• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Pokój Życzeń Sny [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence

[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#19
12.02.2026, 13:10  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 12.02.2026, 16:33 przez Benjy Fenwick.)  
Kontrola. W moim świecie to była waluta - coś, co się zdobywało, wyrywało, czasem kradło, nigdy nie oddawało dobrowolnie, a teraz siedziałem w czymś, co przypominało przedział widmo, i udawałem przed sobą, że jadę dokądś z własnej woli. Pociąg wciąż sunął przed siebie, chociaż nie czułem wyraźnych drgań torów, natomiast krajobraz za oknem był rozmyty, jakby nie chciał zdradzić kierunku, i nagle z pełną mocą dotarło do mnie, że przez cały ten czas ani razu nie zapytałem, dokąd właściwie zmierzam - przyjąłem to za oczywiste, naturalne, jakby fakt, że siedziałem w przedziale, automatycznie oznaczał, iż mam właściwy bilet - to mnie zirytowało, na dokładkę do całego zagubienia, jakie pojawiło się po pocałunku. Czekanie, aż coś zdecyduje za mnie, nigdy nie leżało w mojej naturze, nawet jeśli jeszcze chwilę wcześniej upierałem się, że mam wszystko pod kontrolą, ta podróż jest logiczna, uporządkowana, nieprzypadkowa, w rzeczywistości wcale taka nie była - jechałem, bo wsiadłem. Wsiadłem, bo… Bo co? Bo byłem zmęczony? Bo bolało? Bo przestałem się szarpać? To do mnie nie pasowało.
Przez chwilę milczałem, wagon kołysał się lekko, a ja miałem wrażenie, że to nie pojazd się poruszał, tylko coś pod moją klatką piersiową, co zaciskało się coraz bardziej z każdym kolejnym słowem siedzącej przede mną kobiety. Słuchałem jej bez przerywania, co samo w sobie było podejrzane, bo zwykle wchodziłem natarczywym ludziom w słowo przy trzecim zdaniu, kwestionowałem, podważałem ich rację, rozbrajałem żartem, rozciągałem ciszę tak, żeby druga strona zaczęła się z niej wycofywać, jednak teraz tylko patrzyłem, jak poruszają się usta, których smak już znałem, a kolejne zdania układają się w coś, co brzmiało zbyt spójnie, żeby było przypadkowe.
„Zaciskasz szczękę, kiedy się denerwujesz”, nieświadomie przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, rozluźniłem żuchwę - „czy właśnie to robiłem?”
„Przykrywasz wszystko żartem”, krzywy uśmiech zniknął mi z ust - „spostrzegawczość?”
„Śpisz od strony drzwi”, obraz przemknął mi przez głowę tak wyraźnie, że aż zabolało - nie konkretne miejsce, nie konkretne łóżko, tylko ciężar czyjegoś ciała po drugiej stronie, znajome ciepło i świadomość, że to ja mam być bliżej potencjalnego zagrożenia - „sugestia w mojej głowie?”
„Siadasz tak, żeby widzieć wszystko”, odruchowo podniosłem wzrok i dopiero teraz uświadomiłem sobie, że faktycznie siedzę w takim miejscu, że widzę drzwi przedziału, korytarz w odbiciu szyby, fragment jej sylwetki i własne dłonie - nie zmieniłem pozycji, lecz coś znowu się we mnie zacisnęło.
Nie mówiła jak ktoś, kto coś „zauważył”, wiedziałem to w głębi duszy, mówiła jak ktoś, kto to przeżył, wielokrotnie.
„Ciepłe dłonie”, spojrzałem na nasze splecione ręce, faktycznie - jej palce były chłodniejsze. Zmrużyłem oczy, kiedy zaczęła wymieniać te wszystkie rzeczy, moja szczęka rzeczywiście znowu się napięła podczas, gdy przesunąłem kciukiem po wewnętrznej stronie nadgarstka kobiety przede mną, zupełnie bezwiednie sprawdzając puls, jakbym chciał upewnić się, że jest prawdziwa, albo że ja jestem, co obiektywnie było jeszcze gorsze - zorientowałem się po sekundzie i raz jeszcze spróbowałem rozluźnić mięśnie twarzy, bezskutecznie, tylko zgrzytnąłem zębami, przesuwając po nich językiem. W tym także coś mi nie pasowało - nie przez to, co poczułem, tylko przez to, czego nie wyczuwałem - mój zgryz był idealny, zupełnie tak jak wszystko w tym przedziale. Przynajmniej dopóki nie pojawiła się w nim anomalia, która nie przestawała mówić do mnie tak, jakby naprawdę mnie znała. Patrzyłem na jej palce, potem na własne, wgapiając się w nie tak, jak gdybym próbował znaleźć na nich jakąś bliznę, skazę, niedoskonałość, potwierdzenie, że to wszystko nie jest wytworem czyjejś fantazji. Każde kolejne zdanie było jak cios wymierzony nie w twarz, tylko w coś znacznie głębiej, w coś, co dotąd uważałem za prywatne, niedostępne, zabezpieczone podwójnym dnem.
- „Ogromne serce”. - Mruknąłem z lekkim niedowierzaniem. - Nie przesadzaj. - Coś we mnie sprzeciwiało się akurat temu osądowi, automatycznie spychając te słowa na margines błędu, jaki pewnie mogła popełnić, jeżeli rzeczywiście byliśmy w sobie zakochani. Prychnąłem cicho, jakby mnie to rozbawiło, ale w rzeczywistości poczułem coś znacznie bardziej niewygodnego, bo to nie była cecha, którą się chwaliło - to jest coś, co się ukrywało, w świecie, z którego pochodziłem, takie rzeczy były słabością. - To nie największy organ, jakim dysponuję, wiesz. - Powinna to wiedzieć, skoro byliśmy małżeństwem, nie pytałem więc, raczej stwierdziłem coś, co - jak dopiero wtedy się zorientowałem - było kolejnym podpunktem z wymienionej listy. „»Gdy zaczyna się robić niewygodnie próbujesz przykrywać wszystko żartem«, kurwa mać, dobrze strzelała”. Nie uśmiechałem się, nie ironizowałem, to już nie był moment na drwinę.
- To nie są sekrety. - Odezwałem się w końcu spokojnie, chociaż głos w dalszym ciągu miałem niższy niż wcześniej, gdy tylko przerzuciliśmy się wypowiedziami. - To są nawyki kogoś, kto nie jest idiotą, ale niech ci będzie. - Przełknąłem ślinę, bo miała rację - siadałem tak, by widzieć wyjście, spałem od strony drzwi, zawsze, nawet teraz, w tym absurdalnym miejscu, pierwsze, co zrobiłem po jej wejściu do przedziału, to była ocena przestrzeni, odległości, możliwości, potencjału sytuacji.
„Zawsze byłeś ponad”, nikt z tamtego świata by tak nie powiedział, więc kiedy wspomniała o tym, że nie pasowałem do miejsca, z którego pochodzę, spojrzałem na nią uważniej, dłużej, tam już nie było obserwacji z zewnątrz - to było coś innego, coś, co brzmiało jak zrozumienie, które nie przychodzi po kilku rozmowach.
- Znaki. - Powtórzyłem wolno. - Jakie znaki? - Patrzyłem na nią uważnie, nie agresywnie, nie podejrzliwie, uważnie. - Jeśli byliśmy „zbyt młodzi”, to znaczy, że znaliśmy się długo. - Zmarszczyłem lekko brwi. - Szkoła? - To nie było pytanie rzucone w przestrzeń, to było tropienie. - Mówisz, że mnie znasz. Że wiesz, jaki jestem. - Uniosłem jej dłoń nieco wyżej, obracając ją delikatnie, jakby linie na jej skórze miały mi coś powiedzieć. - To znaczy, że musiałaś być tam. Blisko. Nie przelotnie. - Westchnąłem. - Ale miłość od lat? - Spojrzałem na nią z lekkim niedowierzaniem. - Nie jestem człowiekiem, który kocha „od lat” i nic z tym nie robi. - Nie to, bym z jakiegoś powodu nie poczuł się tak, jakby to było wyłącznie półprawdą, sformułowaną w ten sposób, bo tak było mi wygodnie. - Jeśli coś czuję, to albo to odcinam, albo idę w to bez półśrodków. - Zamilkłem na moment, trochę zdziwiony własną szczerością w tym zakresie, ale dziwnie łatwo mówiło się tutaj rzeczy, które normalnie wiązałyby się z głębszymi emocjami - w mojej głowie coś próbowało się ułożyć, ale miałem wrażenie, że brakowało kluczowego elementu. - Mówisz, że byliśmy za młodzi, żeby to zrozumieć. - Pokręciłem głową wolno. - Ja nie wierzę w znaki - chociaż w tym miejscu, w tym pociągu, to zdanie brzmiało słabo - to też powinnaś wiedzieć. Wierzę w decyzje. Jeśli coś między nami było, to znaczy, że któreś z nas zdecydowało się tego nie dotknąć. - Znów spojrzałem na jej twarz, jakbym widział ją pierwszy raz. - Ja? - Zapytałem ciszej. - Ja to widziałem? Czy byłem ślepy? - Na moment spojrzałem jej w oczy, dłużej niż wcześniej, bez sztywnej obrony własnych racji. - Jeśli to prawda… - Zawahałem się, bo to słowo nadal brzmiało jak coś z innej rzeczywistości. Coś zadrgało mi pod skórą, niewyraźne obrazy, bardziej wrażenia niż wspomnienia - śmiech na tle kamiennych murów, zapach zimnego powietrza, sylwetka oddalająca się korytarzem, irytacja, której nie umiałem nazwać.
