16.02.2026, 23:52 ✶
Millie z pewnością miewała naprawdę kreatywne pomysłu.
Problem był tylko taki, że Basilius nie wiedział, czy powinien uważać je za urocze, czy raczej za powolne metody tortur.
Bo w pierwszej chwili jej pomysł naprawdę brzmiał dobrze. Kupić każdemu z nich po trzy drobiazgi. Nic łatwiejszego. Na pewno w sklepach znajdzie się coś, co przykuje jego uwagę i rozbawi jego towarzyszy... Ha.. Ha...
Tylko, że właśnie kurwa nie.
Miał wrażenie, że myślał o tym zdecydowanie więcej niż powinien, każdy kolejny pomysł wydawał mu się gorszy niż ten poprzedni, a zadanie przyprawiało go o powolny ból głowy, bo jednocześnie chciał pokazać im że ich zna, ale, gdy już miał coś z czego był zadowolony, to zaczynał martwić się, czy nie wyjdzie że zna ich za dobrze. Coś co najlepiej opisuje każdego z nich? Jak niby miał zawrzeć ich opis w przedmiotach, kiedy nawet ciężko mu było opisać ich słowami. Oni po prostu... Byli. Bardzo mocno byli. A już na pewno bardzo mocno byli w jego głowie i możliwe że wyglądał każdego ich spotkania zarówno z radością, jak i niepokojem, jak bardzo szczęśliwy jest w ich towarzystwie.
Gdyby tylko nie te głupie szpargały.
I jeszcze z jakiegoś powodu, to znaczy z winy Millie, ciągle myślał o bieliźnie.
A jednak udało mu się coś kupić.
— Twoja Miles – powiedział robiąc przy tym wymówią mine, kiedy Millie weszła do pokoju z prowiantem. Siedział na łózku obok Thomasa, ale jakoś uważniej niż wcześniej, pilnując aby jego nogi nie dotykały nóg przyjaciela.
Przez chwilę kusiło go, aby powiedzieć, że skoro był to pomysł Moody to ona powinna zaczynać. Potem jednak rozważał, aby wrócić w to Thomasa. Ostatecznie jednak uznał, że sam pójdzie na pierwszy ogień.
– Może zróbmy po trzy rundy – zaproponował, sięgając do swoich pakunków i wyciągnął dwa pierwsze szpargały, które im zakupił. Zawahał się i... Wręczył dwójce po jednej kolorowej książeczce. Były to kieszonkowe wydania książek z żartami. Książeczka dla Thomasa była żółta a jej tytuł brzmiał 365 sucharów na każdy dzień roku. Wydanie Millie natomiast, miało różową okładkę, a zamiast codziennych sucharów, oferowała codzienne durne, żarty dla pełnoletnich.
– Uznajcie to za moją kapitulacje w próbach poprawienia waszego poczucia humoru – skomentował.
Problem był tylko taki, że Basilius nie wiedział, czy powinien uważać je za urocze, czy raczej za powolne metody tortur.
Bo w pierwszej chwili jej pomysł naprawdę brzmiał dobrze. Kupić każdemu z nich po trzy drobiazgi. Nic łatwiejszego. Na pewno w sklepach znajdzie się coś, co przykuje jego uwagę i rozbawi jego towarzyszy... Ha.. Ha...
Tylko, że właśnie kurwa nie.
Miał wrażenie, że myślał o tym zdecydowanie więcej niż powinien, każdy kolejny pomysł wydawał mu się gorszy niż ten poprzedni, a zadanie przyprawiało go o powolny ból głowy, bo jednocześnie chciał pokazać im że ich zna, ale, gdy już miał coś z czego był zadowolony, to zaczynał martwić się, czy nie wyjdzie że zna ich za dobrze. Coś co najlepiej opisuje każdego z nich? Jak niby miał zawrzeć ich opis w przedmiotach, kiedy nawet ciężko mu było opisać ich słowami. Oni po prostu... Byli. Bardzo mocno byli. A już na pewno bardzo mocno byli w jego głowie i możliwe że wyglądał każdego ich spotkania zarówno z radością, jak i niepokojem, jak bardzo szczęśliwy jest w ich towarzystwie.
Gdyby tylko nie te głupie szpargały.
I jeszcze z jakiegoś powodu, to znaczy z winy Millie, ciągle myślał o bieliźnie.
A jednak udało mu się coś kupić.
— Twoja Miles – powiedział robiąc przy tym wymówią mine, kiedy Millie weszła do pokoju z prowiantem. Siedział na łózku obok Thomasa, ale jakoś uważniej niż wcześniej, pilnując aby jego nogi nie dotykały nóg przyjaciela.
Przez chwilę kusiło go, aby powiedzieć, że skoro był to pomysł Moody to ona powinna zaczynać. Potem jednak rozważał, aby wrócić w to Thomasa. Ostatecznie jednak uznał, że sam pójdzie na pierwszy ogień.
– Może zróbmy po trzy rundy – zaproponował, sięgając do swoich pakunków i wyciągnął dwa pierwsze szpargały, które im zakupił. Zawahał się i... Wręczył dwójce po jednej kolorowej książeczce. Były to kieszonkowe wydania książek z żartami. Książeczka dla Thomasa była żółta a jej tytuł brzmiał 365 sucharów na każdy dzień roku. Wydanie Millie natomiast, miało różową okładkę, a zamiast codziennych sucharów, oferowała codzienne durne, żarty dla pełnoletnich.
– Uznajcie to za moją kapitulacje w próbach poprawienia waszego poczucia humoru – skomentował.