w porządku - i nie chodziło o nią, tylko o mnie, o to, że zamiast poczuć triumf albo irytację, poczułem coś bliżej… Rozdrażnionej bezradności.
A potem wreszcie przerwaliśmy ciszę, wymieniając pierwsze, abstrakcyjnie-nieabstrakcyjne spostrzeżenie - to nie tak, że magicznie uwierzyłem w nasze powiązania, czymkolwiek one były, pytanie opuściło moje usta bez konsultacji z mózgiem, to „kiedykolwiek” było bardziej zaczepką, próbą przełamania tej dziwnej atmosfery, w której mierzyliśmy się wzrokiem, próbując wyczytać coś z twarzy drugiej osoby, ale przez chwilę naprawdę mnie to rozbawiło. Nie jakoś głośno, nie na tyle, żebym się roześmiał, raczej wewnętrznie - objawiło się krótkim, zaskakującym rozluźnieniem, coś we mnie puściło na moment, kącik ust uniósł mi się sam, bez pytania o zgodę, a ja nawet nie próbowałem tego powstrzymać. Zabrzmiało to całkiem… Znajomo - jak tekst, który wraca w cudzych ustach zbyt gładko, by był wymyślony na poczekaniu. Patrzyłem na nią uważniej niż wcześniej, jakbym dopiero teraz naprawdę zaczął dopuszczać możliwość, że to nie była improwizacja ani sprytna zagrywka, w tym jednym wymienionym zdaniu było coś niepokojąco naturalnego - fakt rzucony mimochodem, bez oczekiwania natychmiastowej reakcji, odbity w równie swobodny sposób - nie musiała mnie przekonywać, tylko zareagowała, potwierdzając moją hipotezę. To mnie bawiło i irytowało jednocześnie, bo jeśli rzeczywiście kiedyś mówiłem do niej w ten sposób, jeżeli to „zawzięta” nie było obelgą, nie etykietą, tylko cechą, którą znałem na pamięć, to znaczyło, że coś mi umykało, a ja nie lubiłem mieć luk w obrazie sytuacji.
To wszystko było zbyt gęste, nazbyt konkretne, by zbyć to machnięciem ręki, zbyt wiele detali nie pasowało do kłamstwa, a jednocześnie zbyt wiele odbiegało od prawdy, którą znałem. Westchnąłem cicho, bardziej przez nos niż usta, czując, jak coś we mnie stawia opór - nie panika, nie strach, raczej instynkt, który nie lubił, gdy świat nagle zmieniał zasady.
Przesunąłem dłoń po jej kolanie powoli, świadomie, nie do końca wiedząc, czemu pozwoliłem sobie na ten ruch i czemu w ogóle zainicjowanie go przyszło mi tak zupełnie bezmyślnie, ale skoro nie strzepnęła stamtąd mojej ręki, nie stroniła od dotyku, moje palce same odnalazły jej rękę. Ująłem ją i uniosłem odrobinę, obracając tak, by widzieć wnętrze dłoni, linię życia, drobne nierówności skóry, pieprzyki i plamki - przyglądałem się jej palcom z uważnością graniczącą z uporem, jakbym próbował zmusić pamięć do współpracy siłą spojrzenia. Przypatrywałem się im z uwagą kogoś, kto próbuje przypomnieć sobie zapach domu, stojąc w obcym mieście. Coś we mnie wyhamowało - ten cały cynizm, ta arogancka obrona, tarcza, którą zwykle stawiałem między sobą a światem, nagle nie miała gdzie się oprzeć. Jeśli kłamała, robiła to perfekcyjnie, jeśli mówiła prawdę - to by oznaczało, że wszystko, co wiedziałem o sobie, było niepełne. Złapałem się na tym, że przestałem oddychać na krótką chwilę, jakby organizm sam uznał, że warto wstrzymać powietrze, dopóki nie zdecyduję, czy to, co słyszę, ma sens - te wszystkie wcześniejsze słowa uderzyły we mnie z opóźnieniem, najpierw musiały przebić się przez grubą warstwę sceptycyzmu, a dopiero potem znaleźć sobie miejsce gdzieś głębiej.
