20.02.2026, 18:35 ✶
Pierwsze kilka zachłannych łyków sprawiło, że Helloise zaszumiało w głowie, lecz ani razu nie próbowała się wyrwać. Zgodziła się na to. Zaakceptowała z pełnym wachlarzem niebezpieczeństw, mimo że spoglądała ku nim bez radości — zostać wampirem wydawało się wyrokiem gorszym niż śmierć.
Przechadzka nocą po lesie bywa zdradliwa. Nocą w ciemnym lesie z trudem odnajduje się prześwity wśród koron drzew. Ciemny las więcej niż wzrokiem poznaje się przez dotyk — szuka się pod stopami znajomej ścieżki i dłońmi wyczuwa znajomy układ drzew. Trzeba czuć las, bo inaczej — zgubiwszy się — całą noc można ślepo krążyć wokół domu i nigdy nie trafić na ścianę.
Lecz wampirzyca karmiła się coraz wolniej. Okazała się łagodna i niemal troskliwa. W półmroku cichej chaty, gdzie jedynie sporadyczne skrobanie wiewiórek o dach przypominało, że nie są wśród podleśnego zakątka same, czarownica słyszała każdy łyk spijającej ją istoty. Czuła twarde, wgryzione w nadgarstek kły oraz miękkie usta wokół tej rany. Ból tępiał i wkrótce była już znów tylko słodka błogość.
Nie z wampirzycy pochodził ten jad, który uskrzydlał umysł i mroczył ciało — lecz z wiedźmy. Zatrucie opium usuwało ból, łagodziło strachy, gniewy i smutki, dostrajało umysł, aby myśli drżały w rytmie anielskich niemalże melodii. Tym niebem Helloise podzieliła się przez krew z Lucy.
Zachichotała krótko, gdy wampirzyca — skończywszy się posilać — przystawiła do ugryzienia serwetkę. Kobieta od razu odsunęła ów opatrunek, na którego materiale zdążyły odbić się krwawe ślady. Patrzyła ze swobodnym zainteresowaniem na broczącą leniwie krew oraz siniak, jakim nabiegły brzegi rany.
— Uroczo — potwierdziła. Uniosła na Rosewood oczy, gdy ta dotknęła jej policzka. Sennym wzrokiem opiożercy przesunęła po bladej twarzy i zatrzymała się na ustach wciąż zaplamionych na czerwono. Zaplamionych nią. Pozwoliła przeklętej istocie zaczerpnąć ze swojego życia niemal jak w nekromantycznym rytuale, tyle że zupełnie organicznym. — Jesteś taka śliczna, wiesz? — wymruczała, obejmując wampirzycę ramionami wokół szyi. — Mówiłam. Że nie pożałujesz. Nakarmiłam cię. O czym jeszcze była nasza umowa? — Zbliżyła usta do ucha Lucy, łaskocząc lodowatą skórę ciepłym oddechem. — Ach, tak, pomogę ci w znalezieniu… kochanków.
Przechadzka nocą po lesie bywa zdradliwa. Nocą w ciemnym lesie z trudem odnajduje się prześwity wśród koron drzew. Ciemny las więcej niż wzrokiem poznaje się przez dotyk — szuka się pod stopami znajomej ścieżki i dłońmi wyczuwa znajomy układ drzew. Trzeba czuć las, bo inaczej — zgubiwszy się — całą noc można ślepo krążyć wokół domu i nigdy nie trafić na ścianę.
Lecz wampirzyca karmiła się coraz wolniej. Okazała się łagodna i niemal troskliwa. W półmroku cichej chaty, gdzie jedynie sporadyczne skrobanie wiewiórek o dach przypominało, że nie są wśród podleśnego zakątka same, czarownica słyszała każdy łyk spijającej ją istoty. Czuła twarde, wgryzione w nadgarstek kły oraz miękkie usta wokół tej rany. Ból tępiał i wkrótce była już znów tylko słodka błogość.
Nie z wampirzycy pochodził ten jad, który uskrzydlał umysł i mroczył ciało — lecz z wiedźmy. Zatrucie opium usuwało ból, łagodziło strachy, gniewy i smutki, dostrajało umysł, aby myśli drżały w rytmie anielskich niemalże melodii. Tym niebem Helloise podzieliła się przez krew z Lucy.
Zachichotała krótko, gdy wampirzyca — skończywszy się posilać — przystawiła do ugryzienia serwetkę. Kobieta od razu odsunęła ów opatrunek, na którego materiale zdążyły odbić się krwawe ślady. Patrzyła ze swobodnym zainteresowaniem na broczącą leniwie krew oraz siniak, jakim nabiegły brzegi rany.
— Uroczo — potwierdziła. Uniosła na Rosewood oczy, gdy ta dotknęła jej policzka. Sennym wzrokiem opiożercy przesunęła po bladej twarzy i zatrzymała się na ustach wciąż zaplamionych na czerwono. Zaplamionych nią. Pozwoliła przeklętej istocie zaczerpnąć ze swojego życia niemal jak w nekromantycznym rytuale, tyle że zupełnie organicznym. — Jesteś taka śliczna, wiesz? — wymruczała, obejmując wampirzycę ramionami wokół szyi. — Mówiłam. Że nie pożałujesz. Nakarmiłam cię. O czym jeszcze była nasza umowa? — Zbliżyła usta do ucha Lucy, łaskocząc lodowatą skórę ciepłym oddechem. — Ach, tak, pomogę ci w znalezieniu… kochanków.
dotknