– Składałam przysięgę, że będę chronić życie. Powiedz mi, Jonathanie, co złego jest w ratowaniu czyjegoś zdrowia? Taki jest mój zawód, uzdrowicielstwo… no, jeden z zawodów. Czy w szpitalu zadają pytanie ile razy ich pacjent złamał prawo, czy jednak próbują co mogą, by uratować jego życie? Jestem uzdrowicielem, nie sędzią – i zamierzała sędzią zostawić temat osądzania przewinień innych, ją to nie interesowało. To znaczy… oczywiście że w swojej moralności wolałaby pomóc komuś, kto czyni „dobro”, a nie „zło”, ale jak było wszem i wobec wiadomo – było to pojęcie mocno względne, natomiast chodziło o jej własną ocenę tego, co jest odpowiednie, a co nie. Tym niemniej… zwykle nie zadawała pytań, jeśli chodziło o przyjaciół czy znajomych. To znaczy nie takich z serii „dla kogo to robiłeś/przy okazji czego sobie to zrobiłeś”, bo oczywiście, że zadawała pytania. Ale takie, które miały pomóc jej rozeznać się w sytuacji. No a poza tym… były gorsze rzeczy niż śmierć.
Odłożyła w końcu swoją filiżankę na talerzyk i uśmiechnęła się pogodnie do Anthonego, który w końcu odezwał się, po tym zdecydowanie zbyt długim milczeniu. Oczywiście – rozumiała to wszystko. Nadal uważała, że to nie w uzdrawianiu tkwił problem, a w innych, mniej legalnych rzeczach, ale hej – rozmawiali właśnie z osobą, której, cóż, wielokrotnie zdarzyło się… włamać do grobowca. I nie chodziło wcale o starożytne miejsca pochówku w Egipcie, nie nie. Mówiliśmy o Angli. Na przykład o grobowcu na cmentarzu, nie o wykopaliskach. Ale nie zamierzała się do tego przyznawać, ani do tego, że takiego włamania dokonała z takim jednym Shafiqiem i to w to lato… Za to uśmiechała się do Anthonego tym swoim uśmieszkiem, który nie miał w sobie nic z niewinnego aniołka.
– Tony, wy Anglicy jesteście dla moich egipskich oczu tak strasznie podobni, naprawdę myślisz, że rozróżnię jedną osobę od drugiej? – parsknęła, bo oczywiście nie mówiła na poważnie (chociaż Azjatów za cholerę od siebie nie rozróżniała), ale była gotowa taką ściemę sprzedać komu trzeba. Łącznie z tym, że wcale nie potrafi mówić po angielsku. – Ludzi zza granicy często nie bierze się tak bardzo na poważnie. Wiesz, inna kultura, inny język. Wystarczy się uśmiechnąć, udać, że się nie rozumie… – wzruszyła ramionami. – Ja już podjęłam to ryzyko. I nie zmieniłabym mojej decyzji – dodała nieco bardziej miękko, po czym jej spojrzenie na powrót wróciło na Jonathana. Nefret nie potrafiła odmawiać, gdy prosił ją o coś ktoś z bliższych znajomy, choć w tym wypadku nawet nie chciałaby odmówić, sam fakt, że czuła w sobie powinność do tego, by chronić ludzi, był tu wystarczający. – Jestem zdecydowana. Tylko, że jest jedna rzecz… Uzdrowicielstwo to jedno, ale leczenie w większości przypadków opiera się na podawaniu eliksirów. Jestem w stanie zakupić jakieś ilości, ale jeśli będą zbyt duże, to się może wydać aż za bardzo podejrzane i to pomimo tego, że na co dzień pracuję jako uzdrowiciel na wykopaliskach. A nie znam się na ich tworzeniu – miała nadzieję, że mężczyźni załapali o co jej chodzi, tym bardziej, jeśli zależało im na dyskrecji sprawy. No i nie spała na górze galeonów mimo wszystko, miała ograniczone zasoby pieniędzy.
No a potem odwróciła się ponownie do Anthonego i uśmiechnęła chytrze. Bardzo chytrze.
– Ale wiesz, w zamian za to wszystko, mój drogi Anthony, naprawdę potrzebuję zwolnienia od mamy, że musiałam wyskoczyć na godzinę i porzucić posterunek w środku dnia. A że moja mama jest daleko… sam rozumiesz. Takiego na piśmie. Oficjalnego. Z autografem. Obejdzie się bez pieczęci – paplała. Jonathan myślał o grajku pod oknem, a było to zupełnie niepotrzebne, bo Guinevere, gdy chciała (a teraz chciała bardzo), sama w sobie potrafiła zrobić mały chaos i to tylko po to, by podrażnić się z Shafiqami. Głównie to z Anthonym, ale już widziała minę Cathala. I aż sobie nawinęła kosmyk długich włosów na palec. – Pisz, pisz.