– Za to ty jesteś dziewczyną, jak jest co najmniej minus siedemset – stwierdziła usłużnie, bo z kolei Atreus na dziewczyńskości zyskiwał kiedy tak piszczał, że mu zimno, bo napadało trochę śniegu, a nie ubrał się na tyle ciepło, żeby mu nie marzły rączki jak musiał zapalić. Nie byli w Rosji, żeby te temperatury miały aż tak mocno doskwierać, a z tego co opowiadał jej Alexander, to tam było znacznie, znacznie zimniej. I nie chodziło o wyrywanie jej, raczej Victoria dziwiła się, że przy takiej postawie te nieszczęśliwe dziewczęcia na niego leciały.
Kiedy Bulstrode sprawdzał te swoje kieszenie, ona akurat przecierała twarz, a dokładniej oczy, mając nadzieję, że łzawienie w ten sposób ustanie nieco szybciej (niestety tak to nie działało, ale i tak niechciane łzy trochę zaburzały jej widoczność, więc próbowała cokolwiek na to poradzić).
Rozumiała, że to nie była miła, ani nawet wesoła sytuacja. Sama nie wiedziałaby, co by się stało i jakby zareagowała, gdyby ktoś chciał jej ukraść różdżkę (zresztą rozczarowałby się okrutnie, bo była wykonana z drewna bzu, które było kurewsko wręcz kapryśne i posiadała rdzeń ze szponu hipogryfa, przez co różdżka była wierna swojemu właścicielowi, a za takiego uważała właśnie Victorię…). Ale nie zamierzała tolerować tego, że Atreus właśnie się na nią wyładowywał, gdy chciała mu pomóc i nie mówiła niczego złośliwie.
– Rozumiem, że jesteś zły, ale pomyśl czasem dwa razy zanim otworzysz te swoje złote usteczka – syknęła. – Widzę, że nie potrzebujesz pomocy, bo tobie całkiem nieźle idzie turlanie się w śniegu. To teraz przyłóż do niego nos i szukaj – dodała, wbijając mocne spojrzenie w Atreusa. Bardzo jej się nie spodobało to porównanie do psa, które rzucił do niej. Co to miało zresztą na celu? Wiedział przecież, że nie jest animagiem i jak to może zostać odebrane, zresztą wypowiedziane tu i teraz, w tych a nie innych warunkach. – Nie wiem, gdzie pobiegły. Byłam zajęta rozpraszaniem tej chmury i nie wywaleniem się na ziemię – w przeciwieństwie do co poniektórych…