19.02.2026, 17:05 ✶
Bogactwo myśli Alexandra rozwijało się przed nią pełnią, której nie dało się nie ulec. Myśl kusiła, aby podążyć za nią i przyjąć bezrefleksyjnie, tak gładko skonstruował ją i podał. Wyłaniały się z niej coraz to nowe warstwy wiedzy i nowe warstwy opowieści, w które oblekał idee; przeszywał gładko jedną myśl w drugą. Mogłaby tego słuchać do rana — starczyło podrapać, a z każdego poruszonego wątku biło nowe źródło, które uzupełniało to, co Helloise znalazła głównie intuicją.
A więc to takich ludzi zabierało ze świata w swoje objęcia Ministerstwo Magii, aby w piwnicach Departamentu sycić się mądrością i przenikliwością dziesiątek Alexandrów na etacie. Trzymali go przynajmniej tam, gdzie odkrywali zasadę i przekraczali granice — w przeciwieństwie do wszystkich innych pięter Ministerstwa, gdzie pilnowali granic autorytatywnie narzuconych przez biurokratów, których stanowisk i nazwisk Helloise nie umiałaby wymienić, co nie przeszkadzało jej w żywieniu ku nim pogardy.
Czarownica słuchała jasnowidza z nieprzeniknionym uśmiechem, który ich rozmowę odrywał od ziemi i kazał mrużyć w pobłażliwym rozbawieniu oczy, za którymi bystro czatowały na siebie umysły. Wszystko to podobało jej się jednocześnie, lecz gdyby prowadzone było głośniej o ton czy w szerszym towarzystwie, wzbroniłaby się przed tym agresywnie. Ile Mulciber mógł wyciągnąć z linii na jej ręce, których nie mogłaby zakłamać i setką blizn po dawnych skaleczeniach? Choć wiodła początkowo zachłannie wzrokiem za tym, co wróżbita wyciągał spomiędzy załamań jej dłoni, odwróciła się wkrótce od ich rąk. Zostawiła go z tym samego i słuchała tylko, pozwalając oczom wałęsać się po terenie przyjęcia. Może z niechęci do spoglądania w samą siebie, a może z zaufania w Alexandra.
Może i rację miał, gdy mówił, że jej legendą jest gniew. Nie mogłaby żyć legendy o powrocie, skoro nie miała pojęcia, dokąd wraca. Czy była bliżej domu tutaj, nieopodal walijskiego gniazda, z którego się wykluła, czy bliżej domu była tam, gdzie poczuła, że wreszcie może się zatrzymać? Udzielenie definitywnej odpowiedzi byłoby tym sztucznym odcięciem, o które sama go oskarżała. Żyła więc tak, jak ją te siły natury i namiętności prowadziły.
— Nie ma nic złego w harmonii. Jest pożądana. Rolą Bogini w stworzeniu było wyciągnięcie świata z chaosu. Nadanie mu kształtu. Ona czuwa, żebyśmy nie osunęli się z powrotem w ciemność; żeby całe jej dawne dzieło nie rozsypało się na wszystkie strony świata. Nie harmonia jest wrogiem. Przeciwnie. Wroga jest dysharmonia postępowania wbrew swojej naturze. Tłumienie jej. Narzucanie sztucznej granicy tam, gdzie jej nie było. Jedyne warte granice kreśli natura. Granica natury jest tak samo płynna, jak płynne są linie mórz. Granice wód wiecznie cofają się i wracają, nigdy w to samo miejsce, a jednak zawsze gdy wyjdę do zatoki, umiem wskazać wybrzeże i umiem wskazać morze, mimo że są gdzie indziej niż wczoraj. — Harmonia nie mogła być stała ani wycinana od form. Kto wierzył w porządek przez narzucenie zasady i ograniczenie definicją, ten sam siebie okłamywał. — Nawet gdy opowiadasz o tych kręgach druidzkich — zdążyła zapomnieć nazwy — mówisz o granicach świętych gajów, a gaje żyją i zmieniają się, więc wraz z nimi musiała wędrować też granica. Ci kapłani nie ustalali kręgów jako ludzcy sędziowie, lecz wyłaniali je z podszeptu Matki. Trzeba słuchać. Wtedy znajdziesz się tam, gdzie powinieneś, choć żadnego dnia nie będzie to to samo miejsce. Gonimy cykl przemian i harmonię, za którą nigdy nie nadążymy i zawsze świat będzie… trochę niedoskonały? — Zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Przez chwilę pozwoliła myślom krążyć wyłącznie za ciepłem palca wodzącego po wnętrzu jej dłoni. Ileż prościej musiało się żyć jasnowidzowi, który znał tyle dróg… a może wprost przeciwnie. Może mnogość linii sprzyjała poplątaniu. — Ważne, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim.
Dopiero gdy Alexander puścił jej dłoń, spojrzała na nią ponownie; powoli zacisnęła pięść. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju.
— Niektórzy umieją czarować bez różdżek, a i na nic one mugolom. Nie różdżka jest w tym ważna, lecz magia. Jeśli magia jest aktem przemocy wobec świata, tym bardziej powinna być pożytkowana z rozsądkiem. Nie rozdawana… lekkomyślnie. Rozdawana poza… — Oczywiście, że chodziło o parzenie się z mugolami. — Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu… Zbyt dużo sił ciągnących tak świat w swoją stronę, to droga do chaosu. Magia to dar, który powinno się chronić.
Ścięte przez Odyseusza drzewo wyłonione ze słów Alexandra znalazło się nagle w Kniei — i należało do jej linii. Mulciber śmiał się z tego, bawił się konwencją, splataniem wymienionych między nimi tego dnia opowieści. Tkał z nich jedną makabryczną historię. Helloise uśmiechała się wciąż, choć nie było za tym ani wesołości, ani wrogości, ani smutku. Podążyła tylko za uśmiechem mężczyzny, odbijała go jak lustro. Przytakiwała mu, ale pusto. Nie do niej należało oceniać jego historię, która rozpięta była wokół mężczyzn.
— Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach — naprostowała pogodnie, polewając i sobie miodu, który wzniosła wraz z nim do toastu. Upiła z kielicha ponad swoje możliwości, miód przebrał, spłynął z boków naczynia na brodę czarownicy.
Jakże morderczy byli mężczyźni ze starych legend i jak brutalna była sama pierwotna natura. Te same historie powtarzały się przez wieki w marszu coraz to nowych wojowników niosących śmierć w szeregi wroga, a potomni odnajdywali w tych dawnych poematach harmonię — i choć większości cytatów Homera Helloise nie znała, to usłyszała go i rozpoznała w rytmie, gdy Alexander wniósł toast.
A więc to takich ludzi zabierało ze świata w swoje objęcia Ministerstwo Magii, aby w piwnicach Departamentu sycić się mądrością i przenikliwością dziesiątek Alexandrów na etacie. Trzymali go przynajmniej tam, gdzie odkrywali zasadę i przekraczali granice — w przeciwieństwie do wszystkich innych pięter Ministerstwa, gdzie pilnowali granic autorytatywnie narzuconych przez biurokratów, których stanowisk i nazwisk Helloise nie umiałaby wymienić, co nie przeszkadzało jej w żywieniu ku nim pogardy.
Czarownica słuchała jasnowidza z nieprzeniknionym uśmiechem, który ich rozmowę odrywał od ziemi i kazał mrużyć w pobłażliwym rozbawieniu oczy, za którymi bystro czatowały na siebie umysły. Wszystko to podobało jej się jednocześnie, lecz gdyby prowadzone było głośniej o ton czy w szerszym towarzystwie, wzbroniłaby się przed tym agresywnie. Ile Mulciber mógł wyciągnąć z linii na jej ręce, których nie mogłaby zakłamać i setką blizn po dawnych skaleczeniach? Choć wiodła początkowo zachłannie wzrokiem za tym, co wróżbita wyciągał spomiędzy załamań jej dłoni, odwróciła się wkrótce od ich rąk. Zostawiła go z tym samego i słuchała tylko, pozwalając oczom wałęsać się po terenie przyjęcia. Może z niechęci do spoglądania w samą siebie, a może z zaufania w Alexandra.
Może i rację miał, gdy mówił, że jej legendą jest gniew. Nie mogłaby żyć legendy o powrocie, skoro nie miała pojęcia, dokąd wraca. Czy była bliżej domu tutaj, nieopodal walijskiego gniazda, z którego się wykluła, czy bliżej domu była tam, gdzie poczuła, że wreszcie może się zatrzymać? Udzielenie definitywnej odpowiedzi byłoby tym sztucznym odcięciem, o które sama go oskarżała. Żyła więc tak, jak ją te siły natury i namiętności prowadziły.
— Nie ma nic złego w harmonii. Jest pożądana. Rolą Bogini w stworzeniu było wyciągnięcie świata z chaosu. Nadanie mu kształtu. Ona czuwa, żebyśmy nie osunęli się z powrotem w ciemność; żeby całe jej dawne dzieło nie rozsypało się na wszystkie strony świata. Nie harmonia jest wrogiem. Przeciwnie. Wroga jest dysharmonia postępowania wbrew swojej naturze. Tłumienie jej. Narzucanie sztucznej granicy tam, gdzie jej nie było. Jedyne warte granice kreśli natura. Granica natury jest tak samo płynna, jak płynne są linie mórz. Granice wód wiecznie cofają się i wracają, nigdy w to samo miejsce, a jednak zawsze gdy wyjdę do zatoki, umiem wskazać wybrzeże i umiem wskazać morze, mimo że są gdzie indziej niż wczoraj. — Harmonia nie mogła być stała ani wycinana od form. Kto wierzył w porządek przez narzucenie zasady i ograniczenie definicją, ten sam siebie okłamywał. — Nawet gdy opowiadasz o tych kręgach druidzkich — zdążyła zapomnieć nazwy — mówisz o granicach świętych gajów, a gaje żyją i zmieniają się, więc wraz z nimi musiała wędrować też granica. Ci kapłani nie ustalali kręgów jako ludzcy sędziowie, lecz wyłaniali je z podszeptu Matki. Trzeba słuchać. Wtedy znajdziesz się tam, gdzie powinieneś, choć żadnego dnia nie będzie to to samo miejsce. Gonimy cykl przemian i harmonię, za którą nigdy nie nadążymy i zawsze świat będzie… trochę niedoskonały? — Zmarszczyła brwi w zamyśleniu. Przez chwilę pozwoliła myślom krążyć wyłącznie za ciepłem palca wodzącego po wnętrzu jej dłoni. Ileż prościej musiało się żyć jasnowidzowi, który znał tyle dróg… a może wprost przeciwnie. Może mnogość linii sprzyjała poplątaniu. — Ważne, żeby dawać się nosić naturalnym siłom, nie występować przeciw nim.
Dopiero gdy Alexander puścił jej dłoń, spojrzała na nią ponownie; powoli zacisnęła pięść. Jedna rzecz nie dawała jej spokoju.
— Niektórzy umieją czarować bez różdżek, a i na nic one mugolom. Nie różdżka jest w tym ważna, lecz magia. Jeśli magia jest aktem przemocy wobec świata, tym bardziej powinna być pożytkowana z rozsądkiem. Nie rozdawana… lekkomyślnie. Rozdawana poza… — Oczywiście, że chodziło o parzenie się z mugolami. — Korzystając z magii, stwarzasz i przemieniasz materię jak Bogini. Stajesz się Jej przedłużeniem, boskim płomieniem roznieconym w zwierzęciu… Zbyt dużo sił ciągnących tak świat w swoją stronę, to droga do chaosu. Magia to dar, który powinno się chronić.
Ścięte przez Odyseusza drzewo wyłonione ze słów Alexandra znalazło się nagle w Kniei — i należało do jej linii. Mulciber śmiał się z tego, bawił się konwencją, splataniem wymienionych między nimi tego dnia opowieści. Tkał z nich jedną makabryczną historię. Helloise uśmiechała się wciąż, choć nie było za tym ani wesołości, ani wrogości, ani smutku. Podążyła tylko za uśmiechem mężczyzny, odbijała go jak lustro. Przytakiwała mu, ale pusto. Nie do niej należało oceniać jego historię, która rozpięta była wokół mężczyzn.
— Zdaje się, że mówiliśmy o ojcach, nie olbrzymach — naprostowała pogodnie, polewając i sobie miodu, który wzniosła wraz z nim do toastu. Upiła z kielicha ponad swoje możliwości, miód przebrał, spłynął z boków naczynia na brodę czarownicy.
Jakże morderczy byli mężczyźni ze starych legend i jak brutalna była sama pierwotna natura. Te same historie powtarzały się przez wieki w marszu coraz to nowych wojowników niosących śmierć w szeregi wroga, a potomni odnajdywali w tych dawnych poematach harmonię — i choć większości cytatów Homera Helloise nie znała, to usłyszała go i rozpoznała w rytmie, gdy Alexander wniósł toast.
dotknij trawy