14.02.2026, 20:46 ✶
Przesunąłem spojrzeniem po jej twarzy, próbując wychwycić to, czego jeszcze nie mówiła wprost. To wszystko, co dotąd usłyszałem, brzmiało absurdalnie znajomo i zupełnie obco jednocześnie, jak historia, którą powinienem pamiętać, a z której ktoś wyrwał pierwsze rozdziały. Zatrzymałem wzrok na miękkich, lekko zaczerwienionych wargach - tych, które nadal mnie drażniły, nie tylko przez to, co wydostawało się spomiędzy nich, lecz także tym, że wiedziałem, jak reagowały, i że gdzieś w głębi duszy chciałem to sprawdzić jeszcze raz. To było głupie, nie tak powinienem był się czuć, ta podróż zaczęła się zupełnie inaczej, ale teraz nie widziałem już praktycznie żadnej opcji, bym mógł powrócić do wcześniejszego spokoju, z jakim siedziałem w przedziale - nawet, gdyby wyszła, co nie miało mieć miejsca, coś we mnie trwale się przesunęło. Przeciągnąłem językiem po dolnej wardze, zupełnie bezwiednie, sprawdzając, czy wciąż czuję smak tamtego pocałunku - czułem, rzecz jasna, albo przynajmniej chciałem czuć, co było równie zwodnicze - moje spojrzenie przesuwało się z brązowych oczu na różane usta, z różanych ust na brązowe oczy, jakbym sam nie do końca wiedział, na czym powinienem je skupić - na tym, co mówiła, czy jak na mnie spoglądała. Byłem coraz bardziej niespokojny, łapiąc się na potwierdzaniu zachowaniem tego, co wcześniej o mnie powiedziała, to też mnie irytowało, miała zdecydowanie zbyt dużo racji, aby być przypadkową osobą, a jednak jej nie pamiętałem.
Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy rzuciła tymi „długimi nogami”, i odchyliłem się minimalnie w siedzeniu, mierząc ją z góry do dołu, nadal bez cienia wstydu - zanalizowała moje „atuty”, jakbyśmy omawiali parametry techniczne nowej miotły, więc ja mogłem zrobić dokładnie to samo, tyle że przy pomocy oczu, bez szerszego komentarza.
- No tak. - Rzuciłem z niewinną miną. - Ktoś z nas musi. - Uniosłem brew, pozwalając, by moje spojrzenie zatrzymało się na sylwetce kobiety odrobinę dłużej niż wypadało - drobnej, filigranowej - różnica wzrostu między nami była absurdalnie wyraźna, nawet teraz, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Gdyby wstała, sięgałaby mi może do ramienia, była kompaktowa, zdecydowanie nie z tych, które dominują przestrzeń wzrostem, co wcale nie znaczyło, że jej nie dominowała w inny sposób, zdążyła to udowodnić. - Więęc… - Przeciągnąłem, stukając palcem o własne kolano. - Ten ślub to była decyzja strategiczna z twojej strony? To był projekt? Plan długoterminowy? „Wezmę tego, przyda się do wszystkiego”? - Uśmiechnąłem się z tą charakterystyczną, chłopięcą bezczelnością, która ewidentnie była mi bliższa, niż chciałbym przyznać, po czym oparłem się wygodniej o oparcie siedzenia, rozciągając nogi odrobinę, z przesadną demonstracyjnością, jakbym właśnie prezentował atut, o którym wspomniała. Spojrzałem ostentacyjnie w dół, potem z powrotem na nią, siedziała naprzeciwko mnie z tą swoją miną, która jednocześnie mówiła „jesteś niemożliwy” i „nie przestawaj”, urocze. - Potrzebowałaś muła? - Zapytałem z tą przesadzoną powagą, która sama w sobie była żartem. - Do dźwigania ciężkich rzeczy, sięgania na najwyższe półki i, hm… - Zawiesiłem na moment głos, pozwalając, żeby sugestia zawisła między nami. - Do dosiadania, kiedy najdzie cię ochota na kontrolę sytuacji z wyższej pozycji? - Nie było w tym ciężkości, tylko zaczepność, drażnienie, świadome balansowanie na granicy. Oparłem łokcie o kolana, splótłszy dłonie luźno przed sobą. Gdyby to był wybór czysto praktyczny, to byłem w stanie zrozumieć pobudki, wysoki egzemplarz niewątpliwie przydaje się w domu, sięga na półki, przenosi ciężkie rzeczy, wygląda groźnie przy drzwiach, bla, bla, bla, ale to nie wyjaśniało, czemu rzekomo przyszła tu za mną, potencjalnie ryzykując więcej niż utratę czasu na rozmowę… - Tylko wiesz… Nawet jeśli to była kalkulacja, to muszę przyznać, że trochę mnie to łechce. Bycie wybranym ze względu na konkretne atuty to wciąż bycie wybranym. - Wzruszyłem ramionami. - No i mam wrażenie, że gdyby chodziło wyłącznie o fizykę, maleńka, to wybrałabyś pierwszego lepszego dryblasa z ulicy. - Uśmiech nie znikał mi z twarzy, zlustrowałem ją jeszcze raz, bez skrępowania, nie próbując ukrywać, iż w jakiś sposób ten kontrast działał na mnie bardziej, niż powinien. - Czyli co? Zaryzykowałaś dla użyteczności? Dla tego ogromnego serca, którego rzekomo nie widzę? A może masz słabość do wysokich problemów z charakterem? - Pochyliłem głowę, przyglądając się jej twarzy uważniej, rozbawiony własnym rokiem myślenia - drażniła mnie, jednocześnie przyciągała, ten kontrast działał jak iskra.
- Nie rób ze mnie filantropa. - Mruknąłem ciszej. - Źle to wygląda w moim życiorysie. - A jednak coś w środku mnie drgnęło - nie pamiętałem wersji siebie, którą opisywała, nie pamiętałem jej, ale sposób, w jaki na mnie patrzyła - jakby znała każdą moją reakcję sekundę przed tym, zanim ją wykonałem - był niepokojąco przekonujący. Wbiłem wzrok w jej usta, zanim jeszcze zdałem sobie z tego sprawę, to było niemal bezwstydne, ale nie próbowałem tego maskować - jeszcze przed chwilą smakowałem je bez ceregieli, bez pozwolenia, jak test, jak prowokację, a teraz, kiedy mówiła o przyjaźni, o napięciu, o nienawiści, która miała być etapem przejściowym, patrzyłem na jej wargi i coś podskórnie podpowiadało mi, że ta „przyjaźń” musiała być katastrofą w zarodku. Przyjaźń damsko-męska to przecież najgorsze miejsce, gdy chodzi o „nierozłącznych” ludzi - za dużo bliskości, za dużo wiedzy - wystarczy jeden krok za daleko i wszystko się komplikuje. Podpuszczała mnie od początku tej rozmowy, podważała każdy mój argument, wywracała mój porządek myślenia, a jednak coś w tym było - to napięcie, ten sposób, w jaki odpowiadała bez cienia wstydu, to nie była dziewczyna, którą można było łatwo kupić paroma gładkimi słowami, ani tym bardziej zdominować rozmową - w pewnym sensie mogłem sobie wyobrazić, dlaczego się przyjaźniliśmy.
- Wiesz, że gdyby wyrzucić z tej historii tło szkolne, to brzmi to podejrzanie mało niewinnie? - Wyprostowałem się minimalnie, ale nie oderwałem od niej wzroku, moje spojrzenie znów wróciło do jej ust, bez pośpiechu, bez udawania, że tego nie robię. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej tak, jakbym próbował dopasować ją do tej opowieści - mała, zadziorna, z błyskiem w oku, który pewnie istniał już wtedy. - Jeśli to była przyjaźń, to była skazana na katastrofę. - Spojrzałem jej w oczy, już bez kolejnego żartu. - I coś mi mówi, że oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. - Nie uśmiechałem się szeroko, to był ten cień uśmiechu, który pojawiał się, kiedy coś mnie autentycznie zaintrygowało, a w tej sytuacji naprawdę nie było o to trudno, już nie, im dłużej mówiła, tym wyraźniej coś we mnie się przesuwało. Nie wspomnienia - jeszcze nie - raczej instynkt, rozpoznanie tonu, sposobu, w jaki dobierała słowa. Wspomniała o nienawiści - o tym, że zialiśmy nią ku sobie zamiast traktować się jak ludzie. Parsknąłbym, gdyby nie to, że brzmiało to przerażająco prawdopodobnie. Nienawiść jest wygodna, daje dystans, nie wymaga natychmiastowej odpowiedzialności.
- Dzieci nie podejmują decyzji. Dzieci odgrywają role, które im napisano. - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej. Jeśli trzymaliśmy dystans, woleliśmy udawać wrogość niż przyznać się do czegokolwiek innego… To znaczyło, że coś tam było - coś, czego nie potrafiłem teraz zobaczyć, ale co musiało być wystarczająco silne, by trzeba było to przykryć - jednak czy mnie to przekonywało? To brzmiało dla mnie dziwniej niż cała reszta, nie bunt, nie walka - akceptacja. „Zły moment w czasie i przestrzeni” - to było eleganckie określenie na tchórzostwo, albo na rozsądek, czasem jedno i drugie wyglądało identycznie, ale przecież nie miałem się za kogoś, kto zachowywał się przesadnie zachowawczo.
- Jeśli to było „to”… - Zawahałem się na ułamek sekundy, bo słowo było cięższe, niż powinno. - To pewnie widziałem. - Podniosłem jedną brew, ale bez wcześniejszej kpiny, nie było w tym ironii, ani obrony, tylko suchy fakt - znałem siebie - jeśli coś zaczynało mieć znaczenie, instynkt podpowiadał mi, żeby to odsunąć. Albo zniszczyć, zanim zdąży mnie dosięgnąć.
- Nienawiść jest łatwiejsza. - Powiedziałem w końcu ciszej, chociaż z wzruszeniem jednym ramieniem, wciąż obserwując miękkie wargi i ich układ, szukając w nim śladu grymasu, a może wręcz przeciwnie. Nie patrzyłem jej w oczy, tylko właśnie tam - na usta, które poruszały się spokojnie, pewnie, nie wskazując na to, by kłamała. - Uporządkowana. Bezpieczna. Daje strukturę. Miłość… - Zawahałem się, jakbym badał to słowo pod kątem pułapek, bo przywykłem do tego, że w moim świecie nic się nie działo „samo”, miłość już na pewno nie powinna być taka. W świecie, z którego pochodziłem, momenty były wyznaczane przez nazwiska, sojusze i obowiązki, nie przez to, co komuś drgało pod żebrami. - Rozbija konstrukcję. - Wróciłem spojrzeniem do jej oczu, coś we mnie prychnęło bezgłośnie, jeśli to była przyjaźń, to zdecydowanie taka, która od początku miała w sobie wadę konstrukcyjną. Była zdecydowanie w moim typie, za bardzo w moim typie, żeby to było przypadkowe - zadziorna, uparta, patrząca bez lęku - i, co gorsza, absolutnie nieprzejęta tym, że próbowałem ją zbić z tropu. Kącik ust drgnął mi lekko.
- A teraz? - Zawiesiłem głos. - Teraz siedzisz naprzeciwko mnie i opowiadasz to w taki sposób, że faktycznie trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek moglibyśmy być platoniczni. - Zlustrowałem jej twarz, a potem niżej, wracając do ust, które wypowiadały to wszystko z taką pewnością, przesunąłem palcem po własnej dolnej wardze, jakbym się nad czymś zastanawiał.
Czystokrwisty chłopak z odpowiedniego domu i dziewczyna, która najwyraźniej nie pasowała do jego świata tak, jak powinna - to już samo w sobie było przepisem na komplikacje - przyjaźń byłaby zatem bezpiecznym słowem, maską, taką, którą nosiło się, kiedy nie wolno było sięgać po więcej, nienawiść tak samo. Moje spojrzenie zsunęło się jeszcze raz na jej wargi, potem na linię szyi, na ramiona. Żadna z tych kategorii nie wydawała się wystarczająca.