„Nigdy się nie skarżysz. Dusisz wszystko w sobie.”
Kciukiem przesunąłem po jej knykciach, powoli, prawie nieświadomie, z każdą kolejną rzeczą, którą wymieniała, coś we mnie reagowało szybciej, niż zdążyłem to zracjonalizować.
- Jeśli to prawda - powiedziałem wolno - to znaczy, że znałaś mnie, zanim stałem się… Tym. - Machnąłem ręką nieokreślenie, jakby „tym” było czymś oczywistym, mimo że wcale nie zachowywałem się wobec niej najlepiej. - I mimo to zostałaś? - To nie było oskarżenie, to było niedowierzanie, z którym przyjrzałem się jej twarzy, próbując zobaczyć w niej ślad kogoś, kto naprawdę przeszedł ze mną lata. Nie dni, nie tygodnie - lata, nawet jeśli powiedziała mi wcześniej, że nie byliśmy obok siebie zawsze. - Musisz naprawdę mocno wierzyć w to moje… Ekhm. Olbrzymie serce. - Westchnąłem cicho przez nos.  „Gdy zaczyna się robić niewygodnie próbujesz przykrywać wszystko żartem”. - To nie jest szczególnie zdrowe. - Powiedziałem, jakbym komentował cudzą wadę, nie własną.
„Mamy swoją historię.”
- Powiedz mi jedną rzecz. - Dodałem po chwili, tonem już nie konfrontacyjnym, ale na nowo odrobinę przekornym. - Co było pierwsze? Nienawiść czy napięcie? - Przesunąłem kciukiem po jej palcu serdecznym, tam, gdzie - jeśli mówiła prawdę - powinna być obrączka. Patrzyłem na nią tak, jakby odpowiedź miała zdecydować, czy to wszystko zacznie się układać w logiczną całość, bo jeśli to była burzliwa historia, jeśli byliśmy młodzi i zbyt dumni, żeby coś przyznać, to znałem ten schemat, trochę zbyt dobrze.
Puściłem jej dłoń tylko po to, by oprzeć łokcie na kolanach i pochylić się nieco do przodu, wpatrywałem się w podłogę przez sekundę, dwie, jakbym próbował coś wyłowić z pustki. Odchyliłem się minimalnie, ale nie odsunąłem się od niej, odległość między nami wciąż była zbyt mała, żeby nazwać ją bezpieczną. Milczałem chwilę, analizując - jeśli to była gra, była perfekcyjna, jeśli to było kłamstwo, było zbyt dopracowane, za bardzo… Konkretne.
- Mówisz, że duszę wszystko w sobie - odezwałem się wolno - nie znoszę zależności. Że kontroluję otoczenie. - Uniosłem wzrok. - A jednak mam się zgodzić na to, że jestem czyimś mężem. Z miłości. Kilka dni po ślubie. - To zdanie zabrzmiało poważniej, niż planowałem. - To się nie składa.
