Obietnica czy groźba, dla Dory nie miało to większego znaczenia. Czuła jakby coś jednocześnie jej ciążyło, a z drugiej strony było odrobinkę lżej. Czy podjęła odpowiednią decyzję, pewnie okaże się w najmniej odpowiednim momencie.
Gdzieś z tyłu głowy rozległ się znajomy głos, a jej dłoń już nie zaciskała się na swojej własnej, przeszytej czarnymi nitkami, a na pustce. Palce chwyciły powietrze, ale potem wyczuły nowy chłód, tym razem kamienia i nagle rzeczywistość była o wiele bardziej dotkliwa.
Dora stęknęła, czując jak krawędzie stopni bodą ją w kości i że ma chyba parę nowych siniaków. Podniosła się, powoli i z namysłem, najpierw chcąc przyjąć pozycję siedzącą.
- Jonathan? - rzuciła, odpowiadając jakoś na wołanie które dobiegło do niej chwilę wcześniej. - Nic ci nie jest? Erik? Erik! Tobie też? Jesteś cały? - pozbierała się z posadzki, pionizując i patrząc to na jednego, to na drugiego, ale wydawało się że nic im nie było. Erik może trochę się poobijał, tak jak ona, ale Selwyn wydawał się stać jak stał.
A potem spojrzała na drzwi.
Kwadrat, podzielony na mniejsze kwadraty, które tworzyły razem dziewięć pól. Przypominało to trochę rozrywkę, jaką było sudoku, szczególnie że po szybkim policzeniu okazywało się, że każde z okienek miało w sobie inną liczbę kamyczków. Tych, które były rozsypane pod drzwiami. Dora zgarnęła je i zaczęła powoli przeliczać.
- Dziewięć pól. Założyłabym że w każde musimy włożyć inną ilość kamieni. Tym bardziej że suma tych w długości i szerokości nie jest równa. Więc, eee, na chybił trafił? Chyba że mamy inny pomysł?
But I have promises to keep,
And miles to go before I sleep.