14.02.2026, 22:35 ✶
Paryż, wynajęte mieszkanie Hannibala,
Przedpołudnie
Przedpołudnie
Puk-puk
Hannibal obudził się z wrażeniem, że upierdliwe stukanie rozbrzmiewa w jego mieszkaniu już od jakiegoś czasu. Na początku miał nadzieję, że zniknie, jeżeli będzie je ignorował, ale tajemniczy pukający był niestrudzony. Chłopak otworzył jedno zaspane oko.
Puk-puk-puk
Pukanie dochodziło od okna. Sowa siedząca na parapecie była nastroszona i zmarznięta. Hannibal niezbornie spróbował wygramolić się spod kołdry - i spod śpiącej mu na piersi kobiety, która zamruczała coś przez sen. Obdarzył jej zmierzwione włosy nieobecnym, odruchowym pocałunkiem i -
Puk-
- ARRIVE!!!
Krakanie Arabeski wdarło się w spokój poranka i postawiło upierdliwość sowiego stukania w szybę w całkiem nowej perspektywie. Dziewczyna w łóżku Hannibala usiadła gwałtownie, a on sam niemal spadł na podłogę, zaplątawszy się w stłamszoną pościel.
- Już, już! - krzyknął z irytacją, nieco głośniej, niż zamierzał. Nie dbając o to, że jest nagi, jak go Matka stworzyła, dotoczył się do okna, otworzył je i zadrżał w grudniowym chłodzie. Sowa wleciała do pokoju i wystawiła nóżkę z dwiema kopertami.
Jedna z nich była czerwona.
- Umm… Corinne… - odezwał się Selwyn do swojej towarzyszki - Uważaj, będzie głośno…
Corinne dostrzegła czerwoną kopertę (która zaczynała już lekko dymić) i z niezadowolonym burknięciem nakryła głowę poduszką, kryjąc się zarówno przed porannym światłem, jak i hałasem. Hannibal westchnął i rozerwał kopertę.
Gdyby ktoś powiedział Hannibalowi, że przyjdzie poranek, kiedy będzie z gołym tyłkiem wysłuchiwał krzyków Jessiego, na pewno nie wyobrażałby sobie takich okoliczności. Jego towarzyszka wystawiła głowę spod poduszki, słuchając opieprzu przeznaczonego dla Hannibala ze skupioną miną - wyjec w końcu wywrzaskiwał swoje po angielsku. Sam Selwyn, gdy minął pierwszy szok, opadł na krzesło przy stole i oparł brodę na dłoni, patrząc na magiczny list z mimowolnym uśmiechem. Skoro Jessie miał siłę pisać wyjce, to raczej nie leżał w szpitalu. Wreszcie list opluł go ostatnimi strzępkami papieru i uległ samozniszczeniu, a Hannibal przeczesał włosy palcami, strącając z nich resztki koperty i sięgnął po drugą - tym razem białą. A więc Kelly postanowił zafundować mu takie same wrażenia, jak Hannibal jemu wczoraj.
- Nie wspominałeś, że w domu czeka na ciebie chłopak… - Corinne wstała i z nieco niezadowoloną miną rozejrzała się za czymś, co mogłaby na siebie narzucić. Hannibal posłał jej przelotne spojrzenie i machnął ręką w stronę szafy.
- Przyjaciel - poprawił ją.
- Daj spokój, pierwszy raz widzę, żeby ktoś przyjmował wyjca z takim uśmiechem - powiedziała dziewczyna, nieświadoma obaw, jakie targały młodym czarodziejem od kiedy wczoraj rano przeczytał w gazecie o wydarzeniach w Londynie. Narzuciwszy na siebie jedną z czystych koszul Hannibala, podeszła i spojrzała mu przez ramię dokładnie w chwili, kiedy trzymał w dłoni drugi list - i swój własny wycinek, odesłany z dopiskami przyjaciela.
- Nie chłopak, co? - wymownie spojrzała na zdjęcie z zakreślonym w kółko tyłkiem czarodzieja na fotografii. Hannibal przesunął dłonią po twarzy.
- Nie rozumiesz…
- Słuchaj, Hanni, wiesz dobrze, że nie mam nic przeciwko przespaniu się z tobą bez zobowiązań, ale nie będę przykładała ręki do zdrady! - wciągała właśnie jeansy, wzgardziwszy swoją bielizną z poprzedniego wieczoru. Wzrok Hannibala bezczelnie śledził jej ruchy.
- Corinne… - zaczął, ale uciszyła go zirytowanym syknięciem. Zbierając swoje rozrzucone po pokoju rzeczy mamrotała pod nosem jakąś tyradę o facetach i uczciwości, oburzona święcie, choć niesłusznie, w imieniu domniemanego chłopaka Hannibala.
- Uporządkuj najpierw tamto, zanim się do mnie odezwiesz! - wskazała brodą na list w rękach Selwyna - Chociaż na twoim miejscu bym go szanowała, wygląda na słodziaka! - zadawszy z krzywym uśmiechem cios ostateczny, znikła za drzwiami.
Hannibal westchnął jeszcze bardziej ciężko, niż gdy pierwszy raz zobaczył wyjca i pokręcił głową.
Kobiety…
Spojrzał na papiery w dłoni i jeszcze raz przyjrzał się zdjęciu pod artykułem. Wieści od Jessiego były niepokojące, ale list i tak wywołał uśmiech na jego twarzy.
Paryż, 01.12.1970
Jess,
Cudownie było usłyszeć Twój głos z samego rana, taki pełen życia i emocji. A że wypłoszył mi koleżankę z łóżka? Nie, nie przejmuj się tym ani trochę!
(Marvin może czuć się pomszczony.)
Po dokładniejszym przyjrzeniu się temu gościowi na zdjęciu jestem skłonny się zgodzić - jesteś zgrabniejszy. Chyba?... Brakuje mi Twojej fotki dla porównania.
Często macie teraz takie rozruchy? Mama coś wspominała w listach, że “debata o czystości krwi zaostrzyła się nieco”, ale nie pisała nic o starciach na ulicach! Pomyślałby kto, że w drugiej połowie XX wieku już nikt nie myśli poważnie o dzieleniu czarodziejów ze względu na pochodzenie. To w końcu nie lata 50.! Szkoda gadać. Czego oni właściwie chcą? Nawet mugole już trochę odpuszczają z tym wyliczaniem, kto jest jakiego koloru!
Co to znaczy, że doświadczyłeś tego na własnej skórze? Czy jesteście wszyscy bezpieczni? Co z Hestią i Alice?
Wyjec wyjcem, ale poważnie - może bezpieczniej byłoby Ci przyjechać do mnie na parę tygodni? I tak miałeś mnie odwiedzić!
Pozdrów wszystkich,
Hannibal
P.S. Zgodnie z życzeniem, załączam zdjęcie z drinkiem.
P.P.S. Nie przyszedłbym. Jak zatem widzisz, nie możesz zginąć, Twój pogrzeb nie może się obyć bez takiej osobistości, jak dziedzic Selwynów.
Uważaj na siebie.
H.
Do listu były dołączone: pocztówka z Wieżą Eiffela i zdjęcie. To prawdopodobnie była najbliższa przeprosin za niespodziewanego wyjca rzecz, na jaką Jessie mógł liczyć ze strony Hannibala.