Podniosłem wzrok dopiero po chwili, nie puszczając jej dłoni, w moim spojrzeniu nie było już kpiny ani tej młodzieńczej buty, którą jeszcze niedawno się podpierałem, była za to ostrożność i coś, co trudno było nazwać inaczej niż potrzebą sprawdzenia gruntu, zanim się on pode mną zapadnie.
- Dobrze. W takim razie jeszcze jedno. Jeśli naprawdę jesteś moją żoną, jeśli to wszystko nie jest ani prowokacją, ani projekcją, ani podstępną próbą zatrzymania mnie gdzieś, gdzie nie powinienem się zatrzymywać… - Urwałem na moment, kciukiem przesuwając po jej palcu serdecznym, dokładnie tam, gdzie czegoś brakowało albo gdzie coś powinno być. Głos miałem niższy, zachrypnięty, pozbawiony tej zadziorności, która wcześniej we mnie wrzała. - To powiedz mi coś, czego nikt inny nie mógłby wiedzieć, nawet jeśli obserwowałby mnie latami. - Trzymałem jej dłoń nadal, nie cofając ręki, chociaż instynkt podpowiadał mi, że to właśnie powinienem zrobić. Palce miała ciepłe, zbyt realne jak na kogoś, kto - według logiki tego miejsca - nie powinien tu istnieć. Patrzyłem na nią uważnie, teraz byłem czujny w inny sposób, jak ktoś, kto przestał się bronić żartem i czekał na uderzenie wprost - dokładnie tam, gdzie wycelowała swoją kolejną wypowiedź - jej słowa o tym, że nie byłem straconym przypadkiem, trafiły gdzieś głębiej, niż chciałem przyznać. Nie dlatego, że były pocieszające - takich nigdy nie potrzebowałem - ale dlatego, że brzmiały jak coś, co ktoś powiedział mi już kiedyś, jak zdanie, które miało swoją historię, ciężar, kontekst, jak echo, które nie powinno było istnieć.
„Jeśli zniknę, nikt nie zauważy momentu, w którym mnie zabraknie”, to nie było czcze, smętne przekonanie, a jednak… Spojrzałem na nią inaczej, jakby nagle zmieniła się definicja tego, na co patrzyłem - nie wyglądała jak ktoś, kto recytował wyuczoną formułkę, nie wyglądała też jak ktoś, kto próbował mnie omotać, wyglądała na kogoś przekonanego, a to… To było gorsze. Przesunąłem językiem po zębach, potem po dolnej wardze, odruchowo, bezmyślnie, patrzyłem na nią jak ktoś, kto całe życie uczony był czytania między wierszami. Małżeństwo oznaczało nazwisko, sojusz, zobowiązanie, czasem ulgę podatkową albo ciszę przy stole, rzadko namiętność, tego byłem pewien nawet bez sięgania po wybiórczo działającą pamięć, w moim świecie małżeństwa nie brały się z miłości wypowiedzianej szeptem w półmroku, brały się z genealogii, korzyści, dobrze rozpisanych kontraktów, z długów spłacanych w kolejnych pokoleniach. Miłość, o ile w ogóle się pojawiała, była co najwyżej skutkiem ubocznym - czymś, co należało trzymać na wodzy, bo potrafiło zrujnować najlepiej zaplanowany układ. „Od lat” tym bardziej uderzyło mnie mocniej, niż chciałem przyznać, powtórzyłem to w myślach, wolno, to było obce słowo w znanym języku, niby bliskie, a jednak dalekie, bo wszystko we mnie sprzeciwiało się wierze w to, że mogłoby chodzić o coś, co jednocześnie byłoby z dawien dawna zaplanowane, ale pełne faktycznych uczuć. „Od lat”, czyli nie chwilowy kaprys, nie świeża fascynacja, nie impuls po kieliszku wina - „od lat” oznaczało czas, ciągłość, pamięć wspólną, której ja nie miałem, i właśnie to było najbardziej irytujące.
Ponownie przeniosłem wzrok w kierunku naszych splecionych dłoni i spojrzałem na nie uważniej, już nie z prowokacją, nie z arogancją, tylko z chłodną, niemal zawodową koncentracją - tak, jakbym próbował ocenić wiarygodność świadka, a jednocześnie bał się, że okaże się ona bez zarzutu.
- „Od lat”. - Powtórzyłem na głos, ciszej, nieświadomie fiksując się na tych dwóch słowach, na tym, jak brzmiały w kontekście całego mojego życia, wiedzy i podejścia do rzeczywistości. - Czyli nie „od niedawna”, nie „od momentu, w którym coś się wydarzyło”. Tylko… Wcześniej. - Nie brzmiało to jak oskarżenie, to była próba ustawienia czegoś w głowie, która nagle okazała się za mała na tę informację. Oczywiście, rozumiałem umowy i porozumienia zawierane przy stołach, układy zawierane wiele lat przed konkretnym czasem, ale to praktycznie nigdy nie było „kochanie”, w nielicznych przypadkach było to, co najwyżej, „dorastanie do miłości”, zazwyczaj mało romantycznej, bardziej przyziemnej - tu to tak nie brzmiało.
Cofnąłem kciuk, przestałem przesuwać go po jej skórze, potrzebowałem tej drobnej dyscypliny, żeby nie odpłynąć za daleko. Miłość była dodatkiem luksusowym, mile widzianym, ale absolutnie niekoniecznym, jeśli się pojawiała - dobrze, jeśli nie - świat i tak szedł dalej. Dlatego ta nieoczekiwana anomalia zbijała mnie z tropu - nie dlatego, że brzmiała fałszywie, tylko dlatego, że była zbyt prosta.
Przesunąłem dłonią po twarzy, wolno, ten gest nie mógł jednak uporządkować moich myśli. Słowa o tym, że była „odrobinę wkurzona”, dotarły do mnie z opóźnieniem, mój mózg potrzebował chwili, żeby zdecydować, czy w ogóle warto się nimi zająć, chociaż normalnie złapałbym się tego zdania, rozebrałbym je na części, zapytał, „dlaczego, o co, od kiedy”. Teraz jednak było w nim coś absurdalnie zwyczajnego, niemal domowego, i właśnie to sprawiło, że zrobiło mi się nieswojo - jakbyśmy rozmawiali o niedomytej filiżance, a nie o… Wszystkim innym. „Wkurzona”, oczywiście, to akurat brzmiało bardziej wiarygodnie niż reszta - wkurzenie było uczuciem znajomym, bezpiecznym, logicznym, dało się je wpisać w schemat. Reszta… Niekoniecznie. Nie byłem kochliwy, nigdy, zawsze uważałem to za wadę charakteru, zresztą, uczono mnie, że więzi są narzędziami, a małżeństwa konstrukcjami - coś się zawiera, coś się wnosi, coś się zyskuje. „Zakochanie” było pojęciem użytecznym w poezji i niepraktycznym w życiu, a jednak, gdy mówiła o tym tak spokojnie, bez egzaltacji, bez potrzeby przekonywania mnie na siłę, coś zaczęło się przesuwać. Patrzyłem na nią uważnie, nie szukając już pęknięć w jej historii, tylko punktów styku z moją własną, to było niepokojące doświadczenie.
- „Dość mocno ranny” to bardzo elastyczne pojęcie. - Odezwałem się w końcu, spokojnie, może aż za bardzo. - Z mojego doświadczenia wynika, że ludzie używają go, kiedy nie chcą powiedzieć, jak źle jest naprawdę. - Przesunąłem kciukiem po grzbiecie jej dłoni, nadal trzymając ją w swojej, jakbym nie do końca ufał temu, że jeśli puszczę, to ona nie zniknie albo ja nie przestanę jej czuć. Moje ciało w dalszym ciągu reagowało szybciej niż głowa, co zaczynało mnie irytować. - Ale ty już to powiedziałaś, tak? Czyli to nie była metafora - głos miałem niższy, zachrypnięty, zupełnie jakby należał do kogoś innego - ani sposób, żeby mną wstrząsnąć. - Oparłem łokcie o uda, nachyliłem się minimalnie do przodu, puszczając obie ręce, ale - paradoksalnie - przysuwając się trochę bliżej, w tej pozycji świat wydawał się nagle ciaśniejszy, jakby przedział naprawdę zwęził się o kilka centymetrów. - Nie wyglądam na kogoś, kto właśnie wymknął się kostusze z ramion. - Dodałem, krótko, rzeczowo, obracając swoje dłonie, przypatrując im się, ze zmarszczonymi brwiami. - I nie czuję się jak ktoś, kto jest na granicy. - To było kłamstwo, chociaż tylko częściowe, coś było nie tak - to wiedziałem od początku - zmęczenie, którego nie potrafiłem umiejscowić, ciężar w klatce piersiowej, coś zostało niedopowiedziane, czułem się w jakiś sposób zdradzony przez własne ciało, nagle zabrakło w tym tej pewności, którą jeszcze przed chwilą próbowałem sobie przypisać, ale nie zamierzałem jej tego przyznać, nawet teraz.
