• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.

[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#4
19.02.2026, 21:25  ✶  
Chociaż jeszcze przed chwilą byliśmy na zewnątrz, zaśnieżony świat poza wieżą praktycznie dla mnie nie istniał, nie było jutra, nie było konsekwencji, nie było tych wszystkich powodów, dla których powinniśmy byli stać po przeciwnych stronach, był tylko półmrok, śnieg za oknem, my razem - nie „obok siebie”, nie… Cokolwiek innego. „Razem” - w tym najprostszym możliwym sensie - naprawdę, nie gdzieś obok, nie po drugiej stronie niewidzialnej linii, którą sami kiedyś narysowaliśmy, tylko dokładnie tu, tak blisko, że wystarczyło przesunąć dłoń o kilka centymetrów, żeby poczuć ciepło jej talii pod palcami, chociaż jeszcze kilka godzin temu wszystko wydawało się dużo bardziej skomplikowane, praktycznie nie do przeskoczenia. W tej chwili nie wahałem się ani przez ułamek sekundy, tylko przyciągnąłem ją bliżej, od razu po zatrzaśnięciu ciężkich drzwi, bez żadnego konkretnego powodu, poza tym, że mogłem to zrobić, bo najwidoczniej oboje tego chcieliśmy. Moje dłonie zacisnęły się lekko na materiale nietoperzowego swetra, przesuwając sploty włóczki pomiędzy palcami, jakbym obawiał się, że jeśli wpuszczę go zbyt szybko, to cała ta chwila okaże się wyłącznie oniryczną fantazją podszytą alkoholem, majakiem po zbyt dużych ilościach soku dyniowego z wkładką, i stojąca przede mną dziewczyna zniknie w chłodzie słabo oświetlonego pomieszczenia, rozpływając się w ciszy, udowadniając mi, że to wszystko to był tylko sen.
A przecież to było realne, musiało takie być, nawet tego nie kwestionowałem, nie próbowałem dopatrywać się w tym niczego, prócz naszych wspólnych pragnień i może odrobiny tej świątecznej magii, którą zazwyczaj ironicznie wyśmiewałem, a dziś poczułem w każdej komórce mojego ciała. Gdyby to była tylko gra, jedno z nas już by się wycofało, jak zawsze, a my staliśmy tu, jakby ta wieża była centrum wszechświata - byłem pewny, że to coś znaczy, czułem to w sposobie, w jaki oddychała moja Pruey, w tym, że nie cofnęła się ani o krok - spoglądałem na nią z bliska, naprawdę z bliska, jakbym próbował nauczyć się jej twarzy na nowo, mrugając tylko w chwilach, gdy naprawdę musiałem to zrobić. Była taka sama i zupełnie inna jednocześnie, znajoma w sposób, który zazwyczaj zarazem bolał i koił, lecz dzisiaj przynosił wyłącznie ciepło. Pamiętałem, że wieża astronomiczna zawsze była najzimniejszym miejscem w całym zamku, ale tej nocy nie czułem chłodu - albo przestał istnieć, albo brandy skutecznie go zagłuszyła, zamieniając zimowy ziąb w coś odległego i nieistotnego. Uśmiech nie schodził mi z twarzy - ten głupi wyraz, którego nie potrafiłem powstrzymać, nawet gdybym próbował - alkohol krążył mi w głowie, popychając mnie do przodu, każąc mi mówić rzeczy, których normalnie bym nie powiedział, ułatwiając wiarę w prawdy, które normalnie rozebrałbym na czynniki pierwsze, aż przestałyby mieć sens. Czułem go w krwiobiegu, w ciepłym pulsowaniu w skroniach, w tej bezczelnej odwadze, która podsuwała mi słowa szybciej, niż rozsądek zdążył je zatrzymać.
Zaśmiałem się cicho, kiedy Prudence przytaknęła wypowiedzianym przeze mnie słowom, rzecz jasna, nawet przez chwilę nie wahając się dodać coś od siebie, bo przecież zawsze tak miała, raczej nie zwykła tłumić w sobie komentarzy na temat mojego czy naszego zachowania - w tym momencie nie byłem pewien, czemu przez ostatnie lata uważałem to za irytujące, skoro właśnie tak wyglądała wartka rozmowa, polegała na szczerych reakcjach i szybkich spostrzeżeniach - i pokręciłem lekko głową, bez słów, komentując tym samym naszą opieszałość. Nie czułem się zobowiązany potakiwać oczywistości, ja również cieszyłem się z pójścia po rozum do głowy, jak dzieciak, nadal nie odsuwając się ani o centymetr. Moje dłonie wciąż spoczywały na jej talii, jakby to była ich naturalna pozycja, jak gdyby należały tam od zawsze, a wszystko inne było tylko pomyłką lub odroczeniem.
