15.02.2026, 12:34 ✶
Londyn, 17.09.1972 r.
A wiesz... zaniepokojona jestem. Dziś nad ranem odkryłam w sobie brak - a tenże brak pozostawał niezwykle irytujący w swojej formie i swym kształcie.
Ciut za bardzo, aby to puścić go mimo uszu, pozwalając ulecieć niczym sierpniowy wiatr.
Otóż sęk w tym, że przy moim domostwie kręci się Bies, a ten żniwa swe zbiera obfite.
I nie bądź że naiwny, że ten chadza jedynie po lasach i z lasu wyjścia nie zna.
Otóż Bies, tenże Bies z lasu wyjść potrafi i potrafił niejednokrotnie.
A jeśli nie Bies to i inne maszkary zdobią ciemne, oblepione brudem ludzkiego umysłu i czynu, ulice.
Karmiąc się pychą i grzechem, stąpając ociężale w poszukiwaniu swych ofiar.
I tak ten brak wprawia mnie w frustrację, podkopując wszak moje kwalifikacje - może już nie używane co prawda zawodowo, bo zajęłam się prawem żywych - ale życiowo, życiowo jak najbardziej.
Bo kto postanowił czerwoną nić przeznaczenia choć raz spleść ze światem ezoterycznym, ten już w tym świecie pozostanie.
Bo widzisz, piszę do Ciebie, abyś być może znalazł dla mnie trochę czasu - a być może ciut więcej niż trochę. Jeżeli oczywiście zechcesz, mi zaś zależy szalenie.
Jakbyś mógł pochylić się nad moją duszą i uraczyć swą mądrością z dziedziny run.
Znam ich kilka, być może kilkanaście, wszak Frida - ta z Norwegii, nie te najdroższe dziecię o którym Ci opowiadałam, nauczyła mnie ich - bo te najczęściej używałyśmy w pracy.
A jednak czuję, że znam ich niewystarczająco - A ty, jako mój przewodnik, w swej wręcz ojcowskiej marudności niemal patronus, mógłbyś i tego mnie nauczyć.
Byłabym spokojniejsza, ciut szczęśliwsza, w jakiś sposób pełniejsza.
Twoje ulubione, chociaż niewdzięczne, dziecię
Scarlett