15.02.2026, 20:02 ✶
– Masz rację – zgodził się Cathal, bez choćby chwili zastanowienia czy upierania przy swoim. Dlaczego? Bo widok tej czerwieni, świec i ołtarza, rzeczy, jakie przywykł badać, nawet jeśli w innych okolicznościach, go rozproszył, a Guinevere przypomniała mu, że przecież chciał bębniarza zamordować. A jeżeli nie zamordować, to przynajmniej porządnie obić mu gębę lub teleportować gdzieś na pustynię i zabrać różdżkę. Nie mógł tego zrobić, póki nie ustalą tożsamości właściciela tego wszystkiego. – Może kiedy przyjrzymy się temu wszystkiemu, uda się coś ustalić.
Na pytanie kobiety odpowiedział dopiero po kilkunastu sekundach, podczas których zawiesił się na odtwarzaniu swoich wizyt w tym miejscu. Odgłos bębnów znów rozbrzmiał wyraźnie w jego głowie, i znów wraz z nim powróciła chęć mordu.
– Przed Spaloną Nocą nic się nie działo. Dzień po niej, kiedy zabierałem rzeczy, nic nie słyszałem, a potem nie byłem tutaj ładne dwa tygodnie. Pierwszy raz usłyszałem je pod koniec września i to powtórzyło się przy kolejnej wizycie. Sąsiad twierdził, że on niczego nie słyszy – stwierdził, wpatrując się w znienawidzony bęben, i z pewnym trudem powstrzymując chęć jego rozwalenia. Skrzywił się na wzmiankę o Jamilu, zaprzyjaźniającym się z duchami, co, niestety, było całkiem możliwe, ale nie odpowiedział, bo jego uwagę przyciągnęły bardziej kolejne słowa kobiety. Oderwał spojrzenie od ołtarzyka, by utkwić je w McGonagall.
– Binnsowie? – spytał, tknięty nagłym przeczuciem, bo przecież brzmiało to trochę jak opis czegoś, czego sam doświadczył, ledwo kilka dni temu. Złośliwe sztuczki duchów, przez które spędził noc w bardzo zimnym, i bardzo brudnym pomieszczeniu, nieświadom zupełnie, gdzie śpi. A przynajmniej zakładał, że tak było, bo niezbyt wierzył, że przeniósł się w czasie, w przeszłość. Szybko jednak uznał, że było to dziwne zjawisko, które mogli omówić, kiedy zajmą się tym innym dziwnym zjawiskiem, bardziej problematycznym, bo znajdującym się w jego piwnicy… czy raczej pod jego piwnicą. – Mam, stary, ale powinien wystarczyć na początek. Część sprzętu zabrałem albo uszkodził go ten pył, ale w skrzyni znajdziecie się kilka rzeczy – skwitował i ruszył na górę. Bo pozostawało zabrać się do pracy.
A przynajmniej tak sądził.
Bo kiedy wrócili z powrotem – nie zajęło im to dłużej niż dwie minuty, wprawdzie w kamienicy mało kto teraz mieszkał, ale Shafiq nie chciał ryzykować, że ktoś wejdzie na dół – po klapie nie pozostał nawet ślad.
Na pytanie kobiety odpowiedział dopiero po kilkunastu sekundach, podczas których zawiesił się na odtwarzaniu swoich wizyt w tym miejscu. Odgłos bębnów znów rozbrzmiał wyraźnie w jego głowie, i znów wraz z nim powróciła chęć mordu.
– Przed Spaloną Nocą nic się nie działo. Dzień po niej, kiedy zabierałem rzeczy, nic nie słyszałem, a potem nie byłem tutaj ładne dwa tygodnie. Pierwszy raz usłyszałem je pod koniec września i to powtórzyło się przy kolejnej wizycie. Sąsiad twierdził, że on niczego nie słyszy – stwierdził, wpatrując się w znienawidzony bęben, i z pewnym trudem powstrzymując chęć jego rozwalenia. Skrzywił się na wzmiankę o Jamilu, zaprzyjaźniającym się z duchami, co, niestety, było całkiem możliwe, ale nie odpowiedział, bo jego uwagę przyciągnęły bardziej kolejne słowa kobiety. Oderwał spojrzenie od ołtarzyka, by utkwić je w McGonagall.
– Binnsowie? – spytał, tknięty nagłym przeczuciem, bo przecież brzmiało to trochę jak opis czegoś, czego sam doświadczył, ledwo kilka dni temu. Złośliwe sztuczki duchów, przez które spędził noc w bardzo zimnym, i bardzo brudnym pomieszczeniu, nieświadom zupełnie, gdzie śpi. A przynajmniej zakładał, że tak było, bo niezbyt wierzył, że przeniósł się w czasie, w przeszłość. Szybko jednak uznał, że było to dziwne zjawisko, które mogli omówić, kiedy zajmą się tym innym dziwnym zjawiskiem, bardziej problematycznym, bo znajdującym się w jego piwnicy… czy raczej pod jego piwnicą. – Mam, stary, ale powinien wystarczyć na początek. Część sprzętu zabrałem albo uszkodził go ten pył, ale w skrzyni znajdziecie się kilka rzeczy – skwitował i ruszył na górę. Bo pozostawało zabrać się do pracy.
A przynajmniej tak sądził.
Bo kiedy wrócili z powrotem – nie zajęło im to dłużej niż dwie minuty, wprawdzie w kamienicy mało kto teraz mieszkał, ale Shafiq nie chciał ryzykować, że ktoś wejdzie na dół – po klapie nie pozostał nawet ślad.