17.02.2026, 10:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 17.02.2026, 11:01 przez Lorien Mulciber.)
Trochę już stała pod tym automatem nim się pojawił. Nieszczęśliwa na podobieństwo kurwy spod latarni, której akurat tego wieczoru nikt nie wybrał. Podobnie przynajmniej bezradna, bo ni prośbą ni groźbą nie szło dostać kawy. Niby mogła zjechać na piąte piętro i się pożalić Anthony’emu (na pewno by ją ugościł kawą), ale pojawił się szanowny pan Moody i… też nie naprawił. Świetnie. Czyli zepsuło się na amen w mugolskim pacierzu. Naraz przypomniało jej się o kawiarni pod domem. Czym taka zepsuta maszyneria różniła się od wybitych okien i spalonej lady? Czy w tym kraju nic nie mogło działać poprawnie?
“A może się tam przejdziemy?”
W pierwszej chwili mu nie odpowiedziała. Wyjście z nim mogło zostać dostrzeżone jako co najmniej… niewłaściwe. Plotka za plotką sprawa urosłaby do rangi zdrady krwi, a wyjście po kawę do seksu w schowku Personelu Technicznego i to jeszcze w godzinach pracy!
Ale po chwili, wystarczająco długiej, by brzmiała jak odmowa, Lorien skinęła powoli głową. Tak, oczywiście, mogli się przejść. Przecież za to nie kamienowano, prawda? Prawda???
- Kończę dziś w południe.- Odpowiedziała, po czym przyspieszyła kroku, pozostawiając go samego sobie na korytarzu II piętra. Musiała zabrać papiery z biura i ukryć ten nawracający na policzki rumieniec.
“A może się tam przejdziemy?”
Pytanie, zadane wszak bardzo rzeczowym tonem, grało w jej myślach niczym zdarta płyta. Rozbierała je na części pierwsze, dzieliła na sylaby, kładła akcent na wszystkie możliwe niewypowiedziane scenariusze. Przynajmniej dzisiaj nie musiała przygotowywać nic na zajęcia, bo zaplanowała próbny proces ostatnio omawianej sprawy czystokrwistego wampira, którego oszukano i miast podać odpowiedniej jakości krew, uraczono go juchą szlamy. Więc produkowały się dzieciaki - nie ona. Dobrze, miała moment żeby zebrać myśli. A tych miała ostatnimi czasy całkiem sporo.
“A może się tam przejdziemy?”
Może nie powinna. Ale przecież nie było w tym nic złego. To nie była randka. To była przymusowa i bardzo niewygodna podróż wynikająca z ze złego stanu technicznego ich automatu. Tak. Dokładnie tak to sobie tłumaczyła. To po prostu miłe, że zaproponował. Poza tym nie czuła się na tyle bezpiecznie, by pojawiać się w miejscach publicznych bez obstawy… Skoro śmierciożercy już raz zaatakowali Londyn, większa była szansa, że zaatakują magiczne dzielnice w biały dzień. Więc nie mogła iść samej i nie mogła iść na Pokątną. Taki auror nawet incognito pilnujący porządku był bardzo dobrą opcją. Wniosek nasuwał się praktycznie sam…
Nie zdążyła pomyśleć o wniosku, bo w tym momencie oskarżyciel nazwał obronę “fanatykiem brudnokrwistych maszkar”, a obrona odcięła się krótkim i jakże dobitnym “tylko twojej matki!”. W odpowiedzi oskarżyciel rzucił się na obronę i nim się obejrzała miała na środku sali kłębinę kończyn i skandujących ławników. Ostatecznie obie strony dostały za karę skierowanie na najbliższy tydzień do sprzątania archiwum. Ich metaforyczny wampir obszedł się smakiem czystej krwi.
“A może się tam przejdziemy?”
Wyjście w świat mugoli nie było takie proste. Należało odwiesić peleryny na rzecz bardziej niemagicznych kroi płaszczy; upewnić się, że wszystkie insignia sędziowskie znajdują się w zaklętej szkatułce, przepisowa garsonka ma spódnicę odpowiedniej długości, a w pończochach nie zrobiła się dziura.
Różdżka musiała zostać wepchnięta w głębiny wypchanej torebki. Dementorek ku swojej głębokiej rozpaczy wylądował pod szklanym kloszem. Na nic zdawały się zapewnienia, że przecież zaraz wróci i zrobiła papierową łódkę, w której może popływać. Snuł się smętnie w stronę makiety, raz po raz odwracając zakapturzony łepek, jakby sprawdzał czy na pewno patrzy Lorien na jego ból i cierpienie.
Najchętniej wzięłaby ze sobą zebrane na wykładach prace domowe (minimum dwie strony pergaminu kancelaryjnego dot. analizy porównawczej wcześniejszych kryzysów magicznych z wydarzeniami z 8. września 1972 roku i ich wpływem na funkcjonowanie Wizengamotu jako niezawisłego organu sądowego) i zaczęła ich sprawdzanie na tym “biznesowym” wyjściu na wspólną kawę z panem Moody’m, ale nie chciała ryzykować, że ktoś ciekawski zacznie czytać jej przez ramię o wojnach goblinów.
Ale świat mugoli dawał anonimowość, na którą zwykle nie mogła sobie pozwolić za murem przy Dziurawym Kotle. Oczywiście, nie do końca rozumiała na jakiej zasadzie działał; nie rozumiała ich transportu drogowego, technologii i filozofii życia, ale znała na tyle dobrze świat, że profilaktycznie zawsze miała w torebce poza galeonami, wrzuconych parę funtów. I nie brakowała jej języka w gębie, co by zamówić sobie kawę nawet w niemugolskich dzielnicach. Dziś nie musiała się fatygować, bo Moody zapłacił i nawet pamiętał jaką kawę pija - tzn. spełnił bare minimum takiego zaproszenia, ale miała przeczucie, że jej świętej pamięci mąż by miał z tym problem. Więc poprzeczka leżała na podłodze, idealnie żeby się o nią potknąć.
Spacerowali po mugolskim parku już chwilę, uzbrojeni w te swoje kawy w papierowych kubeczkach, rozmawiając o jakichś bzdurach.
- Usiądźmy na chwilę.- Ni to poprosiła ni zarządziła Lorien. Poruszanie się bez laski wciąż było męczące, ale poruszanie się z laską było uwłaczające, więc... wybór był prosty. Przysiadła na jednej z pobliskich ławek. Odstawiła cieply kubeczek na bok i spojrzała na Aarona.
A jak tak spojrzała, to przez dobry moment marszczyła nos, jak zawsze gdy coś sobie próbowała przypomnieć. Bo o czymś zapomniała, prawda? Coś miała mu… Hm… Za Bogów nie mogła sobie przypomnieć o co chodzi i dopiero, gdy jakieś mugolskie dzieciaki zaczęły grać nieopodal w piłkę, doznała olśnienia.
- Mam coś dla Pana, panie Moody.- Powiedziała nagle.
Niestety nim to dostał minęła chwila, bo trzeba było to coś znaleźć w torebce, a w torebce pani Mulciber było wszystko. Udało się. Wyjęła ze środka dwa pomięte bilety na najbliższy mecz Quidditcha. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie byle jakie bilety, bo do jednej z lóż na trybunach, a nie w tłumie kibiców.
- Dostałam je od kolegi. Niestety w dzień meczu wypada mu rocznica ślubu i prawdopodobnie byłaby to ostatnia rocznica w jego życiu, gdyby poszedł oglądać yyy…- Spojrzała w dół.. Oczywiście, że nie wiedziała kto gra.- Zjednoczeni z Puddlemere grają z Gargulcami z Gródka.- Wręczyła bilety mężczyźnie.- Z pewnością byłby to jego ostatni mecz jak znam szanowną panią Lupin.
