10.02.2026, 10:16 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 10.02.2026, 10:17 przez Christopher Rosier.)
Christoper uważał, że skoro miał zaskoczyć, to było swego rodzaju wyzwanie. Jakąś tam restaurację tuż za rogiem, nawet najdroższą, mógł wybrać w takiej sytuacji Skeeter czy Lockhart, nie Rosier. I oczywiście, że zostawił instrukcje do stroju. Można było mówić, że nie szata zdobi człowieka, ale ubrania były częścią atmosfery miejsc i wydarzeń, sposobem na wyrażenie siebie, a także, zdaniem Chrisa przynajmniej, wpływały na samopoczucie. Mało kto czułby się dobrze w eleganckiej restauracji, gdyby miał na sobie domowe ubranie, a otaczali go wystrojeni ludzie. Ale i niedobrze wybrać coś mało swobodnego, jeśli chciało się też przejść uliczkami miasta… a byłoby jednak grzechem, gdyby już człowiek pofatygował się do tej Wenecji i zadowolił jednym posiłkiem, bez choćby krótkiego spaceru.
– Doskonale, panno Lestrange, bo nie zadowoliłbym się niczym mniej – stwierdził, posyłając jej uśmiech, zanim otworzył drzwi, odblokowywane i zablokowywane prostym zaklęciem, rzucanym na zamek – ot było to coś, co każdy czarodziej znający sekret miał w prosty sposób obejść, ale by nie wleźli tutaj jacyś mugole.
Zeszli po schodach, bardzo wąskich, po których Victoria musiała poruszać się ostrożnie, ze względu na stopień ich wysłużenia: były aż powycierane od tysięcy stóp, które pokonywały je przez całe lata. Po chwili jednak znaleźli się już w bocznej, wąskiej uliczce, wzdłuż której ciągnęły się ściany kamienic. Były wysokie, ale i nic dziwnego: Wenecję w końcu nie raz, nie dwa zalewało, i wtedy te niżej położone lokale nieraz zostawały zmoczone.
Christopher podał jej dłoń i ruszyli w stronę jasno oświetlonej, głównej „ulicy”, czy raczej kanału, przepływającego przez miasto. Jesień nie była może szczytem turystycznym, ale Wenecja wciąż przyciągała ludzi i minęli kilkoro ludzi, a ich uszu dobiegały różne języki – tu ktoś mówił po włosku, tu po angielsku, tu w ogródku restauracji siedziała grupka rozmawiająca w dziwnej, szeleszczącej mowie, szybko wyrzucając z siebie słowa.
Woda błyszczała odcieniem tej dziwnej zieleni, której blisko do niebieskiego, w blasku lamp. Pod mostem, przez który przechodzili, przepłynęła gondola, a Christopher skierował się ku schodkom, obok których stała kolejna, wąska łódka.
– Lorenzo Rossi? Jestem Rosier – zawołał, chcąc się upewnić, że to ta, której wynajem wcześniej załatwiał. Gondolier kiwnął głową, a Rosier znowu się uśmiechnął, bardzo z siebie zadowolony, z pierwszej reakcji Victorii zresztą takoż, choć to zadowolenie próbował chyba ukryć.
– Nie mamy szczególnie daleko, ale szybki spacer na obcasach pewnie nie byłby wygodny na początek wieczoru – stwierdził, jakby tylko o to w tym chodziło, a wcale nie o to, że postanowił wziąć sobie to „zaskocz mnie” do serca. Jako pierwszy zszedł na schody, by ewentualnie pomóc Victorii. – Ostrożnie, jest tutaj ślisko.
– Doskonale, panno Lestrange, bo nie zadowoliłbym się niczym mniej – stwierdził, posyłając jej uśmiech, zanim otworzył drzwi, odblokowywane i zablokowywane prostym zaklęciem, rzucanym na zamek – ot było to coś, co każdy czarodziej znający sekret miał w prosty sposób obejść, ale by nie wleźli tutaj jacyś mugole.
Zeszli po schodach, bardzo wąskich, po których Victoria musiała poruszać się ostrożnie, ze względu na stopień ich wysłużenia: były aż powycierane od tysięcy stóp, które pokonywały je przez całe lata. Po chwili jednak znaleźli się już w bocznej, wąskiej uliczce, wzdłuż której ciągnęły się ściany kamienic. Były wysokie, ale i nic dziwnego: Wenecję w końcu nie raz, nie dwa zalewało, i wtedy te niżej położone lokale nieraz zostawały zmoczone.
Christopher podał jej dłoń i ruszyli w stronę jasno oświetlonej, głównej „ulicy”, czy raczej kanału, przepływającego przez miasto. Jesień nie była może szczytem turystycznym, ale Wenecja wciąż przyciągała ludzi i minęli kilkoro ludzi, a ich uszu dobiegały różne języki – tu ktoś mówił po włosku, tu po angielsku, tu w ogródku restauracji siedziała grupka rozmawiająca w dziwnej, szeleszczącej mowie, szybko wyrzucając z siebie słowa.
Woda błyszczała odcieniem tej dziwnej zieleni, której blisko do niebieskiego, w blasku lamp. Pod mostem, przez który przechodzili, przepłynęła gondola, a Christopher skierował się ku schodkom, obok których stała kolejna, wąska łódka.
– Lorenzo Rossi? Jestem Rosier – zawołał, chcąc się upewnić, że to ta, której wynajem wcześniej załatwiał. Gondolier kiwnął głową, a Rosier znowu się uśmiechnął, bardzo z siebie zadowolony, z pierwszej reakcji Victorii zresztą takoż, choć to zadowolenie próbował chyba ukryć.
– Nie mamy szczególnie daleko, ale szybki spacer na obcasach pewnie nie byłby wygodny na początek wieczoru – stwierdził, jakby tylko o to w tym chodziło, a wcale nie o to, że postanowił wziąć sobie to „zaskocz mnie” do serca. Jako pierwszy zszedł na schody, by ewentualnie pomóc Victorii. – Ostrożnie, jest tutaj ślisko.