Nie od dzisiaj było wiadomym wszem i wobec, że Atreus Bulstrode jest cholernym hipokrytą i nie musiał wyrażać tego na głos, mówiło o tym jego zachowanie, jego postawa i ostentacyjnie wydmuchany dym papierosowy, a Victoria tylko uśmiechnęła się, leciutko unosząc jeden kącik ust, bo ewidentnie przegrał tę pyskówkę. Poza tym jej nie było zimno, a jemu tak, więc czyje było na wierzchu? Nawet jeśli nie przyznawał się na głos.
– Na szczęście nie z tobą – warknęła, kiedy zwrócił się do niej tak obcesowo i wręcz wulgarnie. Nie, Atreusowi daleko było do człowieka, który panował czy to nad własnymi emocjami, nad tym, co mówił i w ogóle nad sobą, ale ewidentnie się zapomniał i zapędził, myląc ją z jednym z tych jego koleżków, którzy może tolerowali takie odzywki do siebie, ale ona nie zamierzała. Tym bardziej, że niczym sobie nie zasłużyła na takie traktowanie. A pokazany jej środkowy palec wywołał tylko jedno: – Elokwentne – skwitowała. – Ja wracam do pracy, królewiczu – rzuciła mu jeszcze na odchodne i gdy Bulstrode szedł w kierunku kominka, ona… zamierzała iść tam, gdzie zmierzali wcześniej.
Pierdolony w dupę, nadęty Bulstrode.
Następne dni były tymi cichymi, w których Lestrange bardzo ostentacyjnie Atreusa ignorowała.