Ale problem polegał na tym, że składało się aż za dobrze, bo jeśli już miałbym kogoś wpuścić, pozwolić, żeby ktoś zobaczył to wszystko pod spodem - jeśli już miałbym zrobić coś tak nierozsądnego jak małżeństwo z uczucia… To nie wyobrażałem sobie, żeby to była osoba miękka, uległa, przypadkowa, tylko ktoś, kto patrzy mi w oczy bez mrugnięcia, kto wchodzi do mojego przedziału i nie daje się wyrzucić, kto mówi „nie wysiądę bez ciebie” bez drżenia głosu.
Uniosłem lekko brwi.
- Szkoda. - Burknąłem cicho. - Wolałbym, żeby była. - Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, szukając śladów histerii, przesady, czegokolwiek, co pozwoliłoby mi to zdeprecjonować, ale jej głos był stabilny.
„Umierałeś mi na rękach”, to zdanie zaczęło rezonować gdzieś głębiej, pod moją skórą, jak echo, które nie chciało się rozproszyć. Spojrzałem na swoje dłonie, obróciłem je, jakby miały zdradzić ślady czegokolwiek - krwi, pęknięć, blizn, czegokolwiek, co potwierdziłoby jej wersję - były czyste, nienaruszone, może aż za bardzo. A jednak siedziałem w miejscu, które najwyraźniej było przeznaczone dla ludzi, którzy… Odchodzą. Dotknąłem lekko oparcia siedzenia, jakbym sprawdzał, czy jest prawdziwe, to mnie niepokoiło bardziej niż sama wizja śmierci - nie czułem bólu, nie czułem chłodu, nie czułem końca. Dotknąłem mostka, jakbym spodziewał się poczuć pieczenie pod palcami - nic.
- Umierałem ci na rękach, ale już nie umieram. - Przesunąłem językiem po wnętrzu policzka, testując smak tych słów, jednocześnie odwracając na moment wzrok w stronę okna, za którym krajobraz rozmazywał się jak sen, a może koszmar. - I „myślisz”, że udało ci się to powstrzymać. - Przygryzłem wargę od środka. - Zważywszy na to, że wsiadłem do tego… - Machnąłem lekko ręką, obejmując gestem przedział, tor, całe to zawieszenie, a potem z powrotem spojrzałem na nią, uważnie. Słowo „umierałeś” zawisło między nami ciężko, nie jak dramatyczna figura, tylko jak fakt w raporcie medycznym. - Zakładam, że mówimy o czymś więcej niż niefortunnym zakrztuszeniu się winogronem, które ze mnie wydusiłaś. Co to było? Klątwa? Rozszczepienie? Rozwalone płuca? - Przekrzywiłem lekko głowę, w moim głosie pojawiła się ta cienka warstwa ironii, którą nakładałem zawsze, gdy grunt zaczynał się osuwać. Nie „skaleczyłem się”, nie „zasłabłem”, nie „miałem gorszy dzień”, nic z tych rzeczy. - Czy coś bardziej spektakularnego? - Wargi drgnęły mi w czymś, co nie było uśmiechem. - Bo jeśli ja rozpocząłem podróż, a ty „powstrzymałaś ten moment”… -  Zrobiłem w powietrzu cudzysłów palcami, odchylając się od niej na moment. - W jaki sposób? - Spytałem wprost, zupełnie bez krążenia, nie czekałem jednak na odpowiedź, bo coś we mnie już zaczęło łączyć punkty. „Zrobiłam, co w mojej mocy”, „jeszcze nie był ten moment”, „wkradłam się tutaj”. - Elegancko. Moja świeżo poślubiona żona okazuje się czarownicą z zamiłowaniem do zakazanych działów biblioteki. - W moich słowach na próżno było szukać oskarżenia, brzmiałem jak ktoś, kto próbuje ustalić skalę zniszczeń, nie jak ktoś oburzony. Moja świeżo poślubiona żona bawiła się w wyciąganie mnie spod kosy, a ja nawet nie wiedziałem, że mam kosę przy gardle - no, ładnie. - „Powstrzymałam” to szerokie pojęcie. - Kącik moich ust drgnął krzywo. - W moim świecie to zazwyczaj oznacza złamaną rękę, którą się nastawia, albo ranę, którą się zaszywa, a nie o tym mówimy, prawda? Nabroiłaś. - Patrzyłem na nią dłużej, na jej twarz, na spokój, który próbowała utrzymać, na to dziwne przekonanie, że „udało jej się to powstrzymać”, jakby śmierć była procesem administracyjnym, który można zawiesić podpisem w odpowiednim miejscu. Pokręciłem głową z niedowierzaniem - milczałem chwilę, przyglądając się jej uważnie, nie byłem przerażony, byłem… Zaintrygowany. Może dlatego, że w tym momencie nie czułem głębi tego, o czym rozmawialiśmy? To była moja żona, do cholery, przynajmniej według wersji, jaką mi przedstawiała, tymczasem podchodziłem do tego…
- Jeśli miałbym kogoś, kogo kocham, świeżą żonę, niedokończone życie… - Zawiesiłem głos. - To powinienem walić w te drzwi jak wariat, nie?
