10.02.2026, 09:54 ✶
Cathal mówił wszystkimi językami świata. Do pewnego stopnia rozumiał nawet mowę węży. Żadna z tych rzeczy nie czyniła go absolutnie wyjątkowym. Prawdopodobnie jednak to że zrozumiał, co takiego miauczała Ginny, czyniło go już pierwszym światowym ekspertem z zakresu kociej mowy. Może nie wyłapywał wszystkich niuansów, ale był pewny, że w tym miauczeniu kryła się co najmniej jedna „kurwa” i prawdopodobnie wariacja na temat „co to ma być”?
– Nie wiem, ale zaraz się przekonamy – odparł spokojnie. Zaklęcie rozpraszające zadziałało i nic się nie stało, nie widział też żadnych run, pieczęci, ani niczego, co czasem znajdowało się na tego typu tajemniczych klapach. Jeśli była tu jakaś pułapka, to niewidoczna dla kogoś, kto nie był absolutnym specjalistą w dziedzinie, a Cal może i nie potrafił takich rozbrajać, ale takie mniej wymyślne powinien zauważyć…
W końcu więc szarpnął i odrzucił klapę na bok, celując różdżką w ciemność.
Blask lumos rozświetlił kolejny piwniczy poziom. Pomieszczenie na dole było niewielkie, na pierwszy rzut oka puste. Unosił się z niego zapach wypalonych świec, resztek dymu, a także czegoś jeszcze, metalicznego, co dla kocich zmysłów kojarzyło się z krwią, ale być nią nie musiało. Cathal trzymając się krawędzi pochylił się nad dziurą, nauczony doświadczeniem, żeby od razu do takiej nie wskakiwać, póki nie upewni się, że w środku nie ma żadnych wirujących ostrzy, krokodyli ani klątw.
– Są tu te cholerne bębny – powiedział nagle, gdy pochylony dostrzegł, jak z mroku wyłania się bęben, pokryty czymś czerwonym, i czerwień zalała też umysł Cathala. Na tyle, że ostatecznie zamiast przeprowadzić wszystkie niezbędne procedury, zeskoczył na dół. Ostatecznie to nie była egipska piramida, kto spodziewałby się przeraźliwych, czarnomagicznych klątw we własnej piwnicy…?
Cóż, prawdopodobnie nikt. Ale też nikt nie spodziewałby się tego, co zobaczył Shafiq, gdy znalazł się na dole. Faktycznie, były tu bębny, ale poza tym też świece i coś, co wyglądało jak prymitywny ołtarz: Cathal zapatrzył się na niego, nieruchomy, bo jego umysł zaczął automatycznie przykładać do tego obrazka setki innych, jakie widział sam i na ilustracjach w książkach. Jaka to religia, jaki obrządek, jaka strona świata…?
– Nie wiem, ale zaraz się przekonamy – odparł spokojnie. Zaklęcie rozpraszające zadziałało i nic się nie stało, nie widział też żadnych run, pieczęci, ani niczego, co czasem znajdowało się na tego typu tajemniczych klapach. Jeśli była tu jakaś pułapka, to niewidoczna dla kogoś, kto nie był absolutnym specjalistą w dziedzinie, a Cal może i nie potrafił takich rozbrajać, ale takie mniej wymyślne powinien zauważyć…
W końcu więc szarpnął i odrzucił klapę na bok, celując różdżką w ciemność.
Blask lumos rozświetlił kolejny piwniczy poziom. Pomieszczenie na dole było niewielkie, na pierwszy rzut oka puste. Unosił się z niego zapach wypalonych świec, resztek dymu, a także czegoś jeszcze, metalicznego, co dla kocich zmysłów kojarzyło się z krwią, ale być nią nie musiało. Cathal trzymając się krawędzi pochylił się nad dziurą, nauczony doświadczeniem, żeby od razu do takiej nie wskakiwać, póki nie upewni się, że w środku nie ma żadnych wirujących ostrzy, krokodyli ani klątw.
– Są tu te cholerne bębny – powiedział nagle, gdy pochylony dostrzegł, jak z mroku wyłania się bęben, pokryty czymś czerwonym, i czerwień zalała też umysł Cathala. Na tyle, że ostatecznie zamiast przeprowadzić wszystkie niezbędne procedury, zeskoczył na dół. Ostatecznie to nie była egipska piramida, kto spodziewałby się przeraźliwych, czarnomagicznych klątw we własnej piwnicy…?
Cóż, prawdopodobnie nikt. Ale też nikt nie spodziewałby się tego, co zobaczył Shafiq, gdy znalazł się na dole. Faktycznie, były tu bębny, ale poza tym też świece i coś, co wyglądało jak prymitywny ołtarz: Cathal zapatrzył się na niego, nieruchomy, bo jego umysł zaczął automatycznie przykładać do tego obrazka setki innych, jakie widział sam i na ilustracjach w książkach. Jaka to religia, jaki obrządek, jaka strona świata…?