20.02.2026, 14:07 ✶
– Nie jestem pewna, czy nazwałabym to przyjaźnią – stwierdziła z pewnym zamyśleniem. Brenna jako nastolatka chętnie zawracała głowę innym, nie zawsze wyłapując sygnały, że sobie tego nie życzą, ale jako dorosła wiedziała, że niektórzy po prostu nie chcieli kontaktów i narzucała się rzadko. Łatwo też przywiązywała się do ludzi. Ale przybysz ze skandynawskich lądów był spokojny, miły, uczynny, ale i odrobinę zdystansowany i zawsze zajęty swoją pracą. Lubiła Hjalmara, zawsze witała go radośnie i pytała, co u niego słychać, bywało, że przychodziła z zamówieniem albo podrzucała kawałek ciasta, ale też starała się nie przekraczać jakichś granic. – Ale to… może to zabrzmi głupio, ale nazwałabym go dobrym człowiekiem. Takim naprawdę dobrym. Pasujecie do siebie – powiedziała, posyłając Pandorze odrobinę psotny uśmiech, wbrew nerwowości, wciąż czającej się gdzieś w duchu, mimo tego, że chmury na niebie pozostawały tylko chmurami. I że gdy się rozglądała, nie dostrzegała ani śladu dymu ani ognia. – Myślę, że to byłby niezły pomysł, jeśli nie miałby z tym problemu? Myślałam o kupnie czegoś i zaoferowania ludziom, ale… wiesz, mogliby wtedy wziąć to miejsce na cel z mojego powodu.
Bo w końcu jej nazwisko było kojarzone z działaniami przeciwko śmierciożercom. To Pandory niekoniecznie.
– Trzeba by to rozegrać ostrożnie, żeby… nie próbowano uczynić z tego symbolu. Na zasadzie pomocy potrzebującym, nie politycznie, i no na pewno nie mogliby tam być tylko ci, którzy są mugolskiego pochodzenia. Mogłabym pewnie załatwić pomoc paru osób… – Dosłownie, wtedy, gdyby to było przeznaczone tylko dla tych postrzeganych przez śmierciożerców jako „brudna krew”, to byłby cudowny cel. Ale już jedna taka rodzina, a pięć półkrwi? To powinno zadziałać. Można by zorganizować tam coś nawet prowizorycznie, dla tych rodzin, które ucierpiały najbardziej i nie miały szans do zimy odbudować swoich domów… albo tkwiły w przeklętych lokalach, bo nie było miejsca, do którego mogliby pójść. – Ranisz mnie prosto w serce takim niedowiarstwem – westchnęła, dotykając teatralnie klatki piersiowej. – W porządku, mam nadzieję, że się coś się uda. Może… może sytuacja się uspokoi.
A potem Voldemort znowu wszystko rozjebie.
Żyli w naprawdę paskudnych czasach.
Ale niekoniecznie chciała o tym teraz Pandorze mówić.
– Odpoczywałam całe dwa dni po Spalonej Nocy – zapewniła. Szczerze. Wprawdzie dlatego, że była w szpitalu, ale nie musiała się tym chwalić, prawda? – Dobra, rozumiem nagrodę motywacyjną. Ale każda karta z czekoladowych żab jest w porządku – oświadczyła jeszcze, zanim popchnęła furtkę.
*
W środku na naprawdę czekało faktycznie parę rzeczy, przy których umiejętności Pandory odnośnie mechanizmów i renowacji były nieocenione. Brenna zaś przynosiła, odnosiła i poza tym tam, gdzie to mogło na przykład coś ułatwić w naprawieniu na stałe, używała magii. Trochę przy tym eksperymentowała – niezauważalne dla postronnego, ale dla niej zawsze była to okazja do ćwiczeń, a starała się o takie rzeczy dbać, nie chcąc wyjść z wprawy, zaś kształtowanie... po prostu lubiła próbować z nim zupełnie nowych rzeczy. Na jak długo da radę zmaterializować rzeczy, które zwykle znikały w ciągu paru minut? Czy da się udoskonalić to zaklęcie, łącząc kształtowanie z transmutacją? Gdy nie musiała robić niczego skomplikowanego, plotkowała wesoło z Pandorą, i może trochę mniej wesoło, za to z zaangażowaniem z sąsiadką, starszą panią, która sama niewiele mogła zrobić, bo ani nie była bardzo potężną czarownicą, ani nie znała się na magicznych przedmiotach. Tak czy inaczej – w ciągu kolejnych dwóch godzin uwinęły się z częścią rzeczy.
Bo w końcu jej nazwisko było kojarzone z działaniami przeciwko śmierciożercom. To Pandory niekoniecznie.
– Trzeba by to rozegrać ostrożnie, żeby… nie próbowano uczynić z tego symbolu. Na zasadzie pomocy potrzebującym, nie politycznie, i no na pewno nie mogliby tam być tylko ci, którzy są mugolskiego pochodzenia. Mogłabym pewnie załatwić pomoc paru osób… – Dosłownie, wtedy, gdyby to było przeznaczone tylko dla tych postrzeganych przez śmierciożerców jako „brudna krew”, to byłby cudowny cel. Ale już jedna taka rodzina, a pięć półkrwi? To powinno zadziałać. Można by zorganizować tam coś nawet prowizorycznie, dla tych rodzin, które ucierpiały najbardziej i nie miały szans do zimy odbudować swoich domów… albo tkwiły w przeklętych lokalach, bo nie było miejsca, do którego mogliby pójść. – Ranisz mnie prosto w serce takim niedowiarstwem – westchnęła, dotykając teatralnie klatki piersiowej. – W porządku, mam nadzieję, że się coś się uda. Może… może sytuacja się uspokoi.
A potem Voldemort znowu wszystko rozjebie.
Żyli w naprawdę paskudnych czasach.
Ale niekoniecznie chciała o tym teraz Pandorze mówić.
– Odpoczywałam całe dwa dni po Spalonej Nocy – zapewniła. Szczerze. Wprawdzie dlatego, że była w szpitalu, ale nie musiała się tym chwalić, prawda? – Dobra, rozumiem nagrodę motywacyjną. Ale każda karta z czekoladowych żab jest w porządku – oświadczyła jeszcze, zanim popchnęła furtkę.
*
W środku na naprawdę czekało faktycznie parę rzeczy, przy których umiejętności Pandory odnośnie mechanizmów i renowacji były nieocenione. Brenna zaś przynosiła, odnosiła i poza tym tam, gdzie to mogło na przykład coś ułatwić w naprawieniu na stałe, używała magii. Trochę przy tym eksperymentowała – niezauważalne dla postronnego, ale dla niej zawsze była to okazja do ćwiczeń, a starała się o takie rzeczy dbać, nie chcąc wyjść z wprawy, zaś kształtowanie... po prostu lubiła próbować z nim zupełnie nowych rzeczy. Na jak długo da radę zmaterializować rzeczy, które zwykle znikały w ciągu paru minut? Czy da się udoskonalić to zaklęcie, łącząc kształtowanie z transmutacją? Gdy nie musiała robić niczego skomplikowanego, plotkowała wesoło z Pandorą, i może trochę mniej wesoło, za to z zaangażowaniem z sąsiadką, starszą panią, która sama niewiele mogła zrobić, bo ani nie była bardzo potężną czarownicą, ani nie znała się na magicznych przedmiotach. Tak czy inaczej – w ciągu kolejnych dwóch godzin uwinęły się z częścią rzeczy.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.