14.02.2026, 10:12 ✶
-Zwariowałaś? Nie zostawię Cię- Krzyknęła szeptem, niemal dławiąc się własnymi łzami.
Było coś co przerażało Mathilde o wiele bardziej aniżeli nieszczęśnik na haku, a było to powiadomienie Ministerstwa o całym incydencie. Zderzenie się z rzeczywistością, którą wolała odsunąć jak najdalej, a gdyby nie Brenna, zapomnieniu o całej sytuacji w oczekiwaniu na jesienne deszcze które zmyją krew, a w końcu i zimę - śnieg przykryje... - szeptały myśli - tędy nikt nie chodził, tu nikt o zdrowym zmyśle nie zaglądał.
Co miała im powiedzieć? Jak absurdalnie brzmiałaby cała historia opowiadana przez oblepioną krwią dziewczynę? Krwią nie jej własną. Dziewczynę, która nosiła nazwisko Quirrell, nazwisko wątpliwej cnotliwości i szeptliwych pogłoskach o morderczej przeszłości rodziny. Jak absurdalnie brzmiała cała historia, która przecież była prawdziwa - a jednak funkcjonariusze na nią spoglądający mieliby do dyspozycji tylko jej zeznania. A jeśli Brenna również gdzieś w wyprawie postanowiłaby wyparować? Albo zginąć nieszczęśliwie? Wtedy... wtedy pozostałyby tylko jej słowa, historii nieprawdopodobnej i własne nazwisko. Nazwiska Brenny nie znała, także nawet nie mogłaby powołać jej na świadka, gdyby ta postanowiłaby uciec lub zaginąć.
Co powiedziałaby jej matka i ojciec?
Złapała głośno powietrze nie wiedząc czego bardziej się boi. Złości rodziców czy śledztwa, a może utraty własnej kariery, która dopiero co rozkwitała, na którą pracowała każdego dnia niesamowicie ciężko.
Wzięła głęboki wdech. Nie mogła udać się do Ministerstwa, nie bez swojej towarzyszki, bez niej nie. Potrzebowała kogoś na potwierdzenie swoich słów - potrzebowała kogoś, kogo obecność nie każe powątpiewać w zeznania.
Wierzchem dłoni otarła uporczywe łzy.
ale możemy nie być tu same - te słowa zabrzmiały jak złowroga wróżba, gdyż zaraz po nich rozbrzmiał dźwięk kroków.
Ciężkich i głośnych, mrożących krew w żyłach. Ktoś chodził, chociaż sądząc po dźwięku - człapał ociężale, a zaraz za ów dźwiękiem ciągnął się metaliczny zgrzyt sunącego po ziemi łańcucha.
-Słyszysz to? - zapytała szeptem, mobilizując się automatycznie do wzięcia się w garść. Dzieci chowane w patologii posiadały takową zdolność, gdyż przetrwanie było silnym instynktem, towarzyszącym im niemalże na każdym kroku.
Wolała szeptać, bo co prawda narobiły niezłego hałasu, a jednak łudziła się, że ich lokalizacja tylko w połowie została odkryta i jeśli odwołają światło różdżek to będą w stanie przemknąć gdzieś... gdzieś bokiem, gdzieś pomiędzy nogami możliwego napastnika.
Chciała już rzucić hasło, aby się stąd wynosiły, dokładnie tą samą drogą, którą przyszły - acz przeczuwała, że gdyby Brenna planowała odwrót to już dawno takowy by zarządziła.
Ale Ona... nie zamierzała stąd wychodzić, postanawiając najwidoczniej ryzykować własnym życiem. A skoro Brenna nie zamierzała...
Mathilda ścisnęła różdżkę mocniej. A przecież mogła według woli Brenny stąd uciec, potem się gdzieś zaszyć, przypadkiem nie trafiając do Ministerstwa i udawać, że cała sytuacja nigdy się nie wydarzyła.
Czy to nie brzmiało uspokajająco? Problem był w tym, że nie była tak anonimowa jak w tym momencie by chciała i istniało duże prawdopodobieństwo, że jeśli nie teraz, to w przyszłości Brenna by rozpoznała jej twarz. O ile by przeżyła.
Wzięła cichy wdech, nasłuchując kroków, jakoby chciała sprawdzić ile czasu im pozostało. Nie było jednak jasne czy dźwięk się zbliża, czy oddala - echo piwnicy skutecznie rozdzierało ciszę, odbijając się od zawilgotniałych ścian.
-Tylko się nie bój, okej? - zagaiła, a jej głos zszedł do konspiracyjnego szeptu, gdy złapała kobietę za nadgarstek - idź, Artemisku, no idź... - szepnęła. Wąż przesunął się po szyi dziewczyny oplatając jej rękę, a zaraz sprawnie sunąc po ręce Brenny, kierując się w stronę szyi kobiety.
Mogłaby wypuścić go na ziemię, ale bała się, że w razie nagłej ucieczki ten zostanie osamotniony, także wierzyła, że Brenna jakoś to przeżyje. Artemis nie był duży, w dotyku był chropowaty, a to za sprawą kolczastych łusek, wyglądał bardzo egzotycznie choć niepozornie - i Mathilda miała nadzieje, że znajomość węży u towarzyszki jest na tyle znikoma, że ta nie była świadoma jak jadowity był ten mały osobnik.
Mathilda zaś odgarnęła włosy, biorąc kilka krótkich oddechów po czym sama postanowiła użyć animagii - zmieniając się węża. Bliźniaczego do tego, który właśnie wesoło sunął po Brennie, a którego język z ciekawością uskakiwał energicznie badając nowy zapach.
Pod postacią węża wzrok miała raczej beznadziejny, wiedziała to, węże wszak nie miały wzroku jaki posiadały wilki czy nawet ludzie - a jednak widziała Brenne bardzo dobrze, gdyż ta, jak i jej oddech, objawiały się jako świetlna plama, poruszająca się jasna smuga, wyłaniająca się z ciemności - a to widziała za sprawą jamek termicznych.
Z wolna się rozejrzała, po czym przesunęła w kierunku korytarza, sunąc przy ścianie, chcąc zrobić rozeznanie terenu, zlewając się z otoczeniem.
Wróciła po dłuższej chwili, wracając do ludzkiej postaci w chwili w której oddaliła się bezpiecznie od drzwi
-Nie potrafię zlokalizować dźwięku kroków... - szepnęła, odwracając się ku wyjściu - Nie wiem gdzie jest ten kto je wydaje... - przyznała całkiem szczerze - nie widziałam ani tego kogoś, ani.... - umikła na moment, zastanawiając się czy podzielić się dziwnym zjawiskiem napotkanym po drodze - Widziałam ruch, bardzo wyraźnie, coś przebiegło obok mnie... - wężowy wzrok był beznadziejny toteż prócz pewności, że coś biegło i że było z pewnością mniejsze od Brenny to nie była w stanie rozpoznać co to było, jaki kształt reprezentowało - ale to było martwe... - wyznała w końcu. Brzmiało to irracjonalnie, nawet dla samej Mathildy. W końcu pewności mieć nie mogła - a jednak była pewna co do martwości tejże istoty, tak samo jak pewna była, że martwy mężczyzna martwy był już dłużej aniżeli chwilę, zaś Brenna żywa jak nikt inny w tym pomieszczeniu. Bo wzrok węża, mimo swej ogólnej ślepoty widział ciepło kobiety, zaś trupa... trupa już niekoniecznie.
Było coś co przerażało Mathilde o wiele bardziej aniżeli nieszczęśnik na haku, a było to powiadomienie Ministerstwa o całym incydencie. Zderzenie się z rzeczywistością, którą wolała odsunąć jak najdalej, a gdyby nie Brenna, zapomnieniu o całej sytuacji w oczekiwaniu na jesienne deszcze które zmyją krew, a w końcu i zimę - śnieg przykryje... - szeptały myśli - tędy nikt nie chodził, tu nikt o zdrowym zmyśle nie zaglądał.
Co miała im powiedzieć? Jak absurdalnie brzmiałaby cała historia opowiadana przez oblepioną krwią dziewczynę? Krwią nie jej własną. Dziewczynę, która nosiła nazwisko Quirrell, nazwisko wątpliwej cnotliwości i szeptliwych pogłoskach o morderczej przeszłości rodziny. Jak absurdalnie brzmiała cała historia, która przecież była prawdziwa - a jednak funkcjonariusze na nią spoglądający mieliby do dyspozycji tylko jej zeznania. A jeśli Brenna również gdzieś w wyprawie postanowiłaby wyparować? Albo zginąć nieszczęśliwie? Wtedy... wtedy pozostałyby tylko jej słowa, historii nieprawdopodobnej i własne nazwisko. Nazwiska Brenny nie znała, także nawet nie mogłaby powołać jej na świadka, gdyby ta postanowiłaby uciec lub zaginąć.
Co powiedziałaby jej matka i ojciec?
Złapała głośno powietrze nie wiedząc czego bardziej się boi. Złości rodziców czy śledztwa, a może utraty własnej kariery, która dopiero co rozkwitała, na którą pracowała każdego dnia niesamowicie ciężko.
Wzięła głęboki wdech. Nie mogła udać się do Ministerstwa, nie bez swojej towarzyszki, bez niej nie. Potrzebowała kogoś na potwierdzenie swoich słów - potrzebowała kogoś, kogo obecność nie każe powątpiewać w zeznania.
Wierzchem dłoni otarła uporczywe łzy.
ale możemy nie być tu same - te słowa zabrzmiały jak złowroga wróżba, gdyż zaraz po nich rozbrzmiał dźwięk kroków.
Ciężkich i głośnych, mrożących krew w żyłach. Ktoś chodził, chociaż sądząc po dźwięku - człapał ociężale, a zaraz za ów dźwiękiem ciągnął się metaliczny zgrzyt sunącego po ziemi łańcucha.