Cisza zgęstniała, więc - oczywiście - wróciłem do formy, przesunąłem spojrzenie na okno, na krajobraz, który nie do końca był krajobrazem, potem wróciłem do niej i wzruszyłem ramionami. Zero blizn, zero krwi, zero dramatu, jeśli naprawdę konałem, to to miejsce miało wyjątkowo dobrą obsługę klienta, niestety, teraz zaczynało mnie to irytować, bo najwyraźniej wcześniej nie widziałem całego obrazu.
- Jesteśmy jak jebani Bonnie i Clyde czy coś? Mamy już wspólną kartotekę? Czy dopiero ją zakładamy? - Przekrzywiłem głowę z cieniem uśmiechu, chociaż bez faktycznego rozbawienia. - Wiesz… Partnerzy w zbrodni. - Mój ton był lekki, ale spojrzenie nie, bo pod żartem kryło się coś innego. - Uciekamy przed przeznaczeniem, rabujemy śmierć, zostawiamy za sobą metafizyczne trupy. Takie tam. - Wzruszyłem ramieniem. - Nie wiem, czy łapiesz odniesienie. Może nie miałaś powodów oglądać mugolskich filmów o romantyzowaniu przestępczości, chociaż na tym etapie, cholera cię wie, prawda? - Oczy mi błysnęły krótko - z jej słów wynikało, że nie dorastała w tym samym porządku, w tej samej klatce, więc ta klaryfikacja mogła być zupełnie zbędnym dodatkiem w momencie, w którym chyba powinniśmy liczyć się z czasem, ale jakoś nie mogłem jej sobie darować.
Patrzyłem na nią dłuższą chwilę po tych słowach. „Wyskakując w ciemno będziemy mieć jakąkolwiek kontrolę” brzmiało jak coś, co sam mógłbym powiedzieć w innych okolicznościach - w świecie, w którym decyzje podejmowało się szybko, brutalnie, zanim sytuacja zdążyła się zamknąć. „Wyskoczyć w ciemno” brzmiało to jak coś, co powiedziałbym mając siedemnaście lat i przekonanie, że świat należy do mnie, ale - no, nie ukrywajmy - teraz też nie było to do mnie całkowicie niepodobne, nawet wręcz przeciwnie, to było coś, co mógłbym zrobić, gdybym miał ku temu powody.
- Czyli skok z rozpędzonego pociągu jako przejaw rozsądku. - Mruknąłem pod nosem, bardziej do siebie. Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się przez krótką chwilę, czy w ogóle wierzę w to wszystko - w nią, w nas, w plan ewakuacji, może trochę we własny rozsądek. - Musiałem naprawdę namieszać w życiu, skoro to jest nasz najbardziej logiczny plan. - Pokręciłem głową, ale wbrew słowom nie było we mnie drwiny, było zmęczenie i coś jeszcze - coś, co nieprzyjemnie przypominało zgodę. Nie brzmiałem już ironicznie, raczej sucho, ponieważ im bardziej analizowałem sytuację, tym wyraźniej dochodziłem do wniosku, że miała rację w jednym - jeśli czekaliśmy, oddawaliśmy decyzję komuś innemu, nawet jeśli tym kimś była metafizyka i tamci „Oni”. Czekanie oznaczało zgodę, a ja nigdy nie byłem dobry w biernym oczekiwaniu na wyrok, zawsze wolałem działać, nawet jeśli działanie było nierozsądne, niż siedzieć i czekać, aż ktoś zdecyduje za mnie.
Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, po czym znów spojrzałem na nią uważnie, przeniosłem spojrzenie na drzwi przedziału, potem na okno, nie widziałem żadnego sygnału, żadnego znaku, tylko ruch. Przesunąłem dłonią po karku, czując zupełnie nowe napięcie, którego wcześniej tam nie było, i nagle świadomość, że mogłem rzeczywiście umierać, przestała być abstrakcją - jeśli zacząłem tę podróż, to coś musiało mnie tu wciągnąć, a skoro tu byliśmy razem… To znaczy, że albo system miał poważną lukę, albo ona ją wyłamała, i nie warto było, by robiła to nadaremnie. Oczywiście, istniała też trzecia opcja, ale… Była coraz mniej prawdopodobna, milczałem więc przez chwilę, rozważając to na serio, bo jeżeli rzeczywiście to była droga bez powrotu, to różnica między „wysiąść” a „dojechać” mogła być wszystkim, albo niczym. W głowie układałem scenariusze, chociaż żaden nie miał sensu. Wyskoczyć dokąd? W co? W pustkę? W życie? W nicość? Mówiła o wyskakiwaniu w ciemno, jakby proponowała zmianę peronu, a nie skok z rozpędzonego pociągu, który być może nie miał nawet torów, a tak w ogóle to mógł być promem na otwartym morzu.  Nie byłem pewien, czy to był rozsądek z mojej strony, czy zamotanie, może jedno i drugie, ale w tej chwili przestałem udawać, że bierne siedzenie w tym przedziale było bezpieczniejsze, jeśli mieliśmy spaść, wolałem zrobić to świadomie.
- Jedyny pomysł. - Kiwnąłem, tym razem patrząc jej prosto w oczy - nie wyglądała na kogoś, kto był zachwycony własnym geniuszem, wyglądała na kogoś, kto rzucał się na ostatnią deskę ratunku i był gotów udawać, że to solidny most.
Westchnąłem powoli, nawet jeśli alternatywa była ryzykowna, wolałem ryzyko od bezczynności.
- Zawsze mogło być gorzej. - Stwierdziłem, aczkolwiek nie zabrzmiało to zbyt pocieszająco, to była przede wszystkim prawda - mogłem siedzieć tu sam, nie wiedzieć, że mam jakikolwiek wybór, nawet między złym a gorszym, mogłem nawet nie kwestionować tego wszystkiego, jednak kwestionowałem.
Podniosłem się powoli z miejsca, czując, jak ciężar decyzji osiada mi na barkach, podszedłem do drzwi przedziału i przez chwilę patrzyłem na klamkę, nie dotykałem niczego, ale byłem prawie pewien, że ten metal nie był chłodny pod palcami. Spojrzałem jeszcze raz na okno, krajobraz był wciąż ten sam - nieokreślony, zawieszony, jakby czekał - nie było punktu odniesienia, nie było drzew, domów, ludzi.
Odwróciłem się do niej, mierząc ją wzrokiem, ta determinacja miała w sobie coś pięknego i przerażającego jednocześnie. Zdążyliśmy ustalić, że lubiła mieć opcję B, C i D, tu nie było nawet planu A, który miałby sens w normalnych warunkach, ale normalnych warunków już nie było. Nie miałem lepszego pomysłu, nie miałem żadnego pomysłu, ona przynajmniej oferowała mi jeden, choćby szalony.
Nagle absurd sytuacji uderzył mnie z pełną siłą - teoretyczni nowożeńcy, świeżo po ślubie, decydujący się na skok z pędzącego, metafizycznego środka transportu, żeby spróbować wrócić do życia. Czy to ja oszalałem, czy ta scena była rzeczywiście tak absurdalna, jak się wydawała?
- Wiesz, co jest najzabawniejsze? - Powiedziałem spokojnie, na dokładkę, cień półuśmiechu przemknął mi po twarzy. - Całe życie uważałem się za kogoś, kto działa impulsywnie, nawet jeśli kalkuluje ryzyko, a teraz rozważam skok w absolutną niewiadomą, bo moja hipotetyczna, bardzo prawdopodobnie faktyczna, ewidentnie bardziej ryzykancka żona uznała, że to daje nam „jakąkolwiek kontrolę”. - Urwałem, wzruszając lekko ramionami. Nie zarzucałem jej lekkomyślności, podziwiałem zdecydowanie, z jakim była w stanie o tym mówić. Słowo „żona” nie zabrzmiało już tak obco jak wcześniej, nie było całkiem naturalne, ale też nie uwierało, natomiast „wyskoczyć w ciemno” w dalszym ciągu brzmiało jak coś, co powiedziałbym w innym życiu, w innej sytuacji, z tym charakterystycznym półuśmiechem, jakbym sprawdzał granice świata tylko po to, żeby zobaczyć, czy się złamie. Teraz jednak nie czułem ekscytacji - czułem ciężar osiadający mi na piersi i ramionach. Zawsze miałem skłonność do ruchów, które inni uznaliby za niepotrzebne ryzyko, różnica polegała na tym, że zwykle dotyczyło to tylko mnie, teraz dotyczyło jej, to było coś niedorzecznego, a jednocześnie dziwnie znajomego.
- Wiesz, że to może boleć. - Rzuciłem spokojnie, bez sarkazmu, bardziej rzeczowo niż wcześniej. - Jeśli to w ogóle ma jakiekolwiek przełożenie na rzeczywistość. - Wyobraziłem sobie scenariusz, w którym drzwi przestają się otwierać, a podłoga pod nogami zmienia się w coś, czego nie da się już opuścić. Nie byłem pewien, czy to wyobrażenie było trafne, ale instynkt podpowiadał mi jedno - pociąg jechał, to było faktem, niezależnie od tego, czy była to metafora, czy bardzo dosłowna konstrukcja zaświatów, jedno się zgadzało - ruch trwał, ruch oznaczał kierunek, a ja nie lubiłem kierunków, których sam nie wybierałem. Zawsze wolałem być tym, który podejmuje decyzję, nawet jeśli wszystkie opcje były złe.
-Ale zakładam, że ból i tak już przerabialiśmy. - Zawiesiłem spojrzenie na jej dłoniach, potem znów na oczach. Próbowałem wyobrazić sobie to „wyskoczenie”, mimo że jeszcze kilka minut wcześniej przysięgałbym, że nie dam się wciągnąć w żadną jej narrację. Co to w ogóle znaczyło tutaj? Czy to był skok w nicość? W świat? W ból? W ciało, które podobno leżało gdzieś tam, ciężko ranne? Skoro umierałem jej na rękach, jak twierdziła, to kilka dodatkowych siniaków raczej nie robiło różnicy.
Wyciągnąłem do niej rękę, gest był prosty, niemal ceremonialny, otwarta dłoń, pewna, czekająca. Patrzyłem na nią z góry, stojąc między siedzeniami, czując, jak coś we mnie przestawia się o kilka milimetrów, jeszcze godzinę temu twierdziłem, że to nie jej podróż, nie potrzebuję towarzystwa, „razem” nie jest dla mnie, teraz stałem i oferowałem jej rękę jak idiota z taniego romansu.
- Skoro już mamy mieć wspólną bogatą kartotekę - uniosłem brew, jakbym właśnie mówił coś zupełnie przyziemnego - to przynajmniej zróbmy coś, co będzie warte wpisu.
Przesunąłem spojrzeniem po jej ustach, potem wróciłem do oczu, moja dłoń nadal czekała, zawieszona w powietrzu, ale nie naciskałem, nie ponaglałem.
- Wiesz - odezwałem się ciszej, dopiero wtedy, kiedy stanęła przede mną - jeśli to się uda… - Zawahałem się na ułamek sekundy, to było dziwne uczucie, planować coś po „odumieraniu”. - Jak nam się powiedzie - poprawiłem się - będziesz na mnie syczeć za nieautoryzowane odejście z tego świata? Bo ty raczej nie krzyczysz, nie? Uprawiasz pasywną agresję? - Nie mówiłem tego jak żartu, nie do końca, w tej chwili wszystko było na granicy powagi i absurdu.
Jeśli to był sen, miał się zaraz skończyć. Jeśli to było pomiędzy, mieliśmy je rozerwać, w jakąś stronę na pewno. Jeśli to była śmierć - zamierzałem ją przetestować. Granica między tym, co realne, a tym, co wyobrażone, i tak już była cienka jak papier.
