09.02.2026, 15:43 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.02.2026, 09:00 przez Christopher Rosier.)
![[Obrazek: imgproxy.php?id=6DId0Fw.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=6DId0Fw.png)
Christopher Rosier nie był człowiekiem, który uznawał półśrodki i byle jakość, a że miał sporo pieniędzy i kilka ładnych znajomości. Dodajmy do tego, że słowa „zaskocz mnie” wypowiedziane na balu Lestrangów potraktował jako pewnego rodzaju wyzwanie, i chociaż nie był pewny, czy faktycznie zdoła Victorię zaskoczyć, to na pewno zamierzał spróbować. Najbardziej oczywiste opcje – jak choćby Zorza – odpadały więc przed biegach, bo wprawdzie sprawdziłyby się dobrze, ale na pewno nie były zaskakujące. Nic na Pokątnej i Horyzontalnej nie wchodziło więc w grę, w Hogsmeade, choć klimatycznie, bywało teraz trochę za bardzo zatłoczone i za mało eleganckie, a mugolskie restauracje, nawet te najdroższe, w większości były pozbawione pewnego rodzaju klasy. Odpadała nawet Francja, jako ten cel nazbyt częsty dla angielskich czarodziejów, zwłaszcza że Lestrange byli z tym krajem powiązani.
Zorganizowanie wszystkich zajęło parę dni, nawet nie dlatego, że musiał poświęcić na to tyle czasu, ale że rezerwację oraz świstokliki trzeba było załatwić i oznaczało to oczekiwanie, podobnie jak skombinować sobie tłumacza, który ogarnie kilka rzeczy za niego. Przepchnięcie na szczyt oczekujących na pewien bardzo konkretny rodzaj torebki z Rosierów jednego nazwiska, drobna łapówka w postaci zniżki na zakup sukni ślubnej oraz butelka drogiej whiskey pozwoliły ruszyć parę sznurków i przyspieszyć sprawy. W końcu więc Christopher napisał do Victorii liścik, prosząc o zarezerwowanie terminu i ubiór z kategorii tych „eleganckich, ale w których czuje się swobodnie i można w razie potrzeby ostatecznie wyjść na mugolską ulicę”, a potem pojawił się wieczorem pod wskazanym adresem ze świstoklikiem. Sam miał na sobie ciemne spodnie, zieloną koszulę i ciemną marynarkę, a do tego długi płaszcz, z nowej kolekcji jesiennej swojego ojca - pora roku w końcu była już taka, że jakieś okrycie było wskazane.
*
Punkt aportacyjny, w którym ostatecznie się pojawili po dwukrotnej wymianie świstoklików, znajdował się w mało reprezentacyjnym mieszkaniu w kamienicy, wyglądającej na bardzo starą: kiedyś bez wątpienia te wnętrza uchodziły za eleganckie, ale widać było, że meble postawiono tu przed laty, a tapeta lekko łuszczyła się. W środku panował już półmrok, bo słońce powoli chowało się za horyzontem, i można by pomyśleć, że Christopher popisał się równym brakiem wyczucia co Aidan, ale…
– Musimy zejść na dół, nie mamy daleko, ale transport powinien już czekać – stwierdził Rosier, zerkając na zegarek, co sugerowało, że jednak nie planował podawać posiłku w tym wnętrzu, a ot było miejscem, z którego korzystali czarodzieje, pojawiający się w okolicy za pomocą świstoklików.
No i było coś jeszcze.
Wyglądając przez okna kamienicy, można było zobaczyć dziesiątki podobnych, zdecydowanie nie angielskich kamienic, ciągnących się na kilka pięter, poustawianych bardzo gęsto, tak że uliczki między nimi należały do raczej wąskich. Ich okna były wysokie, a ściany niektórych pomalowano na różne kolory. Tym co jednak zwracało uwagę przede wszystkim, był fakt, że tych wąskich uliczek w zasięgu wzroku nie było wiele – w oczy rzucała się bardziej główna „ulica”, zalana wodą. Sieć kanałów, przecinających miasto na wodzie: Wenecję.