10.02.2026, 11:49 ✶
Wiadro i łopata były codziennymi narzędziami pracy Helloise — nie widziała w nich nic dziwnego. Choć być może gdyby nie parała się hodowaniem roślinek, a czuwaniem nad smokami, podzieliłaby zdanie Leviathana. Nie zastanawiała się nad tym. Odebrała od niego sprzęt nieco rozkojarzona, bardziej zainteresowana tym, co jeszcze ciekawego znajdowało się w rezerwatowej szopie i czy może jakiegoś narzędzia jeszcze nigdy nie widziała.
— Widzisz — mruknęła, wyglądając nad ramieniem czarodzieja do składziku — to, czego człowiek potrzebuje, jest często na wyciągnięcie ręki. Nie ma potrzeby kupować salamander, gdy biegają za domem. One nie są szczęśliwe w tych sklepach. Im mniej ludzi kupuje, tym lepiej.
Spojrzała w niebo. Szukała słońca, zastanawiając się, czy to dla salamander dzień równie przyjemny, co dla nich. Czy salamandry miały gorące kamienie, na których mogły się wygrzewać tego ranka? Nie wyglądało na to: było raczej pochmurnie, ale może jeszcze się rozjaśni. Helloise wymamrotała coś do siebie pod nosem, po czym dopięła ostatnie szczegóły: wywinęła przydługie rękawy roboczej szaty, żeby nie zajęły się przypadkiem ogniem. To samo groziło długim włosom — zebrała je w kok, który spięła różdżką użytą jak szpila do włosów. Zsunęła również z ramienia torbę, z którą przyszła, i powiesiła ją w szopie na przypadkowo wybranym haku.
— Wzięłam ciasto, gdybyśmy zgłodnieli — wyjaśniła chaotycznie obecność torby. — Będzie potrzebna? — Trąciła palcem czubek różdżki, która zyskała nowe praktyczne zastosowanie na okazję ich dzisiejszego zadania, po czym, nie czekając na odpowiedź, przeszła do innego pytania: — Jak się je…? — Zmarszczyła brwi. — Będą uciekać przy wykopywaniu gniazda. Myślisz, że nie dadzą rady… — kucnęła przy wiadrze i, jakby jej brakło słów na opisanie wątpliwości, przesunęła palcem od podstawy pojemnika do krawędzi, prezentując problem — wspiąć się. Niektóre są sprytne i mają lepkie łapki. — Spojrzała pytająco na Leviathana, jako że nie była pewna, czy te akurat salamandry również były sprytne.
— Widzisz — mruknęła, wyglądając nad ramieniem czarodzieja do składziku — to, czego człowiek potrzebuje, jest często na wyciągnięcie ręki. Nie ma potrzeby kupować salamander, gdy biegają za domem. One nie są szczęśliwe w tych sklepach. Im mniej ludzi kupuje, tym lepiej.
Spojrzała w niebo. Szukała słońca, zastanawiając się, czy to dla salamander dzień równie przyjemny, co dla nich. Czy salamandry miały gorące kamienie, na których mogły się wygrzewać tego ranka? Nie wyglądało na to: było raczej pochmurnie, ale może jeszcze się rozjaśni. Helloise wymamrotała coś do siebie pod nosem, po czym dopięła ostatnie szczegóły: wywinęła przydługie rękawy roboczej szaty, żeby nie zajęły się przypadkiem ogniem. To samo groziło długim włosom — zebrała je w kok, który spięła różdżką użytą jak szpila do włosów. Zsunęła również z ramienia torbę, z którą przyszła, i powiesiła ją w szopie na przypadkowo wybranym haku.
— Wzięłam ciasto, gdybyśmy zgłodnieli — wyjaśniła chaotycznie obecność torby. — Będzie potrzebna? — Trąciła palcem czubek różdżki, która zyskała nowe praktyczne zastosowanie na okazję ich dzisiejszego zadania, po czym, nie czekając na odpowiedź, przeszła do innego pytania: — Jak się je…? — Zmarszczyła brwi. — Będą uciekać przy wykopywaniu gniazda. Myślisz, że nie dadzą rady… — kucnęła przy wiadrze i, jakby jej brakło słów na opisanie wątpliwości, przesunęła palcem od podstawy pojemnika do krawędzi, prezentując problem — wspiąć się. Niektóre są sprytne i mają lepkie łapki. — Spojrzała pytająco na Leviathana, jako że nie była pewna, czy te akurat salamandry również były sprytne.
dotknij trawy