Jak była mniejsza, to była pewna że ktoś na Nokturnowskie ulice rzucił klątwę, przez co zawsze było tutaj tak ponuro, wilgotno i słońce zdawało się świecić odrobinkę mniej. Widoki nie mogły się umywać do takiego Hogwartu, gdzie słońce świeciło jasno i przyjemnie nad rozległymi błoniami i nawet Zakazany Las wydawał się bardziej przyjemny niż spacer wzdłuż ulicy czarnoksiężników. Jak dorosła to co prawda wiedziała, że nie była to prawda, ale jakaś jej część przekonana była że to dziecinne wytłumaczenie byłoby łatwiejsze i przyjemniejsze niż zwyczajne przyznanie, że taka już była uroda tego miejsca. Że to jego mieszkańcy i klientela dokładali wszelkich starań by to miejsce pozostało takie chłodne i niedostępne, niczym moralnie szary młodzieniec z powieści romantycznych dla nastoletnich czarownic. Tylko na Nokturnie śmierdziało dodatkowo.
Asenka westchnęła i spojrzała na Tarpa nieco oceniająco, a także wciąż trochę z niesmakiem wywołanym jego grzechem obżarstwa. Zachłanny stary dziadyga przepraszał, jakby to nie był pierwszy raz kiedy odstawiał taki cyrk. Miał dobre serce, ale czasem nie była przekonana gdzie potracił na przestrzeni życia te wszystkie komórki mózgowe, które powinny dać mu możliwość odróżnienia dobra od zła, albo że akcje mają konsekwencje. Dobrze może że nigdzie tam pomiędzy nie wkradło się jasne i wyraźne przepraszam, bo tylko by wywróciła na niego oczami. Po co przepraszać, kiedy nie było przy tym poprawy?
Niby to wciąż kręcąc nosem, nie skomentowała jego mamrotania wcale i pozwoliła mu zająć się alkoholem, bo to akurat wychodziło mu bardzo dobrze, o ile oczywiście nie postanowiłby wychlać obu przygotowanych porcji. Całe jednak szczęście, rum trafił przed nią w całości, kusząc kolorami i masełkiem. Obok ustawiona została pieczeń i reszta podkradzionych Tessie jedzenia. Jak tak na to się spojrzało, to była cała uczta.
- Ja cię sprzedam, bo są święta a ty kradniesz dobrej kobiecie jedzenie ze stołu - prychnęła złośliwie, bo przecież Tessę lubiła i może Woody był jej szefem, ale czasem się czuła jak dziecko rozwiedzionych rodziców. Dlatego pewnie wzięłaby stronę pani Longbottom gdyby ta się tutaj pojawiła szukając swojego jedzenia. W ślad za Tarpem ukroiła sobie pieczeni, dorzuciła gniazdek, parę innych rzeczy i złapała za widelec.
- Wypraszam sobie. Ja jestem tym... prodiżem w tej dziedzinie. Wystarczy dać mi pole do popisu i proszę - zakomunikowała, oczywiście z pełnymi ustami. - Następnym razem zrobię taką dwudaniową kolację, co ty na to? - zaproponowała, bo nawet chyba trochę uwierzyła w swój kucharski talent. Było pyszne, a popitka przygotowana przez Tarpa wspaniale dopełniała smaku pałaszowanego jedzenia. W sumie to wcale nie były złe takie święta na kolanie.
Blood is rare and sweet as cherry wine