Odwróciła wreszcie wzrok od Aarona, biorąc z powrotem w ręce ciepłą kawę. Uśmiechnęła się sama do siebie.
- Może i pan zabierze na to jakąś panią? Ewentualnie pana Longbottoma, choć nie wiem czy w takich okropnych kapeluszach wpuszczają na stadion.
“A może się tam przejdziemy?”
W pierwszej chwili mu nie odpowiedziała. Wyjście z nim mogło zostać dostrzeżone jako co najmniej… niewłaściwe. Plotka za plotką sprawa urosłaby do rangi zdrady krwi, a wyjście po kawę do seksu w schowku Personelu Technicznego i to jeszcze w godzinach pracy!
Ale po chwili, wystarczająco długiej, by brzmiała jak odmowa, Lorien skinęła powoli głową. Tak, oczywiście, mogli się przejść. Przecież za to nie kamienowano, prawda? Prawda???
- Kończę dziś w południe.- Odpowiedziała, po czym przyspieszyła kroku, pozostawiając go samego sobie na korytarzu II piętra. Musiała zabrać papiery z biura i ukryć ten nawracający na policzki rumieniec.
“A może się tam przejdziemy?”
Pytanie, zadane wszak bardzo rzeczowym tonem, grało w jej myślach niczym zdarta płyta. Rozbierała je na części pierwsze, dzieliła na sylaby, kładła akcent na wszystkie możliwe niewypowiedziane scenariusze. Przynajmniej dzisiaj nie musiała przygotowywać nic na zajęcia, bo zaplanowała próbny proces ostatnio omawianej sprawy czystokrwistego wampira, którego oszukano i miast podać odpowiedniej jakości krew, uraczono go juchą szlamy. Więc produkowały się dzieciaki - nie ona. Dobrze, miała moment żeby zebrać myśli. A tych miała ostatnimi czasy całkiem sporo.
“A może się tam przejdziemy?”
Może nie powinna. Ale przecież nie było w tym nic złego. To nie była randka. To była przymusowa i bardzo niewygodna podróż wynikająca z ze złego stanu technicznego ich automatu. Tak. Dokładnie tak to sobie tłumaczyła. To po prostu miłe, że zaproponował. Poza tym nie czuła się na tyle bezpiecznie, by pojawiać się w miejscach publicznych bez obstawy… Skoro śmierciożercy już raz zaatakowali Londyn, większa była szansa, że zaatakują magiczne dzielnice w biały dzień. Więc nie mogła iść samej i nie mogła iść na Pokątną. Taki auror nawet incognito pilnujący porządku był bardzo dobrą opcją. Wniosek nasuwał się praktycznie sam…
Nie zdążyła pomyśleć o wniosku, bo w tym momencie oskarżyciel nazwał obronę “fanatykiem brudnokrwistych maszkar”, a obrona odcięła się krótkim i jakże dobitnym “tylko twojej matki!”. W odpowiedzi oskarżyciel rzucił się na obronę i nim się obejrzała miała na środku sali kłębinę kończyn i skandujących ławników. Ostatecznie obie strony dostały za karę skierowanie na najbliższy tydzień do sprzątania archiwum. Ich metaforyczny wampir obszedł się smakiem czystej krwi.
“A może się tam przejdziemy?”
Wyjście w świat mugoli nie było takie proste. Należało odwiesić peleryny na rzecz bardziej niemagicznych kroi płaszczy; upewnić się, że wszystkie insignia sędziowskie znajdują się w zaklętej szkatułce, przepisowa garsonka ma spódnicę odpowiedniej długości, a w pończochach nie zrobiła się dziura.
Różdżka musiała zostać wepchnięta w głębiny wypchanej torebki. Dementorek ku swojej głębokiej rozpaczy wylądował pod szklanym kloszem. Na nic zdawały się zapewnienia, że przecież zaraz wróci i zrobiła papierową łódkę, w której może popływać. Snuł się smętnie w stronę makiety, raz po raz odwracając zakapturzony łepek, jakby sprawdzał czy na pewno patrzy Lorien na jego ból i cierpienie.
Najchętniej wzięłaby ze sobą zebrane na wykładach prace domowe (minimum dwie strony pergaminu kancelaryjnego dot. analizy porównawczej wcześniejszych kryzysów magicznych z wydarzeniami z 8. września 1972 roku i ich wpływem na funkcjonowanie Wizengamotu jako niezawisłego organu sądowego) i zaczęła ich sprawdzanie na tym “biznesowym” wyjściu na wspólną kawę z panem Moody’m, ale nie chciała ryzykować, że ktoś ciekawski zacznie czytać jej przez ramię o wojnach goblinów.
Ale świat mugoli dawał anonimowość, na którą zwykle nie mogła sobie pozwolić za murem przy Dziurawym Kotle. Oczywiście, nie do końca rozumiała na jakiej zasadzie działał; nie rozumiała ich transportu drogowego, technologii i filozofii życia, ale znała na tyle dobrze świat, że profilaktycznie zawsze miała w torebce poza galeonami, wrzuconych parę funtów. I nie brakowała jej języka w gębie, co by zamówić sobie kawę nawet w niemugolskich dzielnicach. Dziś nie musiała się fatygować, bo Moody zapłacił i nawet pamiętał jaką kawę pija - tzn. spełnił bare minimum takiego zaproszenia, ale miała przeczucie, że jej świętej pamięci mąż by miał z tym problem. Więc poprzeczka leżała na podłodze, idealnie żeby się o nią potknąć.
Spacerowali po mugolskim parku już chwilę, uzbrojeni w te swoje kawy w papierowych kubeczkach, rozmawiając o jakichś bzdurach.
- Usiądźmy na chwilę.- Ni to poprosiła ni zarządziła Lorien. Poruszanie się bez laski wciąż było męczące, ale poruszanie się z laską było uwłaczające, więc... wybór był prosty. Przysiadła na jednej z pobliskich ławek. Odstawiła cieply kubeczek na bok i spojrzała na Aarona.
A jak tak spojrzała, to przez dobry moment marszczyła nos, jak zawsze gdy coś sobie próbowała przypomnieć. Bo o czymś zapomniała, prawda? Coś miała mu… Hm… Za Bogów nie mogła sobie przypomnieć o co chodzi i dopiero, gdy jakieś mugolskie dzieciaki zaczęły grać nieopodal w piłkę, doznała olśnienia.
- Mam coś dla Pana, panie Moody.- Powiedziała nagle.
Niestety nim to dostał minęła chwila, bo trzeba było to coś znaleźć w torebce, a w torebce pani Mulciber było wszystko. Udało się. Wyjęła ze środka dwa pomięte bilety na najbliższy mecz Quidditcha. Już na pierwszy rzut oka było widać, że nie byle jakie bilety, bo do jednej z lóż na trybunach, a nie w tłumie kibiców.
- Dostałam je od kolegi. Niestety w dzień meczu wypada mu rocznica ślubu i prawdopodobnie byłaby to ostatnia rocznica w jego życiu, gdyby poszedł oglądać yyy…- Spojrzała w dół.. Oczywiście, że nie wiedziała kto gra.- Zjednoczeni z Puddlemere grają z Gargulcami z Gródka.- Wręczyła bilety mężczyźnie.- Z pewnością byłby to jego ostatni mecz jak znam szanowną panią Lupin.
Odwróciła wreszcie wzrok od Aarona, biorąc z powrotem w ręce ciepłą kawę. Uśmiechnęła się sama do siebie.
- Może i pan zabierze na to jakąś panią? Ewentualnie pana Longbottoma, choć nie wiem czy w takich okropnych kapeluszach wpuszczają na stadion.