-Słyszysz to? - zapytała szeptem, mobilizując się automatycznie do wzięcia się w garść. Dzieci chowane w patologii posiadały takową zdolność, gdyż przetrwanie było silnym instynktem, towarzyszącym im niemalże na każdym kroku.
Wolała szeptać, bo co prawda narobiły niezłego hałasu, a jednak łudziła się, że ich lokalizacja tylko w połowie została odkryta i jeśli odwołają światło różdżek to będą w stanie przemknąć gdzieś... gdzieś bokiem, gdzieś pomiędzy nogami możliwego napastnika.
Chciała już rzucić hasło, aby się stąd wynosiły, dokładnie tą samą drogą, którą przyszły - acz przeczuwała, że gdyby Brenna planowała odwrót to już dawno takowy by zarządziła.
Ale Ona... nie zamierzała stąd wychodzić, postanawiając najwidoczniej ryzykować własnym życiem. A skoro Brenna nie zamierzała...
Mathilda ścisnęła różdżkę mocniej. A przecież mogła według woli Brenny stąd uciec, potem się gdzieś zaszyć, przypadkiem nie trafiając do Ministerstwa i udawać, że cała sytuacja nigdy się nie wydarzyła.
Czy to nie brzmiało uspokajająco? Problem był w tym, że nie była tak anonimowa jak w tym momencie by chciała i istniało duże prawdopodobieństwo, że jeśli nie teraz, to w przyszłości Brenna by rozpoznała jej twarz. O ile by przeżyła.
Wzięła cichy wdech, nasłuchując kroków, jakoby chciała sprawdzić ile czasu im pozostało. Nie było jednak jasne czy dźwięk się zbliża, czy oddala - echo piwnicy skutecznie rozdzierało ciszę, odbijając się od zawilgotniałych ścian.
-Tylko się nie bój, okej? - zagaiła, a jej głos zszedł do konspiracyjnego szeptu, gdy złapała kobietę za nadgarstek - idź, Artemisku, no idź... - szepnęła. Wąż przesunął się po szyi dziewczyny oplatając jej rękę, a zaraz sprawnie sunąc po ręce Brenny, kierując się w stronę szyi kobiety.
Mogłaby wypuścić go na ziemię, ale bała się, że w razie nagłej ucieczki ten zostanie osamotniony, także wierzyła, że Brenna jakoś to przeżyje. Artemis nie był duży, w dotyku był chropowaty, a to za sprawą kolczastych łusek, wyglądał bardzo egzotycznie choć niepozornie - i Mathilda miała nadzieje, że znajomość węży u towarzyszki jest na tyle znikoma, że ta nie była świadoma jak jadowity był ten mały osobnik.
Mathilda zaś odgarnęła włosy, biorąc kilka krótkich oddechów po czym sama postanowiła użyć animagii - zmieniając się węża. Bliźniaczego do tego, który właśnie wesoło sunął po Brennie, a którego język z ciekawością uskakiwał energicznie badając nowy zapach.
Pod postacią węża wzrok miała raczej beznadziejny, wiedziała to, węże wszak nie miały wzroku jaki posiadały wilki czy nawet ludzie - a jednak widziała Brenne bardzo dobrze, gdyż ta, jak i jej oddech, objawiały się jako świetlna plama, poruszająca się jasna smuga, wyłaniająca się z ciemności - a to widziała za sprawą jamek termicznych.
Z wolna się rozejrzała, po czym przesunęła w kierunku korytarza, sunąc przy ścianie, chcąc zrobić rozeznanie terenu, zlewając się z otoczeniem.
Wróciła po dłuższej chwili, wracając do ludzkiej postaci w chwili w której oddaliła się bezpiecznie od drzwi
-Nie potrafię zlokalizować dźwięku kroków... - szepnęła, odwracając się ku wyjściu - Nie wiem gdzie jest ten kto je wydaje... - przyznała całkiem szczerze - nie widziałam ani tego kogoś, ani.... - umikła na moment, zastanawiając się czy podzielić się dziwnym zjawiskiem napotkanym po drodze - Widziałam ruch, bardzo wyraźnie, coś przebiegło obok mnie... - wężowy wzrok był beznadziejny toteż prócz pewności, że coś biegło i że było z pewnością mniejsze od Brenny to nie była w stanie rozpoznać co to było, jaki kształt reprezentowało - ale to było martwe... - wyznała w końcu. Brzmiało to irracjonalnie, nawet dla samej Mathildy. W końcu pewności mieć nie mogła - a jednak była pewna co do martwości tejże istoty, tak samo jak pewna była, że martwy mężczyzna martwy był już dłużej aniżeli chwilę, zaś Brenna żywa jak nikt inny w tym pomieszczeniu. Bo wzrok węża, mimo swej ogólnej ślepoty widział ciepło kobiety, zaś trupa... trupa już niekoniecznie.