Zmrużyła jeszcze oczy na to „zamek się zaciął”, gotowa mu to odpuścić, bo ostatecznie nic się nikomu (chyba…) nie stało, ale na kolejne po prostu spojrzała na Shafiqa wymownie.
– A ma sens to, że ktoś urządził sobie w twojej piwnicy klub bębniarza? – to było równie absurdalne co ukrywanie się pod jakąś iluzją, no ale jak to inaczej wyjaśnić – że oboje to słyszeli, a żadne nic nie widziało? Tyle mu jeszcze zdążyła powiedzieć, nim zmniejszyła się i przybrała zwierzęcy kształt.
Nie wyczuła tutaj niczego nadzwyczajnego oprócz mocnego zapachu popiołu i kurzu… i czegoś jeszcze, ale nie była pewna, czy to nie przez ten wybuch. Przebijał się też przez to słaby zapach drewna, ale te drwa do napalenia w kominku widziała – słowem żaden zapach jej nie zaalarmował, gdy tak znaczyła kocimi łapkami podłogę w piwnicy, rzeczywiście krążąc po pomieszczeniu, a jej długi ogon chodził na boki, jakby prowadził zupełnie odrębne życie. Koci wzrok też nie zauważył tutaj niczego, czego nie powinno tu być – i to jednocześnie dobrze, jak i źle. Dobrze, bo oznaczało, że nic tu się nie działo niepokojącego, a źle, bo nadal nie było wiadomo skąd te dziwaczne dźwięki?
Ale wtedy Cathal kompletnie wyprowadził ją z równowagi mówiąc o jakiejś klapie. Odwróciła się o sto osiemdziesiąt stopni, by całym swoim ciałkiem i wyrazem pyska powiedzieć Calowi co ona myśli o jakichś tam klapach, których tu nie ma, ale wtedy i jej złote oczy zobaczyły to, czego tu wcześniej nie było i zdurniała. Po prostu stała tam nieruchomo, jedyne co się zmieniło, to jej wibrysy napięły się i ustawiły się końcami do przodu, ale spojrzenie łypało na klapę. A potem uniosła łeb na Cala i miauknęła przeciągle, jakby była oburzona.
Bo była!
– Miiaaaauuuuuuuu – co to kurwa jest zdawała się mówić, bo na pewno myśleć. – Miiił? – myślisz, że tam siedzi? I gdy Cathal zbliżył się ostrożnie i podejrzliwie, ona równie ostrożnie i podejrzliwie zrobiła kółko wokół klapy, łypiąc na nią teraz co najmniej tak, jakby gotowa ją zapacać łapą na śmierć, gdyby ta się sama otworzyła.
Na szczęście nic takiego się nie wydarzyło, nawet wtedy, gdy blondyn machnął różdżką czyniąc magię – cokolwiek zrobił… nic się nie zmieniło. Ginny szukała teraz na tym drewnie klapy jakichkolwiek oznak magii; wydrapanych run, symboli, czegokolwiek co powiedziałoby z czym mają właśnie do czynienia, a im bardziej nic nie widziała, tym bardziej była skonfundowana.
– Miau – to ostatnie miauknięcie zresztą samo mówiło o tym, że nic nie rozumie.