- I czy - dodałem, już lżej, świadomy tego, że to tylko próba rozbrojenia napięcia, które mogło nas sparaliżować - dostanę buziaka na drogę? Tak na wypadek, gdybyśmy mieli się roztrzaskać o metafizykę - pociąg wciąż jechał, jakby nic nie miało znaczenia, za oknem nie było krajobrazu, który mógłbym nazwać konkretnym, tylko ruch, przemijanie - bo jeśli mamy wyskakiwać w ciemność - mruknąłem - to wolałbym mieć ostatnie wspomnienie trochę lepsze niż widok tapicerki. - Nie odrywałem od niej wzroku, kiedy to mówiłem, w tej chwili wszystko sprowadzało się do niej - nie do wystroju przedziału - do tego, czy naprawdę pójdzie ze mną, czy naprawdę skoczy.
Zupełnie bez ostrzeżenia coś przemknęło mi przez głowę - obraz, krótki, urwany - palce wbite w mój rękaw, twarz przyciśnięta do mojej klatki piersiowej i to ciche, wkurzone „nienawidzę wysokości, przestań się śmiać”, włosy łaskoczące mi podbródek.
- Czej… Masz lęk wysokości, nie. - Rzuciłem nagle, marszcząc brwi, jakbym właśnie odkrył logiczną lukę w naszym genialnym planie, to wspomnienie było czymś, co prześlizgnęło się przez szczelinę tej dziwnej przestrzeni. Za drzwiami korytarza nie było widać nic konkretnego, okna rozmywały się w ruchu, nie wiedziałem, czy pod nami jest przepaść, ziemia, woda, czy cokolwiek, co dało się nazwać - wiedziałem tylko, że to będzie skok w nieznane.
- Więc ustalmy to od razu. - Dodałem, sam nie do końca rozumiałem, skąd się to wzięło, ale to było ważne. - Chcesz się wtulić, a ja skoczę? - Powiedziałem bez patosu, bez teatralności, bez zbędnego heroizmu, praktycznie, jakbyśmy ustalali logistykę czegoś zupełnie zwyczajnego. - Mogę wziąć to na siebie, mam większą masę, będzie nam łatwiej złapać równowagę. - Było w tym coś absurdalnego, rozmawiać o sposobie wyskoczenia z pędzącego, metafizycznego pociągu, jakby chodziło o skok do jeziora latem, a jednak właśnie to trzymało mnie przy zdrowych zmysłach - konkret, drobne ustalenia, kontrola tam, gdzie jeszcze dało się ją mieć, chłodna kalkulacja przed ruchem, który mógł być ostatnim albo pierwszym. - Albo - ciągnąłem - możemy skoczyć razem, równo. Na trzy. Tylko wolałbym wiedzieć, czy zamierzasz w połowie drogi zamknąć oczy i zacisnąć palce tak, że odetniesz mi krążenie w ręce - „i umrę”, nie powiedziałem tego, ale było dostatecznie wymownym żartem. - Więc? - Zapytałem ciszej. - Wtulasz się i ja robię krok, czy skaczemy równo, jak dwie żaby? - Powiedziałem to niemal neutralnie, ale moim w spojrzeniu było coś innego, uważnego, czułego, chociaż nie nazwałbym tego wprost. „Jak żaby”, te animalistyczne porównanie też wydało mi się całkiem naturalne, dziwne, ale jednocześnie normalne, „hm”. Jak gotujące się żaby…


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (37615), Prudence Fenwick (23586)




Wiadomości w tym wątku
[sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 23.01.2026, 16:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 00:59
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 24.01.2026, 05:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 24.01.2026, 20:27
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 25.01.2026, 18:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 25.01.2026, 23:25
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 27.01.2026, 06:35
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 28.01.2026, 19:47
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 29.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 30.01.2026, 19:37
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 31.01.2026, 21:45
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 02.02.2026, 14:03
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 03.02.2026, 01:40
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 05.02.2026, 12:39
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 06.02.2026, 02:13
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 07.02.2026, 14:34
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 08.02.2026, 22:55
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 11.02.2026, 22:14
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 12.02.2026, 13:10
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 12.02.2026, 23:48
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Benjy Fenwick - 14.02.2026, 20:46
RE: [sen, 13/10/72] north star inverted leading me astray | Benjy, Prudence - przez Prudence Fenwick - 17.02.2026, 13:57

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa