12.02.2026, 12:13 ✶
Siedział w zakładzie pogrzebowym mężczyzna dystyngowany, elegancji. Siedział wysoki, blady niczym wampir lub antyczny posąg, któremu czas odebrał dawne kolory. Siedział jak starożytność stworzona przez późniejsze pokolenia, które wszędzie chciały widzieć porządek. Siedział, patrzył w okno i głaskał białą, ludzką czaszkę, pozostałość po jednym ze swoich przodków.
Pomruki cmentarza wpływały przez uchylone okno. Othello wiedział, że zmarli raczej się nie odzywali. Zdecydowanie woleli charczenie, które czasem przechodziło w opętańcze jęki. Jednak ich struny głosowe powoli rozszarpywał bezlitosny czas, a w ciemności trumien nie było z kim rozmawiać, więc zdolności artykulacji także zanikały. Człowiek przyzwyczajał się do tych dźwięków, a nawet stawały się one dość kojące. Cmentarz brzmiał jak dom.
Odgłosy szeleszczących pod czyimiś butami liści zakłócił aurę refleksji, którą rozkoszował się Fawley. A wszak lubił wieczory, lubił się schować na jakiś czas i jakoś tak nienaturalnie, trochę przesadnie lubił pobyć sam. Jednak jeszcze bardziej przepadał za intrygami, a ta wisiała w powietrzu, od kiedy dostał od niejakiego Tarpaulina list o tajemniczej transakcji.
Othello powitał przybyłego zupełnie, jakby go nie zauważył wcześniej na ścieżce do zakładu. Gość trzymał w ręku czarną teczkę, jego głowę przykrywał kapelusz zasłaniający łysinę. W tym Tarp przypominał trochę czaszkę, którą Fawley odłożył po chwili na stolik, by przysłuchiwała się rozmowie. Była to chyba jedyna cecha, która łączyłaby tego mężczyznę z kościotrupem.
– Proszę usiąść, panie Tarpaulin. – Othello wskazał mu krzesło naprzeciwko swojego biurka. Obite było czarnym welwetem i stanowiło mebel, stabilny, choć niekoniecznie rozkosznie wygodny. – Zafascynował mnie pański list, przyznam szczerze. Proszę mówić, co pana do mnie sprowadza.
Nie proponował herbaty ani kawy. To było poważne spotkanie dwóch dżentelmenów, nie zaś trywialne five o'clock.
Pomruki cmentarza wpływały przez uchylone okno. Othello wiedział, że zmarli raczej się nie odzywali. Zdecydowanie woleli charczenie, które czasem przechodziło w opętańcze jęki. Jednak ich struny głosowe powoli rozszarpywał bezlitosny czas, a w ciemności trumien nie było z kim rozmawiać, więc zdolności artykulacji także zanikały. Człowiek przyzwyczajał się do tych dźwięków, a nawet stawały się one dość kojące. Cmentarz brzmiał jak dom.
Odgłosy szeleszczących pod czyimiś butami liści zakłócił aurę refleksji, którą rozkoszował się Fawley. A wszak lubił wieczory, lubił się schować na jakiś czas i jakoś tak nienaturalnie, trochę przesadnie lubił pobyć sam. Jednak jeszcze bardziej przepadał za intrygami, a ta wisiała w powietrzu, od kiedy dostał od niejakiego Tarpaulina list o tajemniczej transakcji.
Othello powitał przybyłego zupełnie, jakby go nie zauważył wcześniej na ścieżce do zakładu. Gość trzymał w ręku czarną teczkę, jego głowę przykrywał kapelusz zasłaniający łysinę. W tym Tarp przypominał trochę czaszkę, którą Fawley odłożył po chwili na stolik, by przysłuchiwała się rozmowie. Była to chyba jedyna cecha, która łączyłaby tego mężczyznę z kościotrupem.
– Proszę usiąść, panie Tarpaulin. – Othello wskazał mu krzesło naprzeciwko swojego biurka. Obite było czarnym welwetem i stanowiło mebel, stabilny, choć niekoniecznie rozkosznie wygodny. – Zafascynował mnie pański list, przyznam szczerze. Proszę mówić, co pana do mnie sprowadza.
Nie proponował herbaty ani kawy. To było poważne spotkanie dwóch dżentelmenów, nie zaś trywialne five o'clock.