- Wiesz... wiesz, sss-so cojes’ jesst... Cojesst najjjlep... najlepsze? He? Najlepsiejsze? - Zapytałem cicho, nachylając się trochę bliżej, nasze nosy prawie się zetknęły, ale tym razem nie złożyłem pocałunku na jej ustach. Sekundę później odsunąłem głowę o kilka centymetrów - tak, że mogłem przyjrzeć się twarzy Prue, temu, jak na mnie patrzyła, jakby naprawdę mnie widziała, nie tę wersję, którą pokazywałem wszystkim innym, nie tę zbudowaną z kpiny, sarkazmu i chłodu, tylko tę wcześniejszą, tę, którą znała, zanim nauczyłem się być kimś, kto potrafił ją odepchnąć i nie okazać, jak bardzo go to też zabolało. - Żenic... Nic się właś-cie… Że nizz’ się w’aściwie nie zmien’ło. Dalej tu ’steeś. Blisko. I jaaa też. - To nie była do końca prawda, zmieniło się wszystko, ale w tej chwili byłem absolutnie przekonany, że to tylko szczegóły techniczne. Właśnie dlatego uśmiechałem się jak idiota - to był ten uśmiech sprzed naszych problemów i nieporozumień, sprzed gniewu, sprzed dumy, sprzed momentu, w którym nauczyliśmy się ranić precyzyjniej niż ktokolwiek inny.
- Zaczęliśmy dobrze, p-potem się... Popsło, ale dalej’steś... No, tobą. Jesteś tak-taka bystra, a taki z ciebie głuptas… Tak na mnie... Tymi oczami... Paczysz... Jakbyś wiedziała o mnie... Wszystko. Takie rzeczy... Nikt inny... Nikt nie ma fstępu... Nikt nie mapra-a, nikt nie ma prawa wiedzieć, słońce - wyszczerzyłem się trochę bardziej krzywo, przesunąłem palcami po jej boku, trącając ją lekko palcami, z rozbrajającą bezczelnością kogoś, kto zapomniał, że powinien się powstrzymywać przed dotykiem - a ty… Ty c’esz. Byś mogła. Iii nadddal m-mnie to trochę psze’raża, a trochę… Nakręca. Kręcisz m-mnie. Cholernie… Fsz’systkim. Fieszto? Oshym... Oshym to… Wyglądasz... U-uroczo wt’ych rogach, seriooo, tak… No… - Uniosłem brwi, wymownie odchrząkując, jakbym nagle zapomniał języka, którym posługiwałem się przez całe życie. Zaśmiałem się pod nosem, krótko, kręcąc lekko głową, bo wszystko wirowało - wieża, noc, ona, najbardziej ona - i nie byłem pewien, czy to alkohol, czy fakt, że stała tak blisko, więc z pewnością doskonale wiedziała, o czym właściwie mówiliśmy. To było wyznanie, na które nigdy nie pozwoliłbym sobie na trzeźwo, jednak teraz wydawało mi się to całkiem… Normalne.