Nie było we mnie paniki, jeszcze nie - zresztą, nie zamierzałem panikować - bardziej coś w rodzaju zimnego zdziwienia, jak wtedy, gdy nagle orientujesz się, że żart przeciągnął się o sekundę za długo i przestał być śmieszny. Słowo „pociąg” zaczynało mi ciążyć, punkt docelowy nie był jasny, brak postojów stawał się coraz bardziej wymowny, tak - to mogła być logistyka śmierci ubrana w metaforę transportu zbiorowego. Parsknąłem krótko, bez humoru, najbardziej irytująca była świadomość, że jej słowa układały się w ciąg, który miał sens, nawet jeśli nie chciałem mu tego sensu przyznać. Wyprostowałem się ponownie, żeby oprzeć się i przeciągnąć palcami po skroni, wolno, z namysłem - ten gest zawsze oznaczał, że coś liczę, analizuję, próbuję poukładać w głowie tak, by nie wybuchło mi w twarz.
- Czyli twój plan polega na tym, że mamy złamać zasady miejsca, którego zasad nie znamy. -  Odezwałem się w końcu, spokojnie, niemal rzeczowo. - I zrobić to na wiarę. Twoją wiarę, dodajmy. - Uniosłem brwi, kręcąc głową niemal niezauważalnie, w innych okolicznościach może nawet bawiłaby mnie absurdalność tej sytuacji, teraz starałem się zrozumieć ten absurd. - Czyli improwizacja. - Stwierdziłem sucho. - Chaotyczna, oparta na przeczuciu improwizacja, podszyta bardzo wysoką stawką. - Nie było w tym kpiny, to było coś na kształt zawodowej oceny. - „Musimy sami sobie zrobić postój”. - Mrugnąłem, tym razem z krótkim, niedowierzającym parsknięciem. - Podoba mi się ta część. Bardzo w moim stylu. Mniej podoba mi się fragment z wyskakiwaniem w ciemno. - Odetchnąłem głęboko przez nos. - Wiesz, co jest w tym wszystkim najdziwniejsze? - Powiedziałem spokojnie. - Nie to, że prosisz mnie, żebym wyskoczył z pędzącego pociągu. Tylko to, że jakaś część mnie wcale nie uznaje tego za najgłupszy pomysł, jaki dziś usłyszałem. - Spojrzałem na okno, później na drzwi do przedziału, po czym kiwnąłem głową, bez ironii - jeśli ten pociąg faktycznie nie przewidywał wyjścia, to znaczyło, że ktoś uznał, że nie powinno go być, a ja całe życie miałem wyjątkowy talent do robienia rzeczy, które nie były przewidziane w projekcie.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (37615), Prudence Fenwick (23586)




Wiadomości w tym wątku
[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 16:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 00:59
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.01.2026, 05:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 20:27
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.01.2026, 18:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.01.2026, 23:25
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.01.2026, 06:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.01.2026, 19:47
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 19:37
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 31.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 14:03
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 01:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.02.2026, 12:39
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 02:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 14:34
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 08.02.2026, 22:55
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 22:14
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.02.2026, 13:10
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.02.2026, 23:48
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.02.2026, 20:46
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.02.2026, 13:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa