16.02.2026, 20:23 ✶
Gdy tylko przekroczyli próg rezydencji, chłód październikowego wieczoru owinął się wokół nich przywodząc na myśl bardziej spirytystyczne doświadczenia. Ceolsige, przygotowana na tę ewentualność, jednym płynnym ruchem poprawiła pelerynę, którą narzuciła na ramiona jeszcze w korytarzu. Pióra w odcieniach głębokiej szarości i popiołu zaszumiały cicho, układając się warstwowo od obojczyków aż po talię, a ich aranżacja na plecach do złudzenia przypominała złożone skrzydła wielkiego ptaka.
Wsunęła dłoń pod ramię Anthony’ego, pozwalając, by pierzasty materiał zaszeleścił ocierając się na chwilę o jego bark. Jej ramie spoczęło swobodnie z dłonią skierowaną ku ziemi. Mimo szerokiego okrycia, odruchowo utrzymywała przystający kontakt, utrzymując między ich sylwetkami swobodną, acz niemal niedostrzegalną odległość. Jej krok był miarowy i dystyngowany, ciało emanowało odprężeniem. Wbrew temu, jej oczy ukryte za dziobem srebrnej maski nie próżnowały. Lustrowały cienie między krzewami, oceniały odległości między grupkami gości i badały ułożenie gałęzi. To mimowolna czynność, zamaskowana w wyrazie zauroczonej kontemplacji ogrodu.
Słysząc pytanie Anthony’ego, uśmiechnęła się pod maską. Było to uśmiech lekki, niemal prywatny, wywołany własnym spostrzeżeniem tego jak czujnie przygląda się cieniom pośród krzewów. Nawyki jej codziennego życia wydały się jej w tej chwili niemal groteskowo zabawne.
Przewróciła oczami w geście udawanego zaskoczenia. Gest, w który włączyła także delikatny ruch głową, świadoma masek i ich potencjału do ograniczania czytelności gestów.
– Jest pan niebezpiecznie spostrzegawczy, panie Shafiq – odparła, a jej głos współgrał z szelestem liści pod ich stopami. Niewielkie kłamstewko odnośnie sytuacji, choć komplement oddawał jej prawdziwe odczucia odnośnie zdolności mężczyzny. – Upiór... cóż, to postać tragiczna w najbardziej klasycznym sensie. Porzucił to, czego pragnął najbardziej, gdy tylko pojął, że sięgając po to, nieuchronnie by to zniszczył. Umarł razem ze swoją nadzieją, a ja, muszę wyznać, mam pewną słabość do takich bohaterów. - Mówiła od niechcenia gestykulując wolną dłonią w aurze drobnej pogawędki. Stara sztuczka pozwalająca ukrywać pełną wagę wypowiedzi. - To rzadki rodzaj uczciwości wobec własnej natury.
Zatrzymała się na moment przy jednym z krzewów czarnych róż, nachylając głowę. Pióra jej peleryny zafalowały.
– Cieszę się jednak, że pan Selwyn w drugiej części pozwolił sobie na więcej. W duetach wyraźnie tłumił swojego demona, jakby bał się, że jego partnerka po prostu pęknie pod ciężarem tego głosu. Dopiero solo znalazł ujście dla energii, która wcześniej go dusiła. To było... – zawiesiła głos, jakby szukała odpowiedniego słowa – ...budujące. Widzieć kogoś, kto nie boi się zewu własnej natury i znalazł przestrzeń by ją uwolnić.
Przesunęła wzrok z kwiatów na profil Anthony’ego, a jej ton stał się lżejszy, niemal zaczepny.
– Ale skoro mowa o widzeniu rzeczy takimi, jakimi są... Wspomniał pan o różach. Czy to oznacza, że cały ten wieczór, w pańskich oczach, jest jedynie studium czerni, szarości i srebra? – zapytała z autentycznym zaciekawieniem. Zaciekawieniem głownie jego odpowiedzią gdyż ograniczenia wydawały się znane bazując na "doradztwie" Lazarusa – Ciekawi mnie zakres tego pańskiego „małostkowego” przywileju. Czy to tylko kwestia barw, czy może świat w pańskim postrzeganiu traci przez to coś ze swojej... ostrości?
Wsunęła dłoń pod ramię Anthony’ego, pozwalając, by pierzasty materiał zaszeleścił ocierając się na chwilę o jego bark. Jej ramie spoczęło swobodnie z dłonią skierowaną ku ziemi. Mimo szerokiego okrycia, odruchowo utrzymywała przystający kontakt, utrzymując między ich sylwetkami swobodną, acz niemal niedostrzegalną odległość. Jej krok był miarowy i dystyngowany, ciało emanowało odprężeniem. Wbrew temu, jej oczy ukryte za dziobem srebrnej maski nie próżnowały. Lustrowały cienie między krzewami, oceniały odległości między grupkami gości i badały ułożenie gałęzi. To mimowolna czynność, zamaskowana w wyrazie zauroczonej kontemplacji ogrodu.
Słysząc pytanie Anthony’ego, uśmiechnęła się pod maską. Było to uśmiech lekki, niemal prywatny, wywołany własnym spostrzeżeniem tego jak czujnie przygląda się cieniom pośród krzewów. Nawyki jej codziennego życia wydały się jej w tej chwili niemal groteskowo zabawne.
Przewróciła oczami w geście udawanego zaskoczenia. Gest, w który włączyła także delikatny ruch głową, świadoma masek i ich potencjału do ograniczania czytelności gestów.
– Jest pan niebezpiecznie spostrzegawczy, panie Shafiq – odparła, a jej głos współgrał z szelestem liści pod ich stopami. Niewielkie kłamstewko odnośnie sytuacji, choć komplement oddawał jej prawdziwe odczucia odnośnie zdolności mężczyzny. – Upiór... cóż, to postać tragiczna w najbardziej klasycznym sensie. Porzucił to, czego pragnął najbardziej, gdy tylko pojął, że sięgając po to, nieuchronnie by to zniszczył. Umarł razem ze swoją nadzieją, a ja, muszę wyznać, mam pewną słabość do takich bohaterów. - Mówiła od niechcenia gestykulując wolną dłonią w aurze drobnej pogawędki. Stara sztuczka pozwalająca ukrywać pełną wagę wypowiedzi. - To rzadki rodzaj uczciwości wobec własnej natury.
Zatrzymała się na moment przy jednym z krzewów czarnych róż, nachylając głowę. Pióra jej peleryny zafalowały.
– Cieszę się jednak, że pan Selwyn w drugiej części pozwolił sobie na więcej. W duetach wyraźnie tłumił swojego demona, jakby bał się, że jego partnerka po prostu pęknie pod ciężarem tego głosu. Dopiero solo znalazł ujście dla energii, która wcześniej go dusiła. To było... – zawiesiła głos, jakby szukała odpowiedniego słowa – ...budujące. Widzieć kogoś, kto nie boi się zewu własnej natury i znalazł przestrzeń by ją uwolnić.
Przesunęła wzrok z kwiatów na profil Anthony’ego, a jej ton stał się lżejszy, niemal zaczepny.
– Ale skoro mowa o widzeniu rzeczy takimi, jakimi są... Wspomniał pan o różach. Czy to oznacza, że cały ten wieczór, w pańskich oczach, jest jedynie studium czerni, szarości i srebra? – zapytała z autentycznym zaciekawieniem. Zaciekawieniem głownie jego odpowiedzią gdyż ograniczenia wydawały się znane bazując na "doradztwie" Lazarusa – Ciekawi mnie zakres tego pańskiego „małostkowego” przywileju. Czy to tylko kwestia barw, czy może świat w pańskim postrzeganiu traci przez to coś ze swojej... ostrości?