- Drażnisz mnie od momentu, kiedy tu weszłaś. - Przyznałem bez ogródek, kącik ust drgnął mi nieznacznie - mechanizm bezpieczeństwa, który zawsze miałem pod ręką. - A jednocześnie… - Zawahałem się sekundę, jakby rozważał, czy powinienem to powiedzieć, ale i tak powiedziałem. - Jednocześnie, gdybyśmy mieli zostać tu jeszcze chwilę, istnieje spora szansa, że znowu bym cię pocałował. - Nie było w tym wstydu, to była raczej brutalnie szczera obserwacja, westchnąłem przez nos, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz. „Zrobiłeś to, co było słuszne”, o brzmiało jak wyrok, nie oskarżenie, jak podsumowanie, z którym trudno dyskutować. Uśmiech zszedł mi z twarzy wolniej, niż powinien, jeszcze chwilę wcześniej bawiłem się w prowokacje, w półsłówka i zaczepki, jakbym mógł nimi przykryć wszystko, czego nie pamiętałem, ale kiedy powiedziała to spokojnie, bez cienia pretensji, coś we mnie przestało się śmiać. W moim świecie słuszność rzadko miała coś wspólnego z pragnieniem - słuszne było to, co chroniło nazwisko, utrzymywało porządek, nie wywoływało skandalu, co nie wymagało tłumaczeń przy długim stole, pod ciężkimi spojrzeniami starszych.
„Zawsze wiedziała. Pod maską”, to brzmiało jak coś, czego nikt nie powinien widzieć, jeśli robiłem to dobrze. Maski były wygodne, nie tylko dla tych, którzy je noszą, dawały wymówkę, można było powiedzieć „nie wiedziałam”, „nie rozumiałam”, „to nie był prawdziwy on” - z tym, że ja nigdy nie próbowałem być bardziej przystępnym, milusim, przytulaśnym człowiekiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, używałem uroku osobistego w zupełnie innym wydaniu, raczej takim, który wielu nie odpowiadał. Jeśli twierdziła, że zawsze widziała więcej, to znaczyło, że albo była cholernie uważna… Albo kompletnie nierozsądna.
- To kiepska reklama dla moich umiejętności. - Mruknąłem, powoli, ale zaraz spoważniałem, zastanawiając się, czy to we mnie była wada fabryczna, czy w moim sposobie patrzenia na świat, wpatrywałem się w nią chwilę dłużej, nie w usta tym razem - w oczy - szukałem tam czegokolwiek, co przypominałoby złudzenie, potrzebę, desperację, czegoś, co tłumaczyłoby jej podejście, ale niczego takiego nie znalazłem, była w tym wyłącznie ta uparta pewność, która działała mi na nerwy i jednocześnie… Robiła coś jeszcze - coś, czego nie chciałem nazywać.
Ludzie lubili myśleć, że widzą więcej, niż naprawdę widzą, lubili wierzyć, że potrafią zajrzeć pod skórę, zwykle się mylili. W jej głosie nie było uporu dziecka, które chciało wygrać sprzeczkę, było w nim zdecydowanie kogoś, kto już swoje przeżył i nie zamierzał się cofać.
- Wiedzieć to jedno. - Wzruszyłem lekko ramieniem. - Zostać, kiedy już wiesz… To zupełnie inna decyzja. Ludzie… Raczej odchodzą. - Powiedziałem to spokojnie, bez podniesionego głosu, bez teatralnej goryczy, to była rzecz tak oczywista, że aż nudna, jak prawo grawitacji - fakt, taki, który wbija się pod skórę i zostaje na lata. - Widzą to, co im pokażesz, bo wolą to widzieć. - Przesunąłem dłonią po karku, wolniej niż zwykle. - A ja raczej nie miałem w zwyczaju pokazywać zbyt wiele… No, sama wiesz. - Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się, czy to niedowierzanie, czy próba obrony, oparłem łokieć o kolano, przetarłem kciukiem dolną wargę, przez moment unikając jej spojrzenia. Widziałem już wcześniej tę pewność w jej oczach, to mnie drażniło, bo nie pasowało do świata, który znałem. - A potem odchodzą, kiedy robi się niewygodnie. Kiedy przestaje być romantycznie. Kiedy maska zaczyna pękać i okazuje się, że pod spodem nie ma wyidealizowanego materiału do naprawy, tylko ktoś… - Uniosłem lekko brwi. - Taki. - „Taki” było wygodnym skrótem, mniej zobowiązująco-niewygodnym niż lista konkretnych słów. - Znacznie mniej przystępny. - Przez sekundę wyglądałem, jakbym chciał coś jeszcze dodać, ale zamiast tego tylko przytrzymałem jej spojrzenie. Patrzyła na mnie tak, jakby mówiła o czymś oczywistym, o prostym równaniu, które ona rozwiązała dawno temu, a ja wciąż patrzyłem na kartkę, nie rozumiejąc wzoru.
- To nie jest normalne. - Dodałem w końcu, spokojnie. - To nie jest rozsądne. - Przesunąłem językiem po zębach, ale tym razem nie było w tym zaczepności, raczej nawyk, chwila na zebranie myśli. Nie byłem łatwy w obsłudze, miałem tendencję do psucia rzeczy, które są dla mnie ważne, profilaktycznie, może nawet nasz pobyt w tym „pomiędzy” był z tym związany - kto wie - wychowałem się w miejscu, gdzie ciepło było podejrzane, a miękkość traktowano jak wadę konstrukcyjną, maski nie zakładałem bez powodu, nie nosiło się ich dla sportu - to, że ktoś potrafił kochać wersję „wcześniej i teraz”, nie znaczyło, że powinien. Właśnie dlatego postanowiłem to kwestionować, jakbym próbował ustalić, czy to możliwe, że ktoś mógł patrzeć na mnie bez filtra i… Robić to wszystko. Przez chwilę milczałem, analizując ją tak, jakbym próbował dopasować obraz do ramy, patrzyłem na nią sekundę z czymś pomiędzy niedowierzaniem a cichym sprzeciwem, a jednak ona całkiem zdecydowanie twierdziła, że nie uciekła. Jej obecność tutaj była całkiem solidnym dowodem, cała ta historia miała wyjątkowo dużo mocnych podstaw, nawet jeśli nadal starałem się to kwestionować.
Parsknąłem cicho, bardziej pod nosem niż wprost do niej, kiedy wspomniała o swojej zawziętości, to nie był śmiech z niej, raczej z siebie - oczywiście - tego akurat bym się mógł domyślić nawet bez pełnej instrukcji obsługi naszej rzekomej historii.
- Och, w to akurat wierzę bez zastrzeżeń. - Mruknąłem, z tą znajomą, półironiczną miną, której najwyraźniej nie musiałem sobie przypominać - ona wracała sama - przyglądając się temu błyskowi w jej oczach. - Jeśli to prawda… To chyba rozumiem, dlaczego się ożeniłem. - Nie cofnąłem spojrzenia, tym razem nie próbowałem żartować, chociaż zdecydowanie uniosłem kącik ust. Wystarczyło pięć minut w jednym przedziale, żeby zrozumieć, że jeśli ta kobieta coś sobie postanowiła, to prędzej wykolei ten pociąg, niż odpuści. Zawziętość była jedną z pierwszych rzeczy, jakie w niej zauważyłem, nie dlatego, że o niej mówiła - dlatego, że ją czułem, w sposobie, w jaki się nie cofała, w tym, że nie odwracała spojrzenia, w tym, że siedziała tu nadal, mimo że od początku byłem dla niej nieprzyjemny.
- Oczywiście, że ode mnie. - Powtórzyłem spokojnie, jakby to była najbardziej logiczna rzecz pod słońcem, uniósłbym brew, gdyby nie to, że już miałem ją uniesioną od połowy tej rozmowy. - Nie jestem tak postępowy, by nosić diament na palcu serdecznym. - Skrzywiłem się znacząco, lekko ironicznie, wymownie. - Czyli co? - Oparłem się wygodniej, ale spojrzenia z niej nie spuściłem, palce bębniły przez moment o moje kolano, zanim dokończyłem wypowiedź. - Wstałem któregoś dnia i uznałem, że najlepszym pomysłem będzie poślubić najbardziej zawziętą kobietę, jaką znam? - Westchnąłem cicho, jakby to mnie samego lekko bawiło. Tak, to zdecydowanie pachniało mną. - Tak. To brzmi jak coś, na co wpadłbym w przypływie genialnej, impulsywnej błyskotliwości. - Przyznałem bez cienia wstydu, unosząc lekko podbródek. Nie widziałem siebie czekającego potulnie, aż ktoś podejmie za mnie taką decyzję, tylko podejmującego ją z przekonaniem, że skoro już i tak stoimy nad przepaścią, to równie dobrze możemy skoczyć razem. - Nie wyglądam na człowieka, którego trzeba ciągnąć do ołtarza na lasso. - Przechyliłem lekko głowę, mierząc ją spojrzeniem, które na chwilę stwardniało, chociaż nie było w nim chłodu. - Ty też nie. - Nachyliłem się minimalnie, głos obniżył mi się o ton. - To by się zgadzało. Trzeba mieć w sobie sporo uporu, żeby wpakować się w małżeństwo z kimś takim jak ja i jeszcze twierdzić, że to była dobra decyzja. - Pokręciłem głową, z lekkim niedowierzaniem, i uśmiechnąłem się krótko, już mniej zaczepnie, bardziej jak ktoś, kto zaczynał rozumieć, że w tej historii nie był jedyną stroną, która podjęła świadomą decyzję.
Przesunąłem dłonią po karku, jakbym próbował rozmasować coś, czego nie czułem, a co powinno boleć. Nie pamiętałem tego - jej rąk, mojej krwi, ani chwili, w której cokolwiek się kończyło, a jednak dziwnie łatwo było mi uwierzyć, że jeśli ktoś miałby się w to wpakować bez wahania, to właśnie ona. Pociąg wciąż jechał, czas wciąż był niepewny, ale między nami było coś bardziej stabilnego niż kilka minut temu. Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, jakbym musiał je czymś zająć, żeby nie wyciągnąć ich w jej stronę bez namysłu.
- Czyli jednak nie zadławiłem się pestką od winogrona. - Mruknąłem sucho. - Dobrze wiedzieć, że jeśli już mam zejść, to przynajmniej z pazurem. - Ale żart wybrzmiał krócej niż zwykle, szybciej się urwał.
„Umierałeś”, czas przeszły, brzmiało to jak coś, co powinno być nieodwracalne, a jednak siedziałem tu, oddychałem, analizowałem - wilkołak, krew, jej ręce, mój koniec, który najwyraźniej nie był końcem - przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak zawsze, gdy próbowałem coś przemyśleć bez okazywania zbyt wiele. Uniosłem dłoń, jakbym chciał zobaczyć na niej ślad czegoś, co już się wydarzyło. Wilkołak to nie zadrapanie, to rozszarpane ciało, utrata krwi, kości nie tam, gdzie powinny być. Spojrzałem na swoje palce, jakbym sprawdzał, czy są na miejscu - były, wszystko było - ręce, nogi, oddech, tętno też miałem spokojne, za spokojne jak na kogoś, kto rzekomo „umierał na rękach”.
Odchyliłem się lekko, wciągając powietrze.
- Wilkołak. - Powtórzyłem jeszcze raz, ciszej, bardziej do siebie. - Spektakularnie. - To mnie nie przerażało tak, jak powinno, i to było chyba najbardziej niepokojące. - Ale wolałbym większe pierdolnięcie, mniej… - Westchnąłem cicho, jakbym ważył w głowie coś, czego jeszcze nie byłem gotów nazwać.
Uniosłem tylko brwi, kiedy rzuciła to swoje „każdy ma jakieś hobby”, jakby mówiła o haftowaniu poduszek, a nie o wyciąganiu mnie z objęć czegoś, co bardzo wyraźnie miało mnie już po swojej stronie. Nie potrzebowałem rozwinięcia, byłem wystarczająco bystry, żeby złożyć elementy w całość, dodałem dwa do dwóch bez większego wysiłku - cóż, magia nigdy nie była czarno-biała, zaklęcia z pogranicza nie istniały bez powodu - najwyraźniej nie była zwykłą uzdrowicielką, to nie były bandaże i kości, to było coś cięższego, starszego, mniej akceptowalnego przy niedzielnym stole w porządnym domu. W jej głosie nie było patosu ani skruchy, była w tym pewność, spokój kogoś, kto wie, co zrobił, i nie zamierza się z tego tłumaczyć. A ja… Nie czułem ani cienia oburzenia - trudno było mnie czymkolwiek zaszokować, patrząc na całokształt mojej osobowości, oburzenie byłoby po prostu niespójne. Pochyliłem głowę minimalnie, przyglądając się jej z nową uwagą, nie dlatego, że coś w tym wszystkim było odrobinę bardziej mroczne, niż konwencjonalne, czy zakazane, tylko dlatego, że wymagało determinacji - a determinacja zawsze mnie fascynowała. Wzruszyłem ramionami, niby obojętnie, chociaż w moim spojrzeniu musiał pojawić się ten błysk, który pojawiał się zawsze, gdy coś wykraczało poza szkolne podręczniki. Alternatywne podejścia do magii zawsze miały w sobie coś pociągającego - elastyczność, odwagę, brak lęku przed przekraczaniem linii, które inni uznawali za święte.
Spojrzałem na nią uważniej - ta drobna, uparta kobieta, która twierdziła, że jest moją żoną, najwyraźniej nie wahała się sięgnąć po rzeczy, których inni unikaliby szerokim łukiem, dla mnie - kącik ust drgnął mi w lekkim, krzywym uśmiechu. To była bezwzględność, a bezwzględność w obronie własnego człowieka była czymś, co potrafiłem zrozumieć.
- Rozumiem. - Kiwnąłem głową, bardziej dla siebie niż dla niej. Wychowałem się wśród ludzi, którzy mieli długą historię publicznej poprawności i prywatnych wyjątków - o moralności mówili dużo, ale praktykowali ją wybiórczo. W domu, w którym czysta krew była ważniejsza niż czyste ręce, przemoc nie była sensacją - była narzędziem, a zakazana magia nie była straszakiem - była środkiem do celu, może nie mówiło się o niej przy herbacie, ale istniała, obecna, namacalna. - Czyli mam żonę z… Ciekawymi zainteresowaniami. - Stwierdziłem spokojnie. Nie byłem święty, nigdy nie udawałem, że jestem, a wizja partnerki, która nie boi się ubrudzić rąk magią, która nie mieści się w podręcznikowych definicjach, nie gorszyła mnie ani trochę, więc kiedy zasugerowała, że użyła czegoś więcej niż igły i bandaża, nie musiała kończyć zdania, zrozumiałem - to nie była czysta, elegancka magia uzdrowicielska, którą pokazuje się studentom na pokazowych zajęciach, taka nigdy by nas tutaj nie doprowadziła, byłaby zupełnie bezużyteczna.
Drugi raz wzruszyłem ramionami, niby obojętnie, ale spojrzenie miałem już zupełnie inne, ciemniejsze, bardziej świadome. Zakazana magia nie była mi obca, nie była dla mnie egzotyką, nie była też świętością - była narzędziem, jak każde inne - może nie używałem jej bezmyślnie, ale nie należałem do ludzi, którzy udają, że nie istnieje. Nawet spoglądając na to z dystansu, z chłodnej, racjonalnej perspektywy, wciąż nie zamierzałem dociekać, zwłaszcza na potrzeby moralizatorskie, zagłębiać się w motywy i konsekwencje, bo to wszystko było logiczne - jeśli ktoś miał odpowiednie umiejętności i wystarczającą determinację, żeby ich użyć, to dlaczego miałby się powstrzymywać? Patrząc na całe moje życie, na decyzje, które podejmowałem, na to, jak funkcjonowałem - oburzenie byłoby hipokryzją, a hipokryzji nie znosiłem.
Gdybym wychował się gdzie indziej, wśród ludzi, którzy mdleją na dźwięk słowa „nekromancja”, pewnie powinienem był się oburzyć - może powinienem wygłosić wykład, przywołać porządek natury, równowagę, konsekwencje, ale wychowałem się tam, gdzie magia była narzędziem, a narzędzia się wykorzystuje. Wśród ludzi, którzy oficjalnie gardzili „nieczystymi praktykami”, a prywatnie trzymali w biblioteczkach tomy oprawione w skórę, których rzekomo nie posiadali, mieli wiele zasad, ale jeszcze więcej wyjątków od tych zasad. Dorastałem w tym bez złudzeń, moralność była zatem dla mnie raczej kwestią narracji, nie czymś czarno-białym, co ktoś mógł komuś narzucić.
Przesunąłem językiem po zębach, powoli, niemal leniwie, jakbym smakował tę informację, ale potem coś we mnie drgnęło. Ten cholerny pociąg, ta przestrzeń pomiędzy robiła ze mną coś dziwnego - czułem to pod skórą - rozciągała emocje w nienaturalny sposób, rozluźniała jedno, wyostrzała drugie, nakładała na mnie kolejne warstwy filtrów, jakby niektóre uczucia były dalej od powierzchni, inne bliżej, łagodniejsze i ostrzejsze, zarazem mniej i bardziej kontrolowane. Może to było to miejsce, to dziwne zawieszenie między tym, kim byłem, a kim podobno jestem, może fakt, że jeśli rzeczywiście byłem jej mężem - a wszystko wskazywało na to, że mogło tak być - to pewne rzeczy powinny mnie obchodzić bardziej, niż chciałem przyznać, ale brak wspomnień był swoistym buforem. Reakcje, które powinny być gwałtowne, były stłumione - te, które powinny być obojętne, nabierały ciężaru.
- Hm. - Nie było w tym zgorszenia, raczej… Uznanie. Dopiero po chwili westchnąłem cicho, bardziej trzeźwo. - Pytanie brzmi - dodałem z przekąsem - czy powinienem być teraz na ciebie zły? - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważniej. - Nie o to, co umożliwiło ci wparowanie do jakiegoś liminalnego pociągu między życiem a śmiercią. Nie o to, że zaczęłaś podważać moją percepcję rzeczywistości, oskarżyłaś mnie o nieautoryzowane umieranie i zasugerowałaś, że jesteśmy świeżo po ślubie. - Wzruszyłem ramionami, nie, nie chodziło mi o jej „hobby”, ani naszą odrobinę irracjonalną rozmowę, w której zdecydowanie nie zachowywaliśmy się jak przykładna para, tylko o coś, co powinno być znacznie bardziej wkurwiające, bo mogło skończyć się naprawdę tragicznie. - Jeśli naprawdę jestem twoim mężem, to chyba wypadałoby, żebym był wściekły o twoje samobójcze skłonności do rzucania się pod pociąg. Nawet jeśli to metaforyczno-metafizyczne tory. - Westchnąłem cicho, jakby sam fakt, że to mówię, był dla mnie czymś nowym. Słowo „samobójcze” zawisło między nami ciężej, niż planowałem, sam nie byłem pewien, skąd to się wzięło - to miejsce robiło dziwne rzeczy z moimi reakcjami. Przez sekundę przyglądałem się jej uważniej, próbując dopasować tę wersję siebie do tego, kim czułem się teraz, bo nawet jeśli brakowało mi wspomnień, pewne rzeczy wiedziałem o sobie instynktownie, były wpisane w kręgosłup, w sposób stania, w ton głosu. Nie byłem człowiekiem, który łatwo oddawał komuś pierwsze skrzypce, wychowano mnie tak, żeby siłę traktować jak obowiązek, nie jak coś godnego pochwały i kapitulacji, a jednak w tej chwili nie czułem potrzeby podważać jej działań ani ich moralności, narzucając własne racje. Drażniło mnie jej ryzyko, a jednocześnie fascynowało - jedna część mnie była pod wrażeniem, druga chciała nią potrząsnąć - w tym także czułem się skołowany.
- Nie musiałaś - zawahałem się na ułamek sekundy - nie musiałaś brać tego na siebie. - Wiedziałem jednak, że to puste zdanie - oboje wiedzieliśmy - gdyby sytuacja się odwróciła, a ja miałbym jakiekolwiek opcje, nawet mgliste, zrobiłbym dokładnie to samo, bez pytania, bez konsultacji, bez oglądania się na konsekwencje. Wiedziałem też, że ona również wolałaby, żeby to wszystko było tylko figurą retoryczną, „umierałeś” znaczyło „przestraszyłeś mnie”, a nie „trzymałam twoje ciało i liczyłam oddechy”, przez to znowu poczułem coś, czego nie lubiłem - ciężar.
Parsknąłem cicho, kiedy nazwała siebie wariatką, jakby to była największa ujma na honorze w całej tej historii, oparłem się wygodniej o siedzenie, przez chwilę tylko na nią patrząc, z tym lekkim, krzywym uśmiechem, który zwykle zwiastował, że coś mnie bawiło bardziej, niż powinno. Mrużyła oczy, analizowała, ważyła słowa - to nie była kobieta, która skacze bez siatki bezpieczeństwa, to było widać w sposobie, w jaki oddychała - spokojnie, ale z napięciem pod powierzchnią - nie, nie była obłąkana, zdecydowanie nie. Przesunąłem dłonią po karku, odchylając głowę minimalnie w tył, spojrzałem na nią, kiedy sprostowała kwestię ryzyka. To, że łamała dla mnie prawo, przekraczała granice, wchodziła w przestrzenie, których rozsądni ludzie nie dotykali, nie przerażało mnie. Było w tym coś znajomego - coś, co rozumiałem instynktownie - świat, w którym się wychowałem, nie był miejscem dla delikatnych moralnych skrupułów. Granice były po to, żeby je przesuwać, najwyraźniej oboje mieliśmy identyczne zdanie na ten temat, ten sam sposób postępowania.
Zmrużyłem lekko oczy, kiedy powiedziała o osobnych kartotekach, pochyliłem się minimalnie w jej stronę, opierając łokcie na kolanach, nadal siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ale odległość nagle wydawała się mniejsza, albo ja przestałem ją respektować w zupełnie inny sposób, niż wcześniej - nie prowokacyjnie, tylko mimowolnie ulegając temu magnetyzmowi, jaki wreszcie zacząłem w pełni dostrzegać. To bez wątpienia nie była całkowicie zwykła podróżna.
- Czyli jednak nie jesteśmy legendarnym duetem z listu gończego. - Mruknąłem pod nosem. - Jeszcze. - Kącik ust uniósł mi się odruchowo, a kiedy dodała, że byliśmy partnerami, doskonałymi, we wszystkim, coś we mnie drgnęło mocniej, niż powinno. Przyjrzałem jej się uważniej. - We wszystkim? - Powtórzyłem ciszej, jakbym testował smak tych słów - nie brzmiała jak ktoś, kto rzuca komplementami na wiatr, nie było w niej egzaltacji, była pewność, spokojna, uporządkowana, niemal zawodowa, to było… Niepokojąco przekonujące.
- Wiesz, że brzmi to jak początek bardzo złej legendy rodzinnej? „I wtedy twoja matka postanowiła włamać się do zaświatów, bo ojciec nie raczył poczekać”. - Parsknąłem, po czym zerknąłem na drzwi wagonu, potem na okno - krajobraz rozmywał się w ruchu, jakby w ogóle nie istniał - miejsce pomiędzy, bez przystanków, bez zapowiedzi, bez stacji pośrednich. - Nawet jeśli niekoniecznie ci się to podoba, wciąż brzmi jak ryzykanctwo, ale niech ci będzie, możemy to nazwać, hm, determinacją. Zadowolona? - Przyjrzałem jej się jeszcze raz - była napięta, chociaż próbowała tego nie okazywać, gotowa, przerażona, uporczywie spokojna. „Determinacja”, to słowo pasowało do niej lepiej. Determinacja nie była chaosem, była wyborem.
„Nie obchodzi mnie to, co może to ze sobą nieść, może boleć, nie boleć, nie interesuje mnie to, chcę po prostu, żebyśmy się stąd wydostali”. Popatrzyłem na nią przez moment tak, jakbym próbował zdecydować, czy właśnie usłyszałem poważne wyznanie, czy propozycję, żebyśmy bez przygotowania weszli do nawiedzonej piwnicy. Nie było w niej tej drobnej satysfakcji, że „a nie mówiłam”, nie było wyrzutu. Przesunąłem dłonią po szczęce, czując znajome napięcie, o którym wspominała - zaciskałem ją, kiedy coś mnie uwierało - jeśli to była prawda, znała mnie zbyt dobrze jak na kogoś obcego. Wzruszyłem ramionami, chociaż ten ruch był mniej obojętny, niż chciałem, już bez tej ostrej defensywy, która towarzyszyła mi od początku - coś w tym wszystkim zaczynało się układać, nawet jeśli nadal brzmiało jak opowieść z pogranicza absurdu.
Obserwowałem moment, gdy jej wzrok opadł na moją wyciągniętą dłoń, przez ułamek sekundy przemknęła mi przez głowę myśl, że może się zawaha, cofnie palce, zostawi mnie z tą ręką zawieszoną w powietrzu jak idiotę - nie zrobiła tego - podciągnąłem ją lekko do góry, aż stanęła naprzeciwko mnie. Różnica wzrostu stała się jeszcze bardziej oczywista - kiedy się wyprostowała, jej głowa znalazła się na wysokości mojego obojczyka - musiałem opuścić wzrok, żeby złapać jej spojrzenie, jednocześnie unosząc brew.
- Aha. - Spojrzałem na nią z góry, z cieniem rozbawienia w oczach, ktoś z nas faktycznie musiał mieć te długie nogi, jeszcze chwilę wcześniej siedzieliśmy jak przeciwnicy przy stole negocjacyjnym, teraz nasze ciała niemal się stykały. Puściłem jej rękę dopiero po chwili - nie dlatego, że chciałem, tylko dlatego, że musiałem - zerknąłem w stronę drzwi, w kierunku możliwego wyjścia z tej pędzącej, absurdalnej rzeczywistości, kiwając do siebie głową, serce biło mi szybciej, chociaż nie było tu wiatru, nie było wysokości, nie było jeszcze krawędzi, a jednak czułem, że stoimy dokładnie na niej - tylko że niewidzialnej. Spojrzałem przed siebie, potem z powrotem na moją towarzyszkę.
- Czyli najpierw święto, potem sąd kapturowy. - Mruknąłem, krzyżując ręce na piersi, jakbym właśnie negocjował warunki kapitulacji. - To bardzo wielkoduszne z twojej strony. Uspokaja mnie to, naprawdę. - Wyprostowałem się w przejściu między fotelami, przyglądając jej się z tą uważnością, która wracała do mnie falami - faktycznie - nie wyglądała na kogoś, kto potrafi krzyczeć bez sensu, raczej na taką kobietę, która usiądzie naprzeciwko, splecie dłonie i zacznie mówić spokojnie, aż człowiek sam zacznie się przyznawać, a to było bardziej niebezpieczne niż furia. - Oczywiście, że nie. Milczenie jest wstrętną zagrywką, zupełnie poniżej pasa. - Pokręciłem głową, westchnąłem, przecierając dłonią kark. Może to i lepiej, bo zdecydowanie nie lubiłem podchodów, nigdy, zbyt wiele w życiu opierało się na półsłówkach, niedopowiedzeniach, eleganckich unikach - w moim domu nikt nie mówił wprost, a każde zdanie miało drugie dno, nauczyłem się to czytać, nauczyłem się to stosować, ale to nie znaczyło, że to szanowałem. - Ty raczej wyglądasz na kogoś, kto siada naprzeciwko i mówi „porozmawiajmy”, a potem człowiek wolałby jednak to milczenie. - Nie było w tym złośliwości, raczej dziwna czułość, jakby sam fakt, że planowała mi „nieco wyrzucić” w swoim stylu, był czymś… Normalnym, domowym, intymnym. - Następnym razem postaram się umierać w sposób bardziej komunikatywny. - To był żart, albo raczej próba rozluźnienia atmosfery, tak naprawdę nie podobała mi się jakakolwiek opcja z umieraniem, jawnym czy niejawnym, nieważne, jak skomentowanym i opłaconym.
Uśmiechnąłem się krzywo, po czym uniosłem lekko brew, jakbym właśnie wygrał jakąś zupełnie absurdalną dyskusję.
- To bardzo dobry argument. - Powtórzyłem z powagą, która nie miała prawa być poważna. - W takich okolicznościach należy dbać o morale zespołu.
„Zespół”, brzmiało bezpieczniej niż „małżeństwo”, chociaż gdzieś z tyłu głowy to słowo już przestało mnie uwierać. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi - tak twierdziła - potem rywalami, jedno i drugie uczyło droczenia się bez litości, co robiłem instynktem. Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż powinienem - nie dlatego, że informacja o mojej racji na temat lęku wysokości mnie zaskoczyła, zaskakujące było to, że wcale mnie nie zaskoczyła, po prostu była, osadzona głęboko, nienegocjowalna. To brzmiało jak coś, co wiedziałem od zawsze, jak szczegół, który powinien być wpisany w instrukcję obsługi posiadania drugiej połówki, razem z czymś życiowo-prozaicznym w stylu tego, że nie pije kawy po zmroku i zawsze poprawia rękaw bluzki, kiedy się denerwuje. Skąd? Nie miałem pojęcia, a jednak było to we mnie jak oczywistość. Tak jak to, że była śliczna, nie w oczywisty sposób, nie jak porcelanowa lalka z salonu czystokrwistych panien - była żywa, zadziorna, z tym błyskiem w oku, który mówił, że jeśli coś postanowiła, to świat mógł się dostosować, i jeśli trzeba, zamierzała wskoczyć ze mną w przepaść, choćby trzęsły jej się kolana.
- Czyli plan „na płaza” odpada. - Westchnąłem teatralnie. - Dobrze, żadnych żab, ropuch i innych takich. Żadnego rechotu po drodze. Bez happy endu na lilii wodnej. - Uśmiechnąłem się krzywo, specjalnie przeciągając ciszę o sekundę dłużej, niż było to wskazane. - Choć uważam, że byłabyś bardzo eleganckim gatunkiem. Atelopus barbotini? - Stwierdziłem z powagą, która była o włos od karykatury, i przez moment naprawdę rozważałem, czy nie pociągnąć tego wątku tylko po to, żeby zobaczyć, jak bardzo się zirytuje - wtedy z pewnością odwrociłbym jej uwagę od wysokości - prawda? Bała się, to było widać nie tylko w słowach, lecz i w sposobie, w jaki napięła ramiona, w tym minimalnym skróceniu oddechu, w tej dumnej, zbyt prostej postawie, która mówiła więcej niż przyznanie się do lęku. Spojrzałem na nią z góry, z tym samym błyskiem, którym pewnie kiedyś prowokowałem ją do pojedynków na riposty, po czym zrobiłem pół kroku bliżej - nie gwałtownie, nie prowokacyjnie - naturalnie, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce, w którym powinienem stać. Może jej nie pamiętałem, nie miałem dostępu do wspólnych wspomnień, do detali, do tego całego „od lat”, ale moje ciało najwyraźniej nie potrzebowało instrukcji obsługi, i odruchowo ponownie ująłem jej rękę, lekko ją ściskając.
- „Na równi”. - Powtórzyłem, krzywiąc się lekko. - Przestań. - Popatrzyłem na nią tak, jakby właśnie oznajmiła mi, że nie umie latać na smoku, a ja serio liczyłem na pokaz akrobacji, pokręciłem głową z niedowierzaniem, ale w kąciku ust czaił mi się uśmiech. - Kochanie, ty jesteś trzydzieści centymetrów poniżej równi. Już na starcie to nie jest równy układ. - Kącik ust drgnął mi w tym charakterystycznym półuśmiechu. - To ja mam obowiązek robić kroki. Dosłownie. Czysta biomechanika. - Wzruszyłem ramionami, nie zamierzając ukrywać tego, że skoro miałem długie nogi, a ona nie, oboje mogliśmy z tego skorzystać - byliśmy w końcu partnerami, czyż nie? Poza tym, ona miała własne zalety, cały szereg zalet, nie musieliśmy być tu tacy sami, różnorodność była znacznie lepsza, zawsze tak uważałem.
- To „na równi” możemy wykreślić z planu, okej? - Machnąłem ręką lekko. - Na równi to się dzieli rachunki w tawernie, a nie skacze w nieznane z kimś, kto najwyraźniej jest na tyle uparty, żeby włamać się do czyjejś ostatniej podróży. - Zerknąłem na nią z ukosa. - Słuchaj. Już zrobiłaś swoją część. Sam fakt, że tu jesteś, to był twój skok. Reszta to tylko… Technikalia. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tą miększą nutą, której zwykle nikomu nie pokazywałem. - Ja zrobię krok. Ty możesz się wtulić, zamknąć oczy i udawać, że to tylko głupia huśtawka. - Pochyliłem się nieco bliżej, obniżając głos. - Na pewno się kiedyś huśtałaś. Każdy się huśtał. Nie mów mi, że panna „byłam zawsze obok” ominęła ten etap dzieciństwa, hm? - Zawahałem się ułamek sekundy, kącik ust drgnął mi wyżej, wiedziałem, gdzie nacisnąć, żeby się oburzyła, gdzie zażartować, żeby prychnęła, gdzie puścić oko, żeby przestała się spinać, to było jak jazda na miotle - ciało pamiętało, nawet jeśli głowa nie nadążała - jeżeli to, co mówiła, było prawdą, to musieliśmy mieć za sobą coś tak zwyczajnego jak huśtawka, a to była całkiem dobra metafora unoszenia się i gwałtownego spadania.
- Byliśmy kiedyś na huśtawce? - Zapytałem z półuśmiechem. - Jeśli byliśmy nierozłączni, to istnieje bardzo realna szansa, że przynajmniej raz się o nią pokłóciliśmy.
Ja lubiłem wysokość, to było dziwne, że nie pamiętałem wielu rzeczy, ale to czułem wyraźnie - wysokość była wolnością - zdecydowanie lubiłem ten moment, kiedy grunt znika spod nóg, a ty jeszcze przez ułamek sekundy wisisz między jednym a drugim. Latanie, wspinanie się tam, gdzie inni nie chcieli albo nie potrafili, stanie na krawędziach dachów tylko po to, żeby poczuć, jak powietrze świszcze w uszach. Im wyżej, tym czyściej, tym mniej ludzi, z góry wszystko wydawało się prostsze, mniejsze, łatwiejsze do ogarnięcia, wysokość dawała perspektywę, kontrolę, czułem się w niej… Swobodnie.
- Więc zróbmy tak. Ty udajesz, że to huśtawka. Ja udaję, że to kolejny głupi pomysł, który i tak mi się spodobał. A jeśli mnie puścisz w ostatniej chwili - dodałem ciszej - to będę ci to wypominał przez następne kilkadziesiąt lat. O ile, rzecz jasna, mamy te kilkadziesiąt lat i nie ściemniasz. - Mrugnąłem do niej. Uniósłszy brew, nachyliłem się w jej stronę bez ostrzeżenia, zatrzymując się tuż przed ustami. Przyjaźń. Napięcie. Nienawiść. Miłość. „Nie wolno nam”, „nie powinniśmy”, „za późno”, „za wcześnie”, „za bardzo”. Sięgnąłem dłonią do jej talii, lekko, pewnie, nie sprawdzając, czy mogę - z tą pewnością, która zakładała, że jeśli naprawdę jest moją żoną, to nie muszę się zastanawiać, czy mogę, żadne z nas nie musiało.
- Skoro to buziak na drogę. - Mruknąłem, nachylając się bliżej, niżej, prawie stykając nasze czoła. - To powinniśmy zadbać o jakość wykonania. W końcu reprezentujesz nasze małżeństwo. - Rzuciłem z cieniem rozbawienia, chociaż brzmiało to zbyt szczerze, jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą kwestionował wszystko. Nie pamiętałem wspólnej historii, nie pamiętałem ślubu, nie pamiętałem lat napięcia i nienawiści, które podobno musiały się wydarzyć, żebyśmy skończyli tutaj, ale pamiętałem smak jej ust sprzed chwili - i to było wystarczająco konkretne.
- To tylko sekunda. - Zamiast ją jednak całować, dodałem cicho, poważniej, niż wcześniej. - Najgorsza jest przed. Potem już się leci. - Zrobiłem krótką pauzę, spojrzenie zsunęło mi się na jej twarz, potem niżej, po czym wróciło do oczu. - Przysięgam. Postaram się nie rechotać w drodze w dół. - Uniosłem kącik ust, zanim zdążyłem to powstrzymać.
Parsknąłem cicho pod nosem, kiedy rzuciła tymi „długimi nogami”, i odchyliłem się minimalnie w siedzeniu, mierząc ją z góry do dołu, nadal bez cienia wstydu - zanalizowała moje „atuty”, jakbyśmy omawiali parametry techniczne nowej miotły, więc ja mogłem zrobić dokładnie to samo, tyle że przy pomocy oczu, bez szerszego komentarza.
- No tak. - Rzuciłem z niewinną miną. - Ktoś z nas musi. - Uniosłem brew, pozwalając, by moje spojrzenie zatrzymało się na sylwetce kobiety odrobinę dłużej niż wypadało - drobnej, filigranowej - różnica wzrostu między nami była absurdalnie wyraźna, nawet teraz, kiedy siedzieliśmy naprzeciwko siebie. Gdyby wstała, sięgałaby mi może do ramienia, była kompaktowa, zdecydowanie nie z tych, które dominują przestrzeń wzrostem, co wcale nie znaczyło, że jej nie dominowała w inny sposób, zdążyła to udowodnić. - Więęc… - Przeciągnąłem, stukając palcem o własne kolano. - Ten ślub to była decyzja strategiczna z twojej strony? To był projekt? Plan długoterminowy? „Wezmę tego, przyda się do wszystkiego”? - Uśmiechnąłem się z tą charakterystyczną, chłopięcą bezczelnością, która ewidentnie była mi bliższa, niż chciałbym przyznać, po czym oparłem się wygodniej o oparcie siedzenia, rozciągając nogi odrobinę, z przesadną demonstracyjnością, jakbym właśnie prezentował atut, o którym wspomniała. Spojrzałem ostentacyjnie w dół, potem z powrotem na nią, siedziała naprzeciwko mnie z tą swoją miną, która jednocześnie mówiła „jesteś niemożliwy” i „nie przestawaj”, urocze. - Potrzebowałaś muła? - Zapytałem z tą przesadzoną powagą, która sama w sobie była żartem. - Do dźwigania ciężkich rzeczy, sięgania na najwyższe półki i, hm… - Zawiesiłem na moment głos, pozwalając, żeby sugestia zawisła między nami. - Do dosiadania, kiedy najdzie cię ochota na kontrolę sytuacji z wyższej pozycji? - Nie było w tym ciężkości, tylko zaczepność, drażnienie, świadome balansowanie na granicy. Oparłem łokcie o kolana, splótłszy dłonie luźno przed sobą. Gdyby to był wybór czysto praktyczny, to byłem w stanie zrozumieć pobudki, wysoki egzemplarz niewątpliwie przydaje się w domu, sięga na półki, przenosi ciężkie rzeczy, wygląda groźnie przy drzwiach, bla, bla, bla, ale to nie wyjaśniało, czemu rzekomo przyszła tu za mną, potencjalnie ryzykując więcej niż utratę czasu na rozmowę… - Tylko wiesz… Nawet jeśli to była kalkulacja, to muszę przyznać, że trochę mnie to łechce. Bycie wybranym ze względu na konkretne atuty to wciąż bycie wybranym. - Wzruszyłem ramionami. - No i mam wrażenie, że gdyby chodziło wyłącznie o fizykę, maleńka, to wybrałabyś pierwszego lepszego dryblasa z ulicy. - Uśmiech nie znikał mi z twarzy, zlustrowałem ją jeszcze raz, bez skrępowania, nie próbując ukrywać, iż w jakiś sposób ten kontrast działał na mnie bardziej, niż powinien. - Czyli co? Zaryzykowałaś dla użyteczności? Dla tego ogromnego serca, którego rzekomo nie widzę? A może masz słabość do wysokich problemów z charakterem? - Pochyliłem głowę, przyglądając się jej twarzy uważniej, rozbawiony własnym rokiem myślenia - drażniła mnie, jednocześnie przyciągała, ten kontrast działał jak iskra.
- Nie rób ze mnie filantropa. - Mruknąłem ciszej. - Źle to wygląda w moim życiorysie. - A jednak coś w środku mnie drgnęło - nie pamiętałem wersji siebie, którą opisywała, nie pamiętałem jej, ale sposób, w jaki na mnie patrzyła - jakby znała każdą moją reakcję sekundę przed tym, zanim ją wykonałem - był niepokojąco przekonujący. Wbiłem wzrok w jej usta, zanim jeszcze zdałem sobie z tego sprawę, to było niemal bezwstydne, ale nie próbowałem tego maskować - jeszcze przed chwilą smakowałem je bez ceregieli, bez pozwolenia, jak test, jak prowokację, a teraz, kiedy mówiła o przyjaźni, o napięciu, o nienawiści, która miała być etapem przejściowym, patrzyłem na jej wargi i coś podskórnie podpowiadało mi, że ta „przyjaźń” musiała być katastrofą w zarodku. Przyjaźń damsko-męska to przecież najgorsze miejsce, gdy chodzi o „nierozłącznych” ludzi - za dużo bliskości, za dużo wiedzy - wystarczy jeden krok za daleko i wszystko się komplikuje. Podpuszczała mnie od początku tej rozmowy, podważała każdy mój argument, wywracała mój porządek myślenia, a jednak coś w tym było - to napięcie, ten sposób, w jaki odpowiadała bez cienia wstydu, to nie była dziewczyna, którą można było łatwo kupić paroma gładkimi słowami, ani tym bardziej zdominować rozmową - w pewnym sensie mogłem sobie wyobrazić, dlaczego się przyjaźniliśmy.
- Wiesz, że gdyby wyrzucić z tej historii tło szkolne, to brzmi to podejrzanie mało niewinnie? - Wyprostowałem się minimalnie, ale nie oderwałem od niej wzroku, moje spojrzenie znów wróciło do jej ust, bez pośpiechu, bez udawania, że tego nie robię. Przechyliłem głowę, przyglądając się jej tak, jakbym próbował dopasować ją do tej opowieści - mała, zadziorna, z błyskiem w oku, który pewnie istniał już wtedy. - Jeśli to była przyjaźń, to była skazana na katastrofę. - Spojrzałem jej w oczy, już bez kolejnego żartu. - I coś mi mówi, że oboje doskonale o tym wiedzieliśmy. - Nie uśmiechałem się szeroko, to był ten cień uśmiechu, który pojawiał się, kiedy coś mnie autentycznie zaintrygowało, a w tej sytuacji naprawdę nie było o to trudno, już nie, im dłużej mówiła, tym wyraźniej coś we mnie się przesuwało. Nie wspomnienia - jeszcze nie - raczej instynkt, rozpoznanie tonu, sposobu, w jaki dobierała słowa. Wspomniała o nienawiści - o tym, że zialiśmy nią ku sobie zamiast traktować się jak ludzie. Parsknąłbym, gdyby nie to, że brzmiało to przerażająco prawdopodobnie. Nienawiść jest wygodna, daje dystans, nie wymaga natychmiastowej odpowiedzialności.
- Dzieci nie podejmują decyzji. Dzieci odgrywają role, które im napisano. - Mruknąłem bardziej do siebie niż do niej. Jeśli trzymaliśmy dystans, woleliśmy udawać wrogość niż przyznać się do czegokolwiek innego… To znaczyło, że coś tam było - coś, czego nie potrafiłem teraz zobaczyć, ale co musiało być wystarczająco silne, by trzeba było to przykryć - jednak czy mnie to przekonywało? To brzmiało dla mnie dziwniej niż cała reszta, nie bunt, nie walka - akceptacja. „Zły moment w czasie i przestrzeni” - to było eleganckie określenie na tchórzostwo, albo na rozsądek, czasem jedno i drugie wyglądało identycznie, ale przecież nie miałem się za kogoś, kto zachowywał się przesadnie zachowawczo.
- Jeśli to było „to”… - Zawahałem się na ułamek sekundy, bo słowo było cięższe, niż powinno. - To pewnie widziałem. - Podniosłem jedną brew, ale bez wcześniejszej kpiny, nie było w tym ironii, ani obrony, tylko suchy fakt - znałem siebie - jeśli coś zaczynało mieć znaczenie, instynkt podpowiadał mi, żeby to odsunąć. Albo zniszczyć, zanim zdąży mnie dosięgnąć.
- Nienawiść jest łatwiejsza. - Powiedziałem w końcu ciszej, chociaż z wzruszeniem jednym ramieniem, wciąż obserwując miękkie wargi i ich układ, szukając w nim śladu grymasu, a może wręcz przeciwnie. Nie patrzyłem jej w oczy, tylko właśnie tam - na usta, które poruszały się spokojnie, pewnie, nie wskazując na to, by kłamała. - Uporządkowana. Bezpieczna. Daje strukturę. Miłość… - Zawahałem się, jakbym badał to słowo pod kątem pułapek, bo przywykłem do tego, że w moim świecie nic się nie działo „samo”, miłość już na pewno nie powinna być taka. W świecie, z którego pochodziłem, momenty były wyznaczane przez nazwiska, sojusze i obowiązki, nie przez to, co komuś drgało pod żebrami. - Rozbija konstrukcję. - Wróciłem spojrzeniem do jej oczu, coś we mnie prychnęło bezgłośnie, jeśli to była przyjaźń, to zdecydowanie taka, która od początku miała w sobie wadę konstrukcyjną. Była zdecydowanie w moim typie, za bardzo w moim typie, żeby to było przypadkowe - zadziorna, uparta, patrząca bez lęku - i, co gorsza, absolutnie nieprzejęta tym, że próbowałem ją zbić z tropu. Kącik ust drgnął mi lekko.
- A teraz? - Zawiesiłem głos. - Teraz siedzisz naprzeciwko mnie i opowiadasz to w taki sposób, że faktycznie trudno mi uwierzyć, że kiedykolwiek moglibyśmy być platoniczni. - Zlustrowałem jej twarz, a potem niżej, wracając do ust, które wypowiadały to wszystko z taką pewnością, przesunąłem palcem po własnej dolnej wardze, jakbym się nad czymś zastanawiał.
Czystokrwisty chłopak z odpowiedniego domu i dziewczyna, która najwyraźniej nie pasowała do jego świata tak, jak powinna - to już samo w sobie było przepisem na komplikacje - przyjaźń byłaby zatem bezpiecznym słowem, maską, taką, którą nosiło się, kiedy nie wolno było sięgać po więcej, nienawiść tak samo. Moje spojrzenie zsunęło się jeszcze raz na jej wargi, potem na linię szyi, na ramiona. Żadna z tych kategorii nie wydawała się wystarczająca.
- Drażnisz mnie od momentu, kiedy tu weszłaś. - Przyznałem bez ogródek, kącik ust drgnął mi nieznacznie - mechanizm bezpieczeństwa, który zawsze miałem pod ręką. - A jednocześnie… - Zawahałem się sekundę, jakby rozważał, czy powinienem to powiedzieć, ale i tak powiedziałem. - Jednocześnie, gdybyśmy mieli zostać tu jeszcze chwilę, istnieje spora szansa, że znowu bym cię pocałował. - Nie było w tym wstydu, to była raczej brutalnie szczera obserwacja, westchnąłem przez nos, przesuwając spojrzeniem po jej twarzy jeszcze raz. „Zrobiłeś to, co było słuszne”, o brzmiało jak wyrok, nie oskarżenie, jak podsumowanie, z którym trudno dyskutować. Uśmiech zszedł mi z twarzy wolniej, niż powinien, jeszcze chwilę wcześniej bawiłem się w prowokacje, w półsłówka i zaczepki, jakbym mógł nimi przykryć wszystko, czego nie pamiętałem, ale kiedy powiedziała to spokojnie, bez cienia pretensji, coś we mnie przestało się śmiać. W moim świecie słuszność rzadko miała coś wspólnego z pragnieniem - słuszne było to, co chroniło nazwisko, utrzymywało porządek, nie wywoływało skandalu, co nie wymagało tłumaczeń przy długim stole, pod ciężkimi spojrzeniami starszych.
„Zawsze wiedziała. Pod maską”, to brzmiało jak coś, czego nikt nie powinien widzieć, jeśli robiłem to dobrze. Maski były wygodne, nie tylko dla tych, którzy je noszą, dawały wymówkę, można było powiedzieć „nie wiedziałam”, „nie rozumiałam”, „to nie był prawdziwy on” - z tym, że ja nigdy nie próbowałem być bardziej przystępnym, milusim, przytulaśnym człowiekiem, a przynajmniej tak mi się wydawało, używałem uroku osobistego w zupełnie innym wydaniu, raczej takim, który wielu nie odpowiadał. Jeśli twierdziła, że zawsze widziała więcej, to znaczyło, że albo była cholernie uważna… Albo kompletnie nierozsądna.
- To kiepska reklama dla moich umiejętności. - Mruknąłem, powoli, ale zaraz spoważniałem, zastanawiając się, czy to we mnie była wada fabryczna, czy w moim sposobie patrzenia na świat, wpatrywałem się w nią chwilę dłużej, nie w usta tym razem - w oczy - szukałem tam czegokolwiek, co przypominałoby złudzenie, potrzebę, desperację, czegoś, co tłumaczyłoby jej podejście, ale niczego takiego nie znalazłem, była w tym wyłącznie ta uparta pewność, która działała mi na nerwy i jednocześnie… Robiła coś jeszcze - coś, czego nie chciałem nazywać.
Ludzie lubili myśleć, że widzą więcej, niż naprawdę widzą, lubili wierzyć, że potrafią zajrzeć pod skórę, zwykle się mylili. W jej głosie nie było uporu dziecka, które chciało wygrać sprzeczkę, było w nim zdecydowanie kogoś, kto już swoje przeżył i nie zamierzał się cofać.
- Wiedzieć to jedno. - Wzruszyłem lekko ramieniem. - Zostać, kiedy już wiesz… To zupełnie inna decyzja. Ludzie… Raczej odchodzą. - Powiedziałem to spokojnie, bez podniesionego głosu, bez teatralnej goryczy, to była rzecz tak oczywista, że aż nudna, jak prawo grawitacji - fakt, taki, który wbija się pod skórę i zostaje na lata. - Widzą to, co im pokażesz, bo wolą to widzieć. - Przesunąłem dłonią po karku, wolniej niż zwykle. - A ja raczej nie miałem w zwyczaju pokazywać zbyt wiele… No, sama wiesz. - Przeciągnąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, zastanawiając się, czy to niedowierzanie, czy próba obrony, oparłem łokieć o kolano, przetarłem kciukiem dolną wargę, przez moment unikając jej spojrzenia. Widziałem już wcześniej tę pewność w jej oczach, to mnie drażniło, bo nie pasowało do świata, który znałem. - A potem odchodzą, kiedy robi się niewygodnie. Kiedy przestaje być romantycznie. Kiedy maska zaczyna pękać i okazuje się, że pod spodem nie ma wyidealizowanego materiału do naprawy, tylko ktoś… - Uniosłem lekko brwi. - Taki. - „Taki” było wygodnym skrótem, mniej zobowiązująco-niewygodnym niż lista konkretnych słów. - Znacznie mniej przystępny. - Przez sekundę wyglądałem, jakbym chciał coś jeszcze dodać, ale zamiast tego tylko przytrzymałem jej spojrzenie. Patrzyła na mnie tak, jakby mówiła o czymś oczywistym, o prostym równaniu, które ona rozwiązała dawno temu, a ja wciąż patrzyłem na kartkę, nie rozumiejąc wzoru.
- To nie jest normalne. - Dodałem w końcu, spokojnie. - To nie jest rozsądne. - Przesunąłem językiem po zębach, ale tym razem nie było w tym zaczepności, raczej nawyk, chwila na zebranie myśli. Nie byłem łatwy w obsłudze, miałem tendencję do psucia rzeczy, które są dla mnie ważne, profilaktycznie, może nawet nasz pobyt w tym „pomiędzy” był z tym związany - kto wie - wychowałem się w miejscu, gdzie ciepło było podejrzane, a miękkość traktowano jak wadę konstrukcyjną, maski nie zakładałem bez powodu, nie nosiło się ich dla sportu - to, że ktoś potrafił kochać wersję „wcześniej i teraz”, nie znaczyło, że powinien. Właśnie dlatego postanowiłem to kwestionować, jakbym próbował ustalić, czy to możliwe, że ktoś mógł patrzeć na mnie bez filtra i… Robić to wszystko. Przez chwilę milczałem, analizując ją tak, jakbym próbował dopasować obraz do ramy, patrzyłem na nią sekundę z czymś pomiędzy niedowierzaniem a cichym sprzeciwem, a jednak ona całkiem zdecydowanie twierdziła, że nie uciekła. Jej obecność tutaj była całkiem solidnym dowodem, cała ta historia miała wyjątkowo dużo mocnych podstaw, nawet jeśli nadal starałem się to kwestionować.
Parsknąłem cicho, bardziej pod nosem niż wprost do niej, kiedy wspomniała o swojej zawziętości, to nie był śmiech z niej, raczej z siebie - oczywiście - tego akurat bym się mógł domyślić nawet bez pełnej instrukcji obsługi naszej rzekomej historii.
- Och, w to akurat wierzę bez zastrzeżeń. - Mruknąłem, z tą znajomą, półironiczną miną, której najwyraźniej nie musiałem sobie przypominać - ona wracała sama - przyglądając się temu błyskowi w jej oczach. - Jeśli to prawda… To chyba rozumiem, dlaczego się ożeniłem. - Nie cofnąłem spojrzenia, tym razem nie próbowałem żartować, chociaż zdecydowanie uniosłem kącik ust. Wystarczyło pięć minut w jednym przedziale, żeby zrozumieć, że jeśli ta kobieta coś sobie postanowiła, to prędzej wykolei ten pociąg, niż odpuści. Zawziętość była jedną z pierwszych rzeczy, jakie w niej zauważyłem, nie dlatego, że o niej mówiła - dlatego, że ją czułem, w sposobie, w jaki się nie cofała, w tym, że nie odwracała spojrzenia, w tym, że siedziała tu nadal, mimo że od początku byłem dla niej nieprzyjemny.
- Oczywiście, że ode mnie. - Powtórzyłem spokojnie, jakby to była najbardziej logiczna rzecz pod słońcem, uniósłbym brew, gdyby nie to, że już miałem ją uniesioną od połowy tej rozmowy. - Nie jestem tak postępowy, by nosić diament na palcu serdecznym. - Skrzywiłem się znacząco, lekko ironicznie, wymownie. - Czyli co? - Oparłem się wygodniej, ale spojrzenia z niej nie spuściłem, palce bębniły przez moment o moje kolano, zanim dokończyłem wypowiedź. - Wstałem któregoś dnia i uznałem, że najlepszym pomysłem będzie poślubić najbardziej zawziętą kobietę, jaką znam? - Westchnąłem cicho, jakby to mnie samego lekko bawiło. Tak, to zdecydowanie pachniało mną. - Tak. To brzmi jak coś, na co wpadłbym w przypływie genialnej, impulsywnej błyskotliwości. - Przyznałem bez cienia wstydu, unosząc lekko podbródek. Nie widziałem siebie czekającego potulnie, aż ktoś podejmie za mnie taką decyzję, tylko podejmującego ją z przekonaniem, że skoro już i tak stoimy nad przepaścią, to równie dobrze możemy skoczyć razem. - Nie wyglądam na człowieka, którego trzeba ciągnąć do ołtarza na lasso. - Przechyliłem lekko głowę, mierząc ją spojrzeniem, które na chwilę stwardniało, chociaż nie było w nim chłodu. - Ty też nie. - Nachyliłem się minimalnie, głos obniżył mi się o ton. - To by się zgadzało. Trzeba mieć w sobie sporo uporu, żeby wpakować się w małżeństwo z kimś takim jak ja i jeszcze twierdzić, że to była dobra decyzja. - Pokręciłem głową, z lekkim niedowierzaniem, i uśmiechnąłem się krótko, już mniej zaczepnie, bardziej jak ktoś, kto zaczynał rozumieć, że w tej historii nie był jedyną stroną, która podjęła świadomą decyzję.
Przesunąłem dłonią po karku, jakbym próbował rozmasować coś, czego nie czułem, a co powinno boleć. Nie pamiętałem tego - jej rąk, mojej krwi, ani chwili, w której cokolwiek się kończyło, a jednak dziwnie łatwo było mi uwierzyć, że jeśli ktoś miałby się w to wpakować bez wahania, to właśnie ona. Pociąg wciąż jechał, czas wciąż był niepewny, ale między nami było coś bardziej stabilnego niż kilka minut temu. Oparłem łokcie o kolana, splatając dłonie, jakbym musiał je czymś zająć, żeby nie wyciągnąć ich w jej stronę bez namysłu.
- Czyli jednak nie zadławiłem się pestką od winogrona. - Mruknąłem sucho. - Dobrze wiedzieć, że jeśli już mam zejść, to przynajmniej z pazurem. - Ale żart wybrzmiał krócej niż zwykle, szybciej się urwał.
„Umierałeś”, czas przeszły, brzmiało to jak coś, co powinno być nieodwracalne, a jednak siedziałem tu, oddychałem, analizowałem - wilkołak, krew, jej ręce, mój koniec, który najwyraźniej nie był końcem - przesunąłem językiem po wewnętrznej stronie policzka, jak zawsze, gdy próbowałem coś przemyśleć bez okazywania zbyt wiele. Uniosłem dłoń, jakbym chciał zobaczyć na niej ślad czegoś, co już się wydarzyło. Wilkołak to nie zadrapanie, to rozszarpane ciało, utrata krwi, kości nie tam, gdzie powinny być. Spojrzałem na swoje palce, jakbym sprawdzał, czy są na miejscu - były, wszystko było - ręce, nogi, oddech, tętno też miałem spokojne, za spokojne jak na kogoś, kto rzekomo „umierał na rękach”.
Odchyliłem się lekko, wciągając powietrze.
- Wilkołak. - Powtórzyłem jeszcze raz, ciszej, bardziej do siebie. - Spektakularnie. - To mnie nie przerażało tak, jak powinno, i to było chyba najbardziej niepokojące. - Ale wolałbym większe pierdolnięcie, mniej… - Westchnąłem cicho, jakbym ważył w głowie coś, czego jeszcze nie byłem gotów nazwać.
Uniosłem tylko brwi, kiedy rzuciła to swoje „każdy ma jakieś hobby”, jakby mówiła o haftowaniu poduszek, a nie o wyciąganiu mnie z objęć czegoś, co bardzo wyraźnie miało mnie już po swojej stronie. Nie potrzebowałem rozwinięcia, byłem wystarczająco bystry, żeby złożyć elementy w całość, dodałem dwa do dwóch bez większego wysiłku - cóż, magia nigdy nie była czarno-biała, zaklęcia z pogranicza nie istniały bez powodu - najwyraźniej nie była zwykłą uzdrowicielką, to nie były bandaże i kości, to było coś cięższego, starszego, mniej akceptowalnego przy niedzielnym stole w porządnym domu. W jej głosie nie było patosu ani skruchy, była w tym pewność, spokój kogoś, kto wie, co zrobił, i nie zamierza się z tego tłumaczyć. A ja… Nie czułem ani cienia oburzenia - trudno było mnie czymkolwiek zaszokować, patrząc na całokształt mojej osobowości, oburzenie byłoby po prostu niespójne. Pochyliłem głowę minimalnie, przyglądając się jej z nową uwagą, nie dlatego, że coś w tym wszystkim było odrobinę bardziej mroczne, niż konwencjonalne, czy zakazane, tylko dlatego, że wymagało determinacji - a determinacja zawsze mnie fascynowała. Wzruszyłem ramionami, niby obojętnie, chociaż w moim spojrzeniu musiał pojawić się ten błysk, który pojawiał się zawsze, gdy coś wykraczało poza szkolne podręczniki. Alternatywne podejścia do magii zawsze miały w sobie coś pociągającego - elastyczność, odwagę, brak lęku przed przekraczaniem linii, które inni uznawali za święte.
Spojrzałem na nią uważniej - ta drobna, uparta kobieta, która twierdziła, że jest moją żoną, najwyraźniej nie wahała się sięgnąć po rzeczy, których inni unikaliby szerokim łukiem, dla mnie - kącik ust drgnął mi w lekkim, krzywym uśmiechu. To była bezwzględność, a bezwzględność w obronie własnego człowieka była czymś, co potrafiłem zrozumieć.
- Rozumiem. - Kiwnąłem głową, bardziej dla siebie niż dla niej. Wychowałem się wśród ludzi, którzy mieli długą historię publicznej poprawności i prywatnych wyjątków - o moralności mówili dużo, ale praktykowali ją wybiórczo. W domu, w którym czysta krew była ważniejsza niż czyste ręce, przemoc nie była sensacją - była narzędziem, a zakazana magia nie była straszakiem - była środkiem do celu, może nie mówiło się o niej przy herbacie, ale istniała, obecna, namacalna. - Czyli mam żonę z… Ciekawymi zainteresowaniami. - Stwierdziłem spokojnie. Nie byłem święty, nigdy nie udawałem, że jestem, a wizja partnerki, która nie boi się ubrudzić rąk magią, która nie mieści się w podręcznikowych definicjach, nie gorszyła mnie ani trochę, więc kiedy zasugerowała, że użyła czegoś więcej niż igły i bandaża, nie musiała kończyć zdania, zrozumiałem - to nie była czysta, elegancka magia uzdrowicielska, którą pokazuje się studentom na pokazowych zajęciach, taka nigdy by nas tutaj nie doprowadziła, byłaby zupełnie bezużyteczna.
Drugi raz wzruszyłem ramionami, niby obojętnie, ale spojrzenie miałem już zupełnie inne, ciemniejsze, bardziej świadome. Zakazana magia nie była mi obca, nie była dla mnie egzotyką, nie była też świętością - była narzędziem, jak każde inne - może nie używałem jej bezmyślnie, ale nie należałem do ludzi, którzy udają, że nie istnieje. Nawet spoglądając na to z dystansu, z chłodnej, racjonalnej perspektywy, wciąż nie zamierzałem dociekać, zwłaszcza na potrzeby moralizatorskie, zagłębiać się w motywy i konsekwencje, bo to wszystko było logiczne - jeśli ktoś miał odpowiednie umiejętności i wystarczającą determinację, żeby ich użyć, to dlaczego miałby się powstrzymywać? Patrząc na całe moje życie, na decyzje, które podejmowałem, na to, jak funkcjonowałem - oburzenie byłoby hipokryzją, a hipokryzji nie znosiłem.
Gdybym wychował się gdzie indziej, wśród ludzi, którzy mdleją na dźwięk słowa „nekromancja”, pewnie powinienem był się oburzyć - może powinienem wygłosić wykład, przywołać porządek natury, równowagę, konsekwencje, ale wychowałem się tam, gdzie magia była narzędziem, a narzędzia się wykorzystuje. Wśród ludzi, którzy oficjalnie gardzili „nieczystymi praktykami”, a prywatnie trzymali w biblioteczkach tomy oprawione w skórę, których rzekomo nie posiadali, mieli wiele zasad, ale jeszcze więcej wyjątków od tych zasad. Dorastałem w tym bez złudzeń, moralność była zatem dla mnie raczej kwestią narracji, nie czymś czarno-białym, co ktoś mógł komuś narzucić.
Przesunąłem językiem po zębach, powoli, niemal leniwie, jakbym smakował tę informację, ale potem coś we mnie drgnęło. Ten cholerny pociąg, ta przestrzeń pomiędzy robiła ze mną coś dziwnego - czułem to pod skórą - rozciągała emocje w nienaturalny sposób, rozluźniała jedno, wyostrzała drugie, nakładała na mnie kolejne warstwy filtrów, jakby niektóre uczucia były dalej od powierzchni, inne bliżej, łagodniejsze i ostrzejsze, zarazem mniej i bardziej kontrolowane. Może to było to miejsce, to dziwne zawieszenie między tym, kim byłem, a kim podobno jestem, może fakt, że jeśli rzeczywiście byłem jej mężem - a wszystko wskazywało na to, że mogło tak być - to pewne rzeczy powinny mnie obchodzić bardziej, niż chciałem przyznać, ale brak wspomnień był swoistym buforem. Reakcje, które powinny być gwałtowne, były stłumione - te, które powinny być obojętne, nabierały ciężaru.
- Hm. - Nie było w tym zgorszenia, raczej… Uznanie. Dopiero po chwili westchnąłem cicho, bardziej trzeźwo. - Pytanie brzmi - dodałem z przekąsem - czy powinienem być teraz na ciebie zły? - Przechyliłem głowę, przyglądając się jej uważniej. - Nie o to, co umożliwiło ci wparowanie do jakiegoś liminalnego pociągu między życiem a śmiercią. Nie o to, że zaczęłaś podważać moją percepcję rzeczywistości, oskarżyłaś mnie o nieautoryzowane umieranie i zasugerowałaś, że jesteśmy świeżo po ślubie. - Wzruszyłem ramionami, nie, nie chodziło mi o jej „hobby”, ani naszą odrobinę irracjonalną rozmowę, w której zdecydowanie nie zachowywaliśmy się jak przykładna para, tylko o coś, co powinno być znacznie bardziej wkurwiające, bo mogło skończyć się naprawdę tragicznie. - Jeśli naprawdę jestem twoim mężem, to chyba wypadałoby, żebym był wściekły o twoje samobójcze skłonności do rzucania się pod pociąg. Nawet jeśli to metaforyczno-metafizyczne tory. - Westchnąłem cicho, jakby sam fakt, że to mówię, był dla mnie czymś nowym. Słowo „samobójcze” zawisło między nami ciężej, niż planowałem, sam nie byłem pewien, skąd to się wzięło - to miejsce robiło dziwne rzeczy z moimi reakcjami. Przez sekundę przyglądałem się jej uważniej, próbując dopasować tę wersję siebie do tego, kim czułem się teraz, bo nawet jeśli brakowało mi wspomnień, pewne rzeczy wiedziałem o sobie instynktownie, były wpisane w kręgosłup, w sposób stania, w ton głosu. Nie byłem człowiekiem, który łatwo oddawał komuś pierwsze skrzypce, wychowano mnie tak, żeby siłę traktować jak obowiązek, nie jak coś godnego pochwały i kapitulacji, a jednak w tej chwili nie czułem potrzeby podważać jej działań ani ich moralności, narzucając własne racje. Drażniło mnie jej ryzyko, a jednocześnie fascynowało - jedna część mnie była pod wrażeniem, druga chciała nią potrząsnąć - w tym także czułem się skołowany.
- Nie musiałaś - zawahałem się na ułamek sekundy - nie musiałaś brać tego na siebie. - Wiedziałem jednak, że to puste zdanie - oboje wiedzieliśmy - gdyby sytuacja się odwróciła, a ja miałbym jakiekolwiek opcje, nawet mgliste, zrobiłbym dokładnie to samo, bez pytania, bez konsultacji, bez oglądania się na konsekwencje. Wiedziałem też, że ona również wolałaby, żeby to wszystko było tylko figurą retoryczną, „umierałeś” znaczyło „przestraszyłeś mnie”, a nie „trzymałam twoje ciało i liczyłam oddechy”, przez to znowu poczułem coś, czego nie lubiłem - ciężar.
Parsknąłem cicho, kiedy nazwała siebie wariatką, jakby to była największa ujma na honorze w całej tej historii, oparłem się wygodniej o siedzenie, przez chwilę tylko na nią patrząc, z tym lekkim, krzywym uśmiechem, który zwykle zwiastował, że coś mnie bawiło bardziej, niż powinno. Mrużyła oczy, analizowała, ważyła słowa - to nie była kobieta, która skacze bez siatki bezpieczeństwa, to było widać w sposobie, w jaki oddychała - spokojnie, ale z napięciem pod powierzchnią - nie, nie była obłąkana, zdecydowanie nie. Przesunąłem dłonią po karku, odchylając głowę minimalnie w tył, spojrzałem na nią, kiedy sprostowała kwestię ryzyka. To, że łamała dla mnie prawo, przekraczała granice, wchodziła w przestrzenie, których rozsądni ludzie nie dotykali, nie przerażało mnie. Było w tym coś znajomego - coś, co rozumiałem instynktownie - świat, w którym się wychowałem, nie był miejscem dla delikatnych moralnych skrupułów. Granice były po to, żeby je przesuwać, najwyraźniej oboje mieliśmy identyczne zdanie na ten temat, ten sam sposób postępowania.
Zmrużyłem lekko oczy, kiedy powiedziała o osobnych kartotekach, pochyliłem się minimalnie w jej stronę, opierając łokcie na kolanach, nadal siedzieliśmy naprzeciwko siebie, ale odległość nagle wydawała się mniejsza, albo ja przestałem ją respektować w zupełnie inny sposób, niż wcześniej - nie prowokacyjnie, tylko mimowolnie ulegając temu magnetyzmowi, jaki wreszcie zacząłem w pełni dostrzegać. To bez wątpienia nie była całkowicie zwykła podróżna.
- Czyli jednak nie jesteśmy legendarnym duetem z listu gończego. - Mruknąłem pod nosem. - Jeszcze. - Kącik ust uniósł mi się odruchowo, a kiedy dodała, że byliśmy partnerami, doskonałymi, we wszystkim, coś we mnie drgnęło mocniej, niż powinno. Przyjrzałem jej się uważniej. - We wszystkim? - Powtórzyłem ciszej, jakbym testował smak tych słów - nie brzmiała jak ktoś, kto rzuca komplementami na wiatr, nie było w niej egzaltacji, była pewność, spokojna, uporządkowana, niemal zawodowa, to było… Niepokojąco przekonujące.
- Wiesz, że brzmi to jak początek bardzo złej legendy rodzinnej? „I wtedy twoja matka postanowiła włamać się do zaświatów, bo ojciec nie raczył poczekać”. - Parsknąłem, po czym zerknąłem na drzwi wagonu, potem na okno - krajobraz rozmywał się w ruchu, jakby w ogóle nie istniał - miejsce pomiędzy, bez przystanków, bez zapowiedzi, bez stacji pośrednich. - Nawet jeśli niekoniecznie ci się to podoba, wciąż brzmi jak ryzykanctwo, ale niech ci będzie, możemy to nazwać, hm, determinacją. Zadowolona? - Przyjrzałem jej się jeszcze raz - była napięta, chociaż próbowała tego nie okazywać, gotowa, przerażona, uporczywie spokojna. „Determinacja”, to słowo pasowało do niej lepiej. Determinacja nie była chaosem, była wyborem.
„Nie obchodzi mnie to, co może to ze sobą nieść, może boleć, nie boleć, nie interesuje mnie to, chcę po prostu, żebyśmy się stąd wydostali”. Popatrzyłem na nią przez moment tak, jakbym próbował zdecydować, czy właśnie usłyszałem poważne wyznanie, czy propozycję, żebyśmy bez przygotowania weszli do nawiedzonej piwnicy. Nie było w niej tej drobnej satysfakcji, że „a nie mówiłam”, nie było wyrzutu. Przesunąłem dłonią po szczęce, czując znajome napięcie, o którym wspominała - zaciskałem ją, kiedy coś mnie uwierało - jeśli to była prawda, znała mnie zbyt dobrze jak na kogoś obcego. Wzruszyłem ramionami, chociaż ten ruch był mniej obojętny, niż chciałem, już bez tej ostrej defensywy, która towarzyszyła mi od początku - coś w tym wszystkim zaczynało się układać, nawet jeśli nadal brzmiało jak opowieść z pogranicza absurdu.
Obserwowałem moment, gdy jej wzrok opadł na moją wyciągniętą dłoń, przez ułamek sekundy przemknęła mi przez głowę myśl, że może się zawaha, cofnie palce, zostawi mnie z tą ręką zawieszoną w powietrzu jak idiotę - nie zrobiła tego - podciągnąłem ją lekko do góry, aż stanęła naprzeciwko mnie. Różnica wzrostu stała się jeszcze bardziej oczywista - kiedy się wyprostowała, jej głowa znalazła się na wysokości mojego obojczyka - musiałem opuścić wzrok, żeby złapać jej spojrzenie, jednocześnie unosząc brew.
- Aha. - Spojrzałem na nią z góry, z cieniem rozbawienia w oczach, ktoś z nas faktycznie musiał mieć te długie nogi, jeszcze chwilę wcześniej siedzieliśmy jak przeciwnicy przy stole negocjacyjnym, teraz nasze ciała niemal się stykały. Puściłem jej rękę dopiero po chwili - nie dlatego, że chciałem, tylko dlatego, że musiałem - zerknąłem w stronę drzwi, w kierunku możliwego wyjścia z tej pędzącej, absurdalnej rzeczywistości, kiwając do siebie głową, serce biło mi szybciej, chociaż nie było tu wiatru, nie było wysokości, nie było jeszcze krawędzi, a jednak czułem, że stoimy dokładnie na niej - tylko że niewidzialnej. Spojrzałem przed siebie, potem z powrotem na moją towarzyszkę.
- Czyli najpierw święto, potem sąd kapturowy. - Mruknąłem, krzyżując ręce na piersi, jakbym właśnie negocjował warunki kapitulacji. - To bardzo wielkoduszne z twojej strony. Uspokaja mnie to, naprawdę. - Wyprostowałem się w przejściu między fotelami, przyglądając jej się z tą uważnością, która wracała do mnie falami - faktycznie - nie wyglądała na kogoś, kto potrafi krzyczeć bez sensu, raczej na taką kobietę, która usiądzie naprzeciwko, splecie dłonie i zacznie mówić spokojnie, aż człowiek sam zacznie się przyznawać, a to było bardziej niebezpieczne niż furia. - Oczywiście, że nie. Milczenie jest wstrętną zagrywką, zupełnie poniżej pasa. - Pokręciłem głową, westchnąłem, przecierając dłonią kark. Może to i lepiej, bo zdecydowanie nie lubiłem podchodów, nigdy, zbyt wiele w życiu opierało się na półsłówkach, niedopowiedzeniach, eleganckich unikach - w moim domu nikt nie mówił wprost, a każde zdanie miało drugie dno, nauczyłem się to czytać, nauczyłem się to stosować, ale to nie znaczyło, że to szanowałem. - Ty raczej wyglądasz na kogoś, kto siada naprzeciwko i mówi „porozmawiajmy”, a potem człowiek wolałby jednak to milczenie. - Nie było w tym złośliwości, raczej dziwna czułość, jakby sam fakt, że planowała mi „nieco wyrzucić” w swoim stylu, był czymś… Normalnym, domowym, intymnym. - Następnym razem postaram się umierać w sposób bardziej komunikatywny. - To był żart, albo raczej próba rozluźnienia atmosfery, tak naprawdę nie podobała mi się jakakolwiek opcja z umieraniem, jawnym czy niejawnym, nieważne, jak skomentowanym i opłaconym.
Uśmiechnąłem się krzywo, po czym uniosłem lekko brew, jakbym właśnie wygrał jakąś zupełnie absurdalną dyskusję.
- To bardzo dobry argument. - Powtórzyłem z powagą, która nie miała prawa być poważna. - W takich okolicznościach należy dbać o morale zespołu.
„Zespół”, brzmiało bezpieczniej niż „małżeństwo”, chociaż gdzieś z tyłu głowy to słowo już przestało mnie uwierać. Kiedyś byliśmy przyjaciółmi - tak twierdziła - potem rywalami, jedno i drugie uczyło droczenia się bez litości, co robiłem instynktem. Patrzyłem na nią chwilę dłużej, niż powinienem - nie dlatego, że informacja o mojej racji na temat lęku wysokości mnie zaskoczyła, zaskakujące było to, że wcale mnie nie zaskoczyła, po prostu była, osadzona głęboko, nienegocjowalna. To brzmiało jak coś, co wiedziałem od zawsze, jak szczegół, który powinien być wpisany w instrukcję obsługi posiadania drugiej połówki, razem z czymś życiowo-prozaicznym w stylu tego, że nie pije kawy po zmroku i zawsze poprawia rękaw bluzki, kiedy się denerwuje. Skąd? Nie miałem pojęcia, a jednak było to we mnie jak oczywistość. Tak jak to, że była śliczna, nie w oczywisty sposób, nie jak porcelanowa lalka z salonu czystokrwistych panien - była żywa, zadziorna, z tym błyskiem w oku, który mówił, że jeśli coś postanowiła, to świat mógł się dostosować, i jeśli trzeba, zamierzała wskoczyć ze mną w przepaść, choćby trzęsły jej się kolana.
- Czyli plan „na płaza” odpada. - Westchnąłem teatralnie. - Dobrze, żadnych żab, ropuch i innych takich. Żadnego rechotu po drodze. Bez happy endu na lilii wodnej. - Uśmiechnąłem się krzywo, specjalnie przeciągając ciszę o sekundę dłużej, niż było to wskazane. - Choć uważam, że byłabyś bardzo eleganckim gatunkiem. Atelopus barbotini? - Stwierdziłem z powagą, która była o włos od karykatury, i przez moment naprawdę rozważałem, czy nie pociągnąć tego wątku tylko po to, żeby zobaczyć, jak bardzo się zirytuje - wtedy z pewnością odwrociłbym jej uwagę od wysokości - prawda? Bała się, to było widać nie tylko w słowach, lecz i w sposobie, w jaki napięła ramiona, w tym minimalnym skróceniu oddechu, w tej dumnej, zbyt prostej postawie, która mówiła więcej niż przyznanie się do lęku. Spojrzałem na nią z góry, z tym samym błyskiem, którym pewnie kiedyś prowokowałem ją do pojedynków na riposty, po czym zrobiłem pół kroku bliżej - nie gwałtownie, nie prowokacyjnie - naturalnie, jakby to było najbardziej oczywiste miejsce, w którym powinienem stać. Może jej nie pamiętałem, nie miałem dostępu do wspólnych wspomnień, do detali, do tego całego „od lat”, ale moje ciało najwyraźniej nie potrzebowało instrukcji obsługi, i odruchowo ponownie ująłem jej rękę, lekko ją ściskając.
- „Na równi”. - Powtórzyłem, krzywiąc się lekko. - Przestań. - Popatrzyłem na nią tak, jakby właśnie oznajmiła mi, że nie umie latać na smoku, a ja serio liczyłem na pokaz akrobacji, pokręciłem głową z niedowierzaniem, ale w kąciku ust czaił mi się uśmiech. - Kochanie, ty jesteś trzydzieści centymetrów poniżej równi. Już na starcie to nie jest równy układ. - Kącik ust drgnął mi w tym charakterystycznym półuśmiechu. - To ja mam obowiązek robić kroki. Dosłownie. Czysta biomechanika. - Wzruszyłem ramionami, nie zamierzając ukrywać tego, że skoro miałem długie nogi, a ona nie, oboje mogliśmy z tego skorzystać - byliśmy w końcu partnerami, czyż nie? Poza tym, ona miała własne zalety, cały szereg zalet, nie musieliśmy być tu tacy sami, różnorodność była znacznie lepsza, zawsze tak uważałem.
- To „na równi” możemy wykreślić z planu, okej? - Machnąłem ręką lekko. - Na równi to się dzieli rachunki w tawernie, a nie skacze w nieznane z kimś, kto najwyraźniej jest na tyle uparty, żeby włamać się do czyjejś ostatniej podróży. - Zerknąłem na nią z ukosa. - Słuchaj. Już zrobiłaś swoją część. Sam fakt, że tu jesteś, to był twój skok. Reszta to tylko… Technikalia. - Uśmiechnąłem się szerzej, z tą miększą nutą, której zwykle nikomu nie pokazywałem. - Ja zrobię krok. Ty możesz się wtulić, zamknąć oczy i udawać, że to tylko głupia huśtawka. - Pochyliłem się nieco bliżej, obniżając głos. - Na pewno się kiedyś huśtałaś. Każdy się huśtał. Nie mów mi, że panna „byłam zawsze obok” ominęła ten etap dzieciństwa, hm? - Zawahałem się ułamek sekundy, kącik ust drgnął mi wyżej, wiedziałem, gdzie nacisnąć, żeby się oburzyła, gdzie zażartować, żeby prychnęła, gdzie puścić oko, żeby przestała się spinać, to było jak jazda na miotle - ciało pamiętało, nawet jeśli głowa nie nadążała - jeżeli to, co mówiła, było prawdą, to musieliśmy mieć za sobą coś tak zwyczajnego jak huśtawka, a to była całkiem dobra metafora unoszenia się i gwałtownego spadania.
- Byliśmy kiedyś na huśtawce? - Zapytałem z półuśmiechem. - Jeśli byliśmy nierozłączni, to istnieje bardzo realna szansa, że przynajmniej raz się o nią pokłóciliśmy.
Ja lubiłem wysokość, to było dziwne, że nie pamiętałem wielu rzeczy, ale to czułem wyraźnie - wysokość była wolnością - zdecydowanie lubiłem ten moment, kiedy grunt znika spod nóg, a ty jeszcze przez ułamek sekundy wisisz między jednym a drugim. Latanie, wspinanie się tam, gdzie inni nie chcieli albo nie potrafili, stanie na krawędziach dachów tylko po to, żeby poczuć, jak powietrze świszcze w uszach. Im wyżej, tym czyściej, tym mniej ludzi, z góry wszystko wydawało się prostsze, mniejsze, łatwiejsze do ogarnięcia, wysokość dawała perspektywę, kontrolę, czułem się w niej… Swobodnie.
- Więc zróbmy tak. Ty udajesz, że to huśtawka. Ja udaję, że to kolejny głupi pomysł, który i tak mi się spodobał. A jeśli mnie puścisz w ostatniej chwili - dodałem ciszej - to będę ci to wypominał przez następne kilkadziesiąt lat. O ile, rzecz jasna, mamy te kilkadziesiąt lat i nie ściemniasz. - Mrugnąłem do niej. Uniósłszy brew, nachyliłem się w jej stronę bez ostrzeżenia, zatrzymując się tuż przed ustami. Przyjaźń. Napięcie. Nienawiść. Miłość. „Nie wolno nam”, „nie powinniśmy”, „za późno”, „za wcześnie”, „za bardzo”. Sięgnąłem dłonią do jej talii, lekko, pewnie, nie sprawdzając, czy mogę - z tą pewnością, która zakładała, że jeśli naprawdę jest moją żoną, to nie muszę się zastanawiać, czy mogę, żadne z nas nie musiało.
- Skoro to buziak na drogę. - Mruknąłem, nachylając się bliżej, niżej, prawie stykając nasze czoła. - To powinniśmy zadbać o jakość wykonania. W końcu reprezentujesz nasze małżeństwo. - Rzuciłem z cieniem rozbawienia, chociaż brzmiało to zbyt szczerze, jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą kwestionował wszystko. Nie pamiętałem wspólnej historii, nie pamiętałem ślubu, nie pamiętałem lat napięcia i nienawiści, które podobno musiały się wydarzyć, żebyśmy skończyli tutaj, ale pamiętałem smak jej ust sprzed chwili - i to było wystarczająco konkretne.
- To tylko sekunda. - Zamiast ją jednak całować, dodałem cicho, poważniej, niż wcześniej. - Najgorsza jest przed. Potem już się leci. - Zrobiłem krótką pauzę, spojrzenie zsunęło mi się na jej twarz, potem niżej, po czym wróciło do oczu. - Przysięgam. Postaram się nie rechotać w drodze w dół. - Uniosłem kącik ust, zanim zdążyłem to powstrzymać.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)