19.02.2026, 21:13 ✶
– Tak, brata i siostrę – przytaknął. Trójka bardziej wynikała z tego, że ot siostra była najstarsza, a rodzice oczywiście chcieliby mieć dziedzica nazwiska, i potem jeszcze zapasowego syna, na wypadek gdyby jeden nie spełnił oczekiwań, niż jakieś dbałości o przekazanie samej czystej krwi, ale wpisywali się tutaj całkiem nieźle w ten tradycyjny model. – Mogę zrozumieć dumę. W każdym razie znasz ją lepiej, ale zdawało mi się, że jeśli zadaniem tej sukni było nie tyle sprawienie, by poczuła się piękna, ale aby miała coś faktycznie należąco do niej… Lepiej będzie w ten sposób. Nie lubię, kiedy moje projekty nie realizują celu, w jakim zostały stworzone.
Christopher Rosier był samolubny, bywał narcystyczny i nawet ktoś najbardziej mu życzliwy nie dopatrzyłby się wśród jego zalet altruizmu. Ale nie oznaczało to, że nie było go stać na miłe gesty czy że czasem nie pomyślał o kimś innym. Zwłaszcza jeśli nie kosztowało go to tak wiele, a w wypadku tej sukni było to trochę czasu spędzonego nad projektem i potem nad szyciem, który to proces jednak mocno przyspieszała magia oraz pomoc drugiej krawcowej. Sądził nawet, że wbrew pozorom, w niektórych sprawach całkiem nieźle rozumie kobiety i nie wynikało to nawet z jakichś wielkich podbojów – choć z paroma się umawiał – ale że obserwował je, szył dla nich, a znakiem rozpoznawczym jego kreacji miało być dopasowanie do tych, które je nosiły. Sam sens jego twórczości był związany z tym, że wierzył, że każda kobieta chce nosić coś, w czym poczuje się dobrze. I czasem nie oznaczało to szczególnie efektownej sukni: bo to zależało do kobiety. Pewności siebie albo poczucia bycia sobą czy piękną mógł dodać dobrze skrojony płaszcz albo odpowiednio dobrana koszula.
Victoria chciała dla siostry czegoś, co sprawi, że ta poczuje się lepiej.
Czegoś, co nie będzie jak szata pożyczona z siostrzanej szafy.
A jeśli Christopher już dla kogoś szył, to chciał w stu procentach odpowiedzieć na potrzeby swoich klientów. I nie był pewny, czy dokona tego z suknią sfinansowaną przez Victorię. Ta suknia miała być małym symbolem: każdy jej detal powstał, by pasował do ciebie, jest tylko twoja Primrose, zasługujesz, by ją nosić, Primrose.
Nie wystawił więc rachunku, a teraz tylko się z tego cieszył. Podwójnie, gdy Victoria powiedziała, że próbuje go rozgryźć: posłał jej uśmiech znad szklanki, skupiając na niej spojrzenie jasnych oczu.
– Nie, wręcz przeciwnie – odparł Chris, równie szczerze, co ona. – Chyba pora na deser? Dawno nie wahałem się nad czymś tak mocno, jak teraz nad wybór pomiędzy zabaglione a ich tiramisu..
Christopher Rosier był samolubny, bywał narcystyczny i nawet ktoś najbardziej mu życzliwy nie dopatrzyłby się wśród jego zalet altruizmu. Ale nie oznaczało to, że nie było go stać na miłe gesty czy że czasem nie pomyślał o kimś innym. Zwłaszcza jeśli nie kosztowało go to tak wiele, a w wypadku tej sukni było to trochę czasu spędzonego nad projektem i potem nad szyciem, który to proces jednak mocno przyspieszała magia oraz pomoc drugiej krawcowej. Sądził nawet, że wbrew pozorom, w niektórych sprawach całkiem nieźle rozumie kobiety i nie wynikało to nawet z jakichś wielkich podbojów – choć z paroma się umawiał – ale że obserwował je, szył dla nich, a znakiem rozpoznawczym jego kreacji miało być dopasowanie do tych, które je nosiły. Sam sens jego twórczości był związany z tym, że wierzył, że każda kobieta chce nosić coś, w czym poczuje się dobrze. I czasem nie oznaczało to szczególnie efektownej sukni: bo to zależało do kobiety. Pewności siebie albo poczucia bycia sobą czy piękną mógł dodać dobrze skrojony płaszcz albo odpowiednio dobrana koszula.
Victoria chciała dla siostry czegoś, co sprawi, że ta poczuje się lepiej.
Czegoś, co nie będzie jak szata pożyczona z siostrzanej szafy.
A jeśli Christopher już dla kogoś szył, to chciał w stu procentach odpowiedzieć na potrzeby swoich klientów. I nie był pewny, czy dokona tego z suknią sfinansowaną przez Victorię. Ta suknia miała być małym symbolem: każdy jej detal powstał, by pasował do ciebie, jest tylko twoja Primrose, zasługujesz, by ją nosić, Primrose.
Nie wystawił więc rachunku, a teraz tylko się z tego cieszył. Podwójnie, gdy Victoria powiedziała, że próbuje go rozgryźć: posłał jej uśmiech znad szklanki, skupiając na niej spojrzenie jasnych oczu.
– Nie, wręcz przeciwnie – odparł Chris, równie szczerze, co ona. – Chyba pora na deser? Dawno nie wahałem się nad czymś tak mocno, jak teraz nad wybór pomiędzy zabaglione a ich tiramisu..