11.02.2026, 16:14 ✶
Podobno zajadanie problemów pomaga. Helloise więc sprawdzała, czy zjadanie zagadek być może również nie ma takiego potencjału. Ciasto przygotowała ze składników tajemniczego eliksiru znalezionego w Maida Vale (minus krew), a aby przydać wypiekowi iskry inspiracji, obsypała go po wierzchu płatkami czarnej róży. Nie zamierzała się nim zresztą raczyć podczas pracy ze zwierzętami. Sernik różany zachowywała na deser.
Jeśli różdżka miała pomóc utrzymać salamandry w miejscu — choć Helloise wcale w magii praktycznej najsprawniejsza nie była — to ten argument wystarczył, żeby patyczek wysupłać spomiędzy włosów i zastąpić go spinkami wygrzebanymi z torby.
— Gekony, tak. Jestem prawie pewna, że niektóre salamandry też to w jakimś stopniu potrafią…? — westchnęła, nie przestając wodzić w zamyśleniu palcem po ściankach wiadra. — Sam wiesz. Gdy zwierzęta się boją, potrafią robić niesamowite rzeczy. — Zagrożenie i stres wyciągały z istot niewyobrażalne pokłady determinacji i siły. Scenariusz, w którym któreś z przesiedlanych stworzeń miałoby zostać z dala od ognistego gniazda, bo zmobilizowało się do heroicznej ucieczki po ściankach wiaderka, brzmiał smutno. Helloise nie chciała pouczać doświadczonego zoologa, a jedynie mieć pewność, że zrobili wszystko, żeby oszczędzić zwierzakom krzywdy. — Musimy być ostrożni z pokrywą. Oby rzeczywiście nie była potrzebna. Ogień zgaśnie pod szczelnym zamknięciem. — Czarownica wstała z kucek i podeszła bliżej Leviathana, choć nie on był tym razem jej celem. Wyciągnęła do smoczognika palec, najpierw ostrożnie, jakby pytająco, żeby upewnić się, czy chce zostać pogłaskany, czy się cofnie. Zawsze miała więcej szacunku dla przestrzeni osobistej zwierząt niż ludzi. — Ktoś tu się będzie wkrótce dobrze bawił z płonącymi kuzynami? — Uśmiechnęła się do małej gadziny. — Nie trzymacie siateczek do jakichś elementów wolier? Może bezpieczniej byłoby takim skrawkiem zabezpieczyć w razie potrzeby górę wiadra?
Niezależnie od tego, czy ognioodporne siatki były na stanie, Helloise była gotowa do drogi, kiedy tylko Leviathan chciał się teleportować.
Jeśli różdżka miała pomóc utrzymać salamandry w miejscu — choć Helloise wcale w magii praktycznej najsprawniejsza nie była — to ten argument wystarczył, żeby patyczek wysupłać spomiędzy włosów i zastąpić go spinkami wygrzebanymi z torby.
— Gekony, tak. Jestem prawie pewna, że niektóre salamandry też to w jakimś stopniu potrafią…? — westchnęła, nie przestając wodzić w zamyśleniu palcem po ściankach wiadra. — Sam wiesz. Gdy zwierzęta się boją, potrafią robić niesamowite rzeczy. — Zagrożenie i stres wyciągały z istot niewyobrażalne pokłady determinacji i siły. Scenariusz, w którym któreś z przesiedlanych stworzeń miałoby zostać z dala od ognistego gniazda, bo zmobilizowało się do heroicznej ucieczki po ściankach wiaderka, brzmiał smutno. Helloise nie chciała pouczać doświadczonego zoologa, a jedynie mieć pewność, że zrobili wszystko, żeby oszczędzić zwierzakom krzywdy. — Musimy być ostrożni z pokrywą. Oby rzeczywiście nie była potrzebna. Ogień zgaśnie pod szczelnym zamknięciem. — Czarownica wstała z kucek i podeszła bliżej Leviathana, choć nie on był tym razem jej celem. Wyciągnęła do smoczognika palec, najpierw ostrożnie, jakby pytająco, żeby upewnić się, czy chce zostać pogłaskany, czy się cofnie. Zawsze miała więcej szacunku dla przestrzeni osobistej zwierząt niż ludzi. — Ktoś tu się będzie wkrótce dobrze bawił z płonącymi kuzynami? — Uśmiechnęła się do małej gadziny. — Nie trzymacie siateczek do jakichś elementów wolier? Może bezpieczniej byłoby takim skrawkiem zabezpieczyć w razie potrzeby górę wiadra?
Niezależnie od tego, czy ognioodporne siatki były na stanie, Helloise była gotowa do drogi, kiedy tylko Leviathan chciał się teleportować.
dotknij trawy