Przesunąłem jedną dłoń wyżej, na plecy Prudence, czując pod palcami ciepło jej ciała bijące przez materiał, i przez chwilę po prostu tak zostałem, nie ruszając się, bo nawet ten sam ten dotyk był dla mnie wystarczającą odpowiedzią na wszystkie pytania, których nigdy nie zadaliśmy na głos. Nie potrafiłem przestać do niej lgnąć, odsunąć się, odejść, zresztą, nawet gdybym spróbował, nie sądziłem, żeby moje ciało mnie posłuchało. Wszystko we mnie było zbyt rozproszone, zaabsorbowane samym faktem, że miałem ją tu, tuż obok siebie, w ramionach, i że patrzyła na mnie w ten sposób, jakby nic nie było między nami zepsute, a te wszystkie kłótnie były tylko nieporozumieniem, które można było strząsnąć z ramion, jak śnieg po powrocie z tarasu widokowego. Patrzyłem na nią z bliska, naprawdę patrzyłem, nie przez pryzmat dawnych uraz, nie przez filtr dumy ani tej idiotycznej potrzeby, żeby zawsze mieć przewagę - jej oczy były inne, spoglądały na mnie z zupełnie nowym blaskiem, albo może zawsze takie były, tylko wcześniej nie pozwalałem sobie tego zobaczyć? Ją z pewnością nigdy nie chciałem gromić jej nienawistnym wzrokiem, to nie leżało w żadnym miejscu na liście moich skrytych potrzeb. Ten wieczór rozbroił we mnie coś, co przez lata siedziało napięte, nie czułem już ciężaru własnego nazwiska, nie czułem ciężaru przyszłości, która zwykle wisiała nade mną jak wyrok, czułem za to całą masę innych rzeczy - nowych, ale niezupełnie nieznanych - i coraz bardziej chciałem odkryć wszystko, co kryło się dziś w ciemności, co miała nam do zaoferowania ta świąteczna noc, nawet jeśli zupełnie nie wiedziałem, do czego mogło nas to doprowadzić. Nie myślałem o tym ani trochę, po prostu delektowałem się prostotą tej chwili, zupełnym brakiem napięcia i ciężkości.
Moje dłonie spoczywały na talii Prue tak pewnie, naturalnie, jakby wszystkie te lata były tylko niepotrzebnym objazdem, długą, absurdalną pętlą prowadzącą dokładnie do tego miejsca. Czułem pod palcami nitki tego samego swetra, w którego ręcznie robiony wzór wgapiałem się kątem oka przez pół wieczoru, teraz wreszcie mogąc przekonać się, jak bardzo był miękki. Nie odepchnęła mnie, odwzajemniała pocałunki, nawet w półmroku dostrzegałem jej rumieniące się policzki, i to było najbardziej przekonującym argumentem za dalszym dotykiem, jaki kiedykolwiek dostałem.
Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się szerzej, beztrosko, szczerze, tak jak nie uśmiechałem się do niej od lat. Alkohol zdjął ze mnie wszystko to, co zwykle pilnowało moich ruchów, moich słów, mojego oddechu - zostawił tylko mnie - tego mnie, którego znała wcześniej, ale może też nie do końca. Tamten dzieciak zdecydowanie nie postanowiłby tak bezczelnie sięgać po usta swojej przyjaciółki, to nie było to samo, co kiedyś, i wcale tego nie żałowałem.
Uniosłem dłoń i odgarnąłem pasmo włosów z jej twarzy, powoli, z jakąś dziwną koncentracją, nie próbując ukryć, iż w tym momencie to była najbardziej skomplikowana czynność, jakiej się kiedykolwiek podjąłem. Moje palce zatrzymały się na chwilę przy jej kości policzkowej, nie dlatego, że musiały, tylko dlatego, że chciałem mieć jeszcze jeden powód, żeby jej dotknąć.
Stałem przed nią i wszystko wydawało się nagle możliwe w ten sposób, w jaki możliwe są rzeczy tylko wtedy, gdy jest się wystarczająco pijanym, żeby nie widzieć granic, i wystarczająco szczęśliwym, żeby ich nie potrzebować. Uśmiechała się, zadzierając podbródek w ten sposób, o którym zdarzyło mi się myśleć, wyobrażając sobie coraz bardziej otwarte pocałunki, które teraz stawały się rzeczywistością, smakując jeszcze lepiej niż w jakiejkolwiek fantazji - to było najgorsze i najlepsze jednocześnie - mój wzrok zatrzymał się na jej twarzy, na ustach, które jeszcze chwilę temu całowałem, na policzkach zaróżowionych od zimna i alkoholu, i w końcu na tej czapce, która zsunęła się odrobinę, gdy poprawiłem tamten pukiel włosów. Parsknąłem cicho pod nosem, rozbawiony, nie mogąc tego nie zrobić, szczególnie, że przecież jakiś czas wcześniej dywagowaliśmy na temat tego idiotycznego nakrycia głowy, nie musiała nawet próbować mi go kraść, już należało do niej i wyglądała w nim zatrważająco uroczo. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz śmiałem się tak bez powodu, nie z czyjegoś błędu, nie z czegoś celowego, nie jako element gry, nie jako broń. Po prostu śmiałem się, bo ona tu była, bo patrzyła na mnie w ten sposób, jakbyśmy nigdy nie zmarnowali ani jednego dnia, ani jednej chwili na bycie kimś innym niż tym, kim byliśmy naprawdę. Znowu prychnąłem cicho, tym razem bardziej z niedowierzania niż z rozbawienia, i pokręciłem głową, jakbym próbował oprzytomnieć - chociaż w rzeczywistości przecież wcale nie miałem takiego zamiaru, pozwalając sobie na tę bliskość, bez żadnych zahamowań, bez tego ciągłego pilnowania się, które przez ostatnie lata było moim głównym odruchem w stosunku do niegdysiejszej najlepszej przyjaciółki - teraz nie pilnowałem niczego, nie chciałem już tego robić.
- Wiesz, że za kilka dni bę’zie nowy rok? Nasz... Nasz fszyssskich. Ostatni. Nasz ostatni, mała. Kończymy to. Konieeec buddy... Fffinito. Koniec... Koniec tych g-głupich podchodów. Koniec bycia bucem. Byłem b-bucem, nie? Przepraszam... W chuju mam to, co powiedzą inni. - Powiedziałem nagle, z tym samym głupim zachwytem, który nie miał w sobie nic z arystokratycznej powagi, którą zwykle nosiłem jak coś pomiędzy wyjściową szatą a zbroją. - Mam to w chu... W głębokim powaa-ważaniu, co powie s-stary i fszyscy. S-srututu... Mam to teraz f’huju. F’dupie to mam. Jebać to. ’steeś. Moja. Paczysz na mnie tymi... tymiozami i… Da-daj się złapać, no... Fiesz, że chcę cię złapać? Jak k-kafla. Nieee, nie jak kafla. Za rękę, jak za dzieciaka, ale… Fiesz. Możem być głu-upi razem?
„Nowy rok, nowe szanse i nadzieje”, niemal cały nasz świat wierzył w magię kalendarza, w te wszystkie daty, które rzekomo miały coś zmienić - ja wiedziałem, że to kłamstwo, zawsze drwiłem z ludzi, którzy wiecznie czekają na zlepek paru cyferek, by zacząć od nowa, jednak tutaj, w tej jedynej chwili, mój cynizm zniknął. Będąc tu teraz, sam uległem temu złudzeniu dziecinnej łatwości zamknięcia czegoś wraz z końcem kalendarza i tym samym uzyskania możliwości zasłużenia sobie na zupełnie świeży start wyłącznie dzięki podjęciu decyzji przed zerwaniem pierwszej nowej kartki. Zupełnie nie myślałem o tym, jak bardzo zawsze wyśmiewałem wiarę w nowe otwarcia, powtórne początki, ponieważ tej nocy, czując ciepło miękkich ust na upojonych nim wargach, przestałem być sceptykiem. Moje dłonie zatrzymały się na plecach Prue, nie robiąc nic więcej, tylko trzymając ją z tą leniwą pewnością, że mieliśmy dla siebie cały czas świata.
- Bo może tooo b-bszmi jak kiepski slogan, ale… Jesteśmy dorośli. Możem… Możemzrobić fszystko… Co k-kcemy… Fiesz to? - Urwałem, bo tej nocy jednocześnie brakowało i nie brakowało mi słów, język plątał się, jak chciał, a myśli pojawiały się i znikały, nie bacząc na to, czy przybrały właściwe formy. Przesunąłem ręką po jej ramieniu, powoli, bez pośpiechu, zatrzymując ją na jej karku, gdzie skóra była ciepła i miękka, zupełnie niepasująca do zimnej, kamiennej wieży. - Możem… Czego byś kciała? Powiedz tylko. Mogę ci dać... Fszystko. Tylko poe’c... Po’edz mi, czego cesz. Wszystko ci... Kupię, wyczaruję, ukradnę. Tylko poe'c. - Dodałem ciszej, patrząc jej w oczy, pochylając się i znowu muskając jej dolną wargę, bardziej drażniąc niż całując, jakbym chciał sprawdzić, czy naprawdę tu była, czy nie zniknie, jeśli przestanę jej dotykać. - Pooe-e’c. Poe’c mi… Po prostu poe’c, czego pragniesz. Tylko jenne s-słowo. Albo ociaż mrugnij. Merlinie, t-ty tak... Tak s-słodko paczysz. Ugh, chciałbym cię schrupać, s-serio… D-damci fszystko, tylko-mi-poe’ć... sss-słowo-ohonoru. - Powiedziałem to z tą samą bezczelną szczerością, która tej nocy wydawała się jedyną możliwą formą istnienia, to było najpiękniejsze kłamstwo, w jakie wierzyłem - albo może wcale nie było kłamstwem, tylko noworocznym życzeniem wypowiedzianym odrobinę zbyt wcześnie - było też tak strasznie proste, tak absurdalnie jasne, że aż obraźliwe wobec wszystkich lat, które zmarnowaliśmy na udawanie, że najchętniej zepchnęlibyśmy się nawzajem z klifu. Nie zachowywałem się normalnie, wiedziałem o tym, ale wcale nie chciałem wracać do tego, co było wcześniej. Pragnąłem tej zmiany, wspólnego siedzenia pod drzewem na błoniach, obejmowania się ramionami, spotkań po meczach i treningach, cholera, nawet przesiadywania razem w bibliotece nad ostatnimi nudnymi esejami - chciałem tego wszystkiego, a przede wszystkim - pragnąłem wiedzieć jedno.
