16.02.2026, 01:23 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.02.2026, 01:27 przez Benjy Fenwick.)
Jeszcze chwilę wcześniej śmiałem się z czegoś, czego już nie pamiętałem, z własnych słów albo ze spojrzenia Prue, które było zbyt miękkie i błyszczące jak na kogoś, kto przez ostatnie lata patrzył na mnie jak na błąd w obliczeniach. Teraz zamknąłem za nami drzwi wieży, trochę zbyt energicznie, a drewno odpowiedziało głuchym uderzeniem, które odbiło się głośnym echem gdzieś wysoko nad naszymi głowami, ale to też nie miało żadnego znaczenia, prawda - nic poza nią nie miało - śnieg topniał w jej włosach, kilka wilgotnych kosmyków przykleiło się do jej policzka, a ja, z powagą godną kogoś o wiele bardziej trzeźwego, uznałem to za najważniejszą rzecz, jaką należało natychmiast naprawić. Nie powiedziałem przy tym nic, ale nie dlatego, że nie miałem nic do powiedzenia, wręcz przeciwnie, miałem zbyt wiele, w dodatku alkohol uczynił ze mnie fatalnego cenzora. Tyle tylko, że nie czułem potrzeby wykorzystywania ust do zbędnego kłapania ozorem, gdy zamiast tego mogliśmy się całować.
Byłem pijany, niezaprzeczalnie - to była jedyna uczciwa wersja wydarzeń - mój umysł już nawet nie próbował nadążyć za tym, co się wydarzyło, układać tego w logiczną strukturę, przypisywać temu znaczenia, które nie byłoby groźne dla trzeźwej wersji nas dwojga, alkohol zbyt skutecznie sabotował tę operację, zostawiał mnie z samym faktem, że tego wieczoru coś się zmieniło i wcale nie chciałem wracać do przeszłości. Zdecydowanie wolałem być tu i teraz, otulony ciepłym oddechem, który czułem na swojej szyi, z ciężarem dłoni na mojej klatce piersiowej, którą Prue w pewnym momencie zatrzymała dokładnie nad moim sercem, jakby tym ruchem zamierzała sprawdzić, czy nadal działało prawidłowo - nie działało, biło zbyt szybko, zbyt nierówno, zdradzało mnie z beznadziejną szczerością, której nie mogłem kontrolować - i z tą jedną jedyną myślą, że to było śmieszne. Tak, to wszystko było śmieszne - te lata unikania się, chłodne spojrzenia, słowa rzucane jak zaklęcia ofensywne. Tak łatwo okazało się móc przekroczyć granicę, którą przez lata traktowaliśmy jak mur nie do ruszenia, tylko po to, żeby odkryć, że była zrobiona z papieru - cała ta starannie zbudowana konstrukcja dystansu rozpadała się teraz bez walki, jakby od początku była tylko dekoracją - to było całkiem przezabawne, ale przecież mogłem się z tego otwarcie śmiać, bo…
Byłem schlany, niedorzecznie mocno - czułem to w sposobie, w jaki moje ciało ignorowało zwyczajowe sygnały ostrzegawcze, a myśli nawet nie próbowały już wybiegać w przyszłość, nie analizowały konsekwencji, nie budowały żadnych bezpiecznych wyjść ewakuacyjnych. Nie pamiętałem momentu, w którym przestałem myśleć rozsądnie, prawdopodobnie wydarzyło się to gdzieś pomiędzy drugą butelką brandy a jej śmiechem, tym konkretnym śmiechem, który zawsze trafiał we mnie jak urok rzucony z bliska, lecz tym razem nie próbowałem go nawet odbijać od zbudowanej wokół siebie tarczy - całkowicie opuściłem osłony - zamiast tego odwzajemniłem wesołość Pruey, pozwalając sobie na zrobienie tego wszystkiego, o czym wcześniej myślałem wyłącznie w chwilach, które przedtem uznawałem za słabość - dziś nią nie były, dziś były naturalną konsekwencją wydarzeń między nami. Moje palce splotły się z chłodnymi palcami Prudence, bez pośpiechu, bez żadnej kalkulacji, i chociaż to było najbardziej podejrzane ze wszystkich możliwych stanów, w jakich mogłem się z nią znaleźć, bo oznaczało, że cały ten teatr dystansu, te starannie dobrane słowa, te konfrontacje, które były naszą specjalnością, zupełnie nie miały sensu… Naprawdę miałem to gdzieś.
Czułem to w głowie, w lekkim opóźnieniu każdego ruchu, w tej bezczelnej pewności, że nic mnie dzisiaj nie obowiązywało - nie było przeszłości, nie było przyszłości, nie było tego wszystkiego, co zwykle stawiało mnie pół kroku za nią, albo pół kroku przed nią, nigdy dokładnie obok niej. Teraz byłem dokładnie tam, gdzie trzeba, bo istniało tylko to miejsce, ta chwila, ona, my, ja. Świat nie miał ostrych krawędzi, wnętrze wieży astronomicznej było lekko przesunięte, jak obraz widziany przez wodę, jednak oczy Prudence błyszczały w półmroku inaczej niż zwykle, jaśniej, mocniej, bardziej otwarcie, bez tej ostrożności, którą nauczyliśmy się wobec siebie stosować. Wyglądały jak dwa światła latarni - to było najdziwniejsze i jednocześnie najbardziej oczywiste spostrzeżenie, jakiego kiedykolwiek dokonałem - zupełnie tak, jakby ich blask umożliwiał mi powrót do miejsca, którego nie pamiętałem, ale które mimo to należało do mnie bardziej niż cokolwiek innego. Uśmiechnąłem się szerzej, swobodnie, upojony nie tylko alkoholem, ale nią, tym momentem, tą możliwością, która nagle przestała być teorią, a stała się faktem.
Powinienem był przypomnieć sobie wszystkie powody, dla których trzymałem ją na dystans, wszystkie racjonalne konstrukcje, które budowałem latami, cegła po cegle, z perfekcyjną starannością, ale czułem jej dłonie na swojej klatce piersiowej i przez moment byłem absolutnie przekonany, że jeśli przestanie mnie dotykać, rozpadnę się na kawałki, rozsypię jak źle uformowana figura ze śniegu… Więc przyciągnąłem ją bliżej, bardziej instynktownie niż świadomie, aż nie było już między nami żadnej przestrzeni, żadnego miejsca na wątpliwości, na rozsądek, na cokolwiek poza tym jednym, konkretnym faktem - pachniała chłodem z zewnątrz i czymś znajomym, czymś, co pamiętałem lepiej niż własne wymówki, a ja cholernie, absurdalnie mocno chciałem otulić się tym zapachem.
Pocałowałem ją znowu, tym razem bez zawahania, bez tego mglistego wrażenia zdziwionej słuszności, które towarzyszyło wcześniejszym pocałunkom, teraz było w tym coś całkowicie oczywistego - coś, co pasowało do niej i do mnie bardziej niż wszystkie nasze kłótnie razem wzięte.
- Widzisz? - Wymruczałem gdzieś pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, opierając czoło o jej czoło, uśmiechając się w sposób absolutnie nieodpowiedzialny. - To było strasznie proste. - Mruknąłem cicho, z rozbawieniem, które nie miało w sobie ani grama żalu. Nie wiedziałem, czy mówiłem do niej, czy do siebie - może do tej części mnie, która przez lata udawała, że to niemożliwe, nie ma sensu, lepiej będzie trzymać się z dala, udając obojętność z taką przesadą, że aż zaczęła przypominać wrogość. Teraz wszystko to wydawało się śmieszne, prawie dziecinne, mogliśmy zrobić to już dawno temu, w końcu oboje tego chcieliśmy - było to najprostsze równanie, jakie kiedykolwiek rozwiązałem.
Byłem pijany, tak bardzo pijany, że nie istniało jutro, nie istniał poranek, nie istniał żaden świat poza tą wieżą, naszymi oddechami i tym cichym, elektrycznym napięciem, które przestało być napięciem, a stało się czymś prostym, czymś właściwym. To wszystko wydawało mi się tak bezsensownie właściwe, tak perfekcyjnie nieodpowiedzialne, że aż piękne. Uśmiechnąłem się znowu, pod nosem, całkowicie miękko, bez tej zwyczajowej ironii, bez maski, którą nosiłem jak drugą skórę - tak - byłem pijany, pijany na tyle, żeby nie pamiętać, dlaczego to wszystko było zakazane, pijany na tyle, żeby nie wierzyć w żadne konsekwencje, w żadne „później”, w żadnego mnie, który miałby się z tego wycofać, bo w tej chwili byłem absolutnie pewien jednej rzeczy - to miało sens, ona miała sens, i ja, po raz pierwszy od bardzo dawna, też. Znaliśmy się, mimo wszystko, mogliśmy być razem szczęśliwi, wystarczyło tylko, byśmy sobie na to pozwolili - to było takie łatwe.
Byłem pijany, niezaprzeczalnie - to była jedyna uczciwa wersja wydarzeń - mój umysł już nawet nie próbował nadążyć za tym, co się wydarzyło, układać tego w logiczną strukturę, przypisywać temu znaczenia, które nie byłoby groźne dla trzeźwej wersji nas dwojga, alkohol zbyt skutecznie sabotował tę operację, zostawiał mnie z samym faktem, że tego wieczoru coś się zmieniło i wcale nie chciałem wracać do przeszłości. Zdecydowanie wolałem być tu i teraz, otulony ciepłym oddechem, który czułem na swojej szyi, z ciężarem dłoni na mojej klatce piersiowej, którą Prue w pewnym momencie zatrzymała dokładnie nad moim sercem, jakby tym ruchem zamierzała sprawdzić, czy nadal działało prawidłowo - nie działało, biło zbyt szybko, zbyt nierówno, zdradzało mnie z beznadziejną szczerością, której nie mogłem kontrolować - i z tą jedną jedyną myślą, że to było śmieszne. Tak, to wszystko było śmieszne - te lata unikania się, chłodne spojrzenia, słowa rzucane jak zaklęcia ofensywne. Tak łatwo okazało się móc przekroczyć granicę, którą przez lata traktowaliśmy jak mur nie do ruszenia, tylko po to, żeby odkryć, że była zrobiona z papieru - cała ta starannie zbudowana konstrukcja dystansu rozpadała się teraz bez walki, jakby od początku była tylko dekoracją - to było całkiem przezabawne, ale przecież mogłem się z tego otwarcie śmiać, bo…
Byłem schlany, niedorzecznie mocno - czułem to w sposobie, w jaki moje ciało ignorowało zwyczajowe sygnały ostrzegawcze, a myśli nawet nie próbowały już wybiegać w przyszłość, nie analizowały konsekwencji, nie budowały żadnych bezpiecznych wyjść ewakuacyjnych. Nie pamiętałem momentu, w którym przestałem myśleć rozsądnie, prawdopodobnie wydarzyło się to gdzieś pomiędzy drugą butelką brandy a jej śmiechem, tym konkretnym śmiechem, który zawsze trafiał we mnie jak urok rzucony z bliska, lecz tym razem nie próbowałem go nawet odbijać od zbudowanej wokół siebie tarczy - całkowicie opuściłem osłony - zamiast tego odwzajemniłem wesołość Pruey, pozwalając sobie na zrobienie tego wszystkiego, o czym wcześniej myślałem wyłącznie w chwilach, które przedtem uznawałem za słabość - dziś nią nie były, dziś były naturalną konsekwencją wydarzeń między nami. Moje palce splotły się z chłodnymi palcami Prudence, bez pośpiechu, bez żadnej kalkulacji, i chociaż to było najbardziej podejrzane ze wszystkich możliwych stanów, w jakich mogłem się z nią znaleźć, bo oznaczało, że cały ten teatr dystansu, te starannie dobrane słowa, te konfrontacje, które były naszą specjalnością, zupełnie nie miały sensu… Naprawdę miałem to gdzieś.
Czułem to w głowie, w lekkim opóźnieniu każdego ruchu, w tej bezczelnej pewności, że nic mnie dzisiaj nie obowiązywało - nie było przeszłości, nie było przyszłości, nie było tego wszystkiego, co zwykle stawiało mnie pół kroku za nią, albo pół kroku przed nią, nigdy dokładnie obok niej. Teraz byłem dokładnie tam, gdzie trzeba, bo istniało tylko to miejsce, ta chwila, ona, my, ja. Świat nie miał ostrych krawędzi, wnętrze wieży astronomicznej było lekko przesunięte, jak obraz widziany przez wodę, jednak oczy Prudence błyszczały w półmroku inaczej niż zwykle, jaśniej, mocniej, bardziej otwarcie, bez tej ostrożności, którą nauczyliśmy się wobec siebie stosować. Wyglądały jak dwa światła latarni - to było najdziwniejsze i jednocześnie najbardziej oczywiste spostrzeżenie, jakiego kiedykolwiek dokonałem - zupełnie tak, jakby ich blask umożliwiał mi powrót do miejsca, którego nie pamiętałem, ale które mimo to należało do mnie bardziej niż cokolwiek innego. Uśmiechnąłem się szerzej, swobodnie, upojony nie tylko alkoholem, ale nią, tym momentem, tą możliwością, która nagle przestała być teorią, a stała się faktem.
Powinienem był przypomnieć sobie wszystkie powody, dla których trzymałem ją na dystans, wszystkie racjonalne konstrukcje, które budowałem latami, cegła po cegle, z perfekcyjną starannością, ale czułem jej dłonie na swojej klatce piersiowej i przez moment byłem absolutnie przekonany, że jeśli przestanie mnie dotykać, rozpadnę się na kawałki, rozsypię jak źle uformowana figura ze śniegu… Więc przyciągnąłem ją bliżej, bardziej instynktownie niż świadomie, aż nie było już między nami żadnej przestrzeni, żadnego miejsca na wątpliwości, na rozsądek, na cokolwiek poza tym jednym, konkretnym faktem - pachniała chłodem z zewnątrz i czymś znajomym, czymś, co pamiętałem lepiej niż własne wymówki, a ja cholernie, absurdalnie mocno chciałem otulić się tym zapachem.
Pocałowałem ją znowu, tym razem bez zawahania, bez tego mglistego wrażenia zdziwionej słuszności, które towarzyszyło wcześniejszym pocałunkom, teraz było w tym coś całkowicie oczywistego - coś, co pasowało do niej i do mnie bardziej niż wszystkie nasze kłótnie razem wzięte.
- Widzisz? - Wymruczałem gdzieś pomiędzy jednym pocałunkiem a drugim, opierając czoło o jej czoło, uśmiechając się w sposób absolutnie nieodpowiedzialny. - To było strasznie proste. - Mruknąłem cicho, z rozbawieniem, które nie miało w sobie ani grama żalu. Nie wiedziałem, czy mówiłem do niej, czy do siebie - może do tej części mnie, która przez lata udawała, że to niemożliwe, nie ma sensu, lepiej będzie trzymać się z dala, udając obojętność z taką przesadą, że aż zaczęła przypominać wrogość. Teraz wszystko to wydawało się śmieszne, prawie dziecinne, mogliśmy zrobić to już dawno temu, w końcu oboje tego chcieliśmy - było to najprostsze równanie, jakie kiedykolwiek rozwiązałem.
Byłem pijany, tak bardzo pijany, że nie istniało jutro, nie istniał poranek, nie istniał żaden świat poza tą wieżą, naszymi oddechami i tym cichym, elektrycznym napięciem, które przestało być napięciem, a stało się czymś prostym, czymś właściwym. To wszystko wydawało mi się tak bezsensownie właściwe, tak perfekcyjnie nieodpowiedzialne, że aż piękne. Uśmiechnąłem się znowu, pod nosem, całkowicie miękko, bez tej zwyczajowej ironii, bez maski, którą nosiłem jak drugą skórę - tak - byłem pijany, pijany na tyle, żeby nie pamiętać, dlaczego to wszystko było zakazane, pijany na tyle, żeby nie wierzyć w żadne konsekwencje, w żadne „później”, w żadnego mnie, który miałby się z tego wycofać, bo w tej chwili byłem absolutnie pewien jednej rzeczy - to miało sens, ona miała sens, i ja, po raz pierwszy od bardzo dawna, też. Znaliśmy się, mimo wszystko, mogliśmy być razem szczęśliwi, wystarczyło tylko, byśmy sobie na to pozwolili - to było takie łatwe.
![[Obrazek: 4GadKlM.png]](https://secretsoflondon.pl/imgproxy.php?id=4GadKlM.png)