- Oczym... Oczymteraz mślisz? O czym mślisz? Bo ja tylko o jednym... - Zapytałem w tej samej chwili, w której przyszło mi to do głowy, uśmiechałem się przy tym, ale w moim głosie było coś upartego, coś pewnego, coś, co nie zamierzało przyjąć żadnej wymijającej odpowiedzi, przynajmniej, dopóki nie zorientowałem się, w jaki sposób zabrzmiały moje słowa - wtedy odrobinę straciłem rezon, bujając się na piętach butów i starając się to poprawić. - Znaczy się... Nie. Nie-nie. Nie bierz mnie za prymitywa. Aż tak fstawiony nie jestem... Chyba. Nie zaleszy mi na tym, szebyśmyy, zna’szy na tym teeeż, bo tak stoisz… I tak pachniesz… Truskawkami? Biblioteką? I Merlinie, to napięcie mnie wykończy… Choc’iaż… Ale… Jasne, że o tym teeeż myślę, b-bardzo... Bo pachniesz... Ale mślisz o śnieżycy? Pizga tam, co? A tu ciepło... Ff-iesz, jak mi gorąco? Ale… J’eju... Ale... Ale m’yślę o czymś jeszcze. Ale… Zafszetobyło… Bo s-strasznie fciągasz, wiesz? I tak p-pachniesz... Merlinie, t-tak bardzo p-pachniesz… - Wziąłem głęboki oddech, próbując wrócić do wcześniejszej myśli. - Myślisz o tej śniiżysy na zewnącz? - Wbiłem w nią wzrok, przechylając lekko głowę, chociaż obraz trochę mi uciekał. - Czy jes’eś mądrzejsza ode m-mnie i k-kminisz tylko o tym... Jak f-fpytę mamy szczęśe... Że mnie właśnie całujesz? - To było bezczelne, zaczepne, może trochę narcystycznie brzmiące, ale tym razem to nie była kalkulacja - nie była to jedna z tych rzeczy, które mówiłem, żeby coś osiągnąć, sprowokować reakcję - to był żart, czysta, pijana wiara w to, że skoro już tu dotarliśmy, w końcu przestaliśmy uciekać, to tym razem nie zniszczymy tego zbyt wieloma zbędnymi myślami.
- Wiesz, s-so mślę ja? S-so mśli t-twój najjjlepszy rzucacz? Najlepszy, taa-ak... Powiec, że taaaa-k. - Nie czekałem, aż zapyta, przesunąłem nosem wzdłuż jej skroni, wdychając zapach jej włosów, pozwalając sobie na tę chwilę bez żadnych zabezpieczeń, bez żadnej ostrożności, której trzymałem się przez całe lata. - Myślę, że sspę’ziliśmy zbyt wiele czasu, u’ając ludzi, którymi nigdy nie byliśmy. Ja nie jessstem taki... Ja chcę cię ty’ko złapać. Jestem naj’lepszym ścigającym, nie? Nawet, jak sam ssię wj-wje-bałem w obrętsz… To daj się... Daj się sssłapać? - Patrzyłem na nią tak, jak patrzyłem kiedyś, bez dystansu, który zamieniał każde nasze spotkanie w pojedynek zamiast w rozmowę, i nagle nie rozumiałem, po co to wszystko było - po co te wszystkie ostre słowa. Po co to udawanie, że jej nie potrzebowałem. Po co to teatralne przekonanie, że było mi wszystko jedno. Nie było, nigdy nie było.
- Złapałem tyle kafli w tym sezonie, ale… Chciałbym cię ts’ymać za rękę, jak kiedś… Masz... Masz zimne łapki. Chłodne. Wsadź je... No, pod moją koszulę. Ogrzej się o mnie, jestem gorący jak... Nie wiem co. Mo’esz mnie dotykać, fszędzie, jak chcesz, nie gryzę... No, chyba że chcesz. Ja chcę, żebyśmy-my… Bo cię lubię. Masz tę czapkę z rogami, śmiesznie wyglądasz... Ale wiesz, w czym wyglądałabyś lepiej? O’błędnie. W moim szaliku. Albo w mojej koszulce meczowej. Chcę cię widzieć w moich barwach, we fszystkim, co moje. Wieszssso, Sunny… Fiesz o tym... Na pewno. Fszystko fiesz, ale… Sssuchaj mnie… Chchcę cię mmieć ppszy, fieszssso, fiesz... Sssso… Ten niebieski... Ravenclaw ma beznadziejne kkolory… Niebieski jest nudny… Llepiej byś fygla-fygla-dała na meszach… Ffiesz jak ssmu’no mi ttam bez ciebie? I wieszssso? Złoto fiesz... Złoto z czerfienią lepiej do ciebie pasują… - Zupełnie nie pilnowałem tego, co opuszczało moje usta. Nie pamiętałem, kiedy ostatni raz czułem się tak lekki w jej obecności - tak, jakby ktoś zdjął ze mnie wszystkie te ciężkie, bezużyteczne ciężary, które nosiłem za długo, całą tę starannie zbudowaną obojętność, którą traktowałem jak drugą skórę, bo łatwiej było udawać, że nic nie czuję, niż przyznać, że czułem wszystko naraz. Teraz nic z tego nie zostało - została tylko ona i ja, i to absurdalne, cudowne poczucie, że świat wreszcie przestał być przeciwko temu czemuś, co zawsze między nami istniało, tylko zmieniało intensywność. Parsknąłem cicho, bardziej rozbawiony niż zirytowany - całe te nasze pojedynki, spojrzenia, wszystkie momenty, kiedy jedno z nas wychodziło z pokoju tylko dlatego, że drugie tam było - to wszystko było zupełnie niczym wobec kilku kwadransów świątecznej rozmowy w samym środku śnieżnej nocy, no i może jeszcze paru głębszych, bo przecież nie dało się ukryć ich wkładu w pierwsze kroki naszego sojuszu.
- Sommplikowaliśmy to. A fystarczyło tylko cię p-pocałować. I fszystko inne też wystarczy. - Cmoknąłem ją krótko, niemal zaczepnie, w sam środek nosa. - I to. - Jeszcze raz, tym razem wolniej, skupiając się na trafieniu w kącik miękkiej, lekko opuchniętej dolnej wargi dziewczyny. - I to. - Pocałowałem ją znowu, bez planu, bez strategii, bez wahania zasypując ją drobnymi pocałunkami - po włosach, czapce i po twarzy, nie próbując nic osiągnąć, tylko ponownie ją rozbawić.
Po pięciu, dziesięciu, a może piętnastu chaotycznych muśnięciach, zupełnie bez jakiejkolwiek koordynacji, odsunąłem się odrobinę, z tym czymś wymalowanym w oczach, co gdzieś we mnie przetrwało, mimo że przez ostatnie lata robiłem wszystko, żeby zdusić w sobie wszystkie cieplejsze reakcje.
- Chcę z ttobą fyyyść… Nie dlate’o, że ssię naje’ałem… Tylcho, nooo. Słowo honoru, bez ściemy.
Dotychczas wszystko między nami było strategią - kto pierwszy spojrzy, kto pierwszy ustąpi, kto powie coś ostrzejszego - teraz miałem wrażenie, że wygraliśmy coś znacznie lepszego niż kolejną potyczkę. Wygraliśmy chwilę, w której nie trzeba było udawać, więc nie zamierzałem tego robić.


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8000), Prudence Fenwick (3911)




Wiadomości w tym wątku
[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 15.02.2026, 23:43
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 01:23
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 16.02.2026, 21:27
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 19.02.2026, 21:25
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 20.02.2026, 12:20
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 22.02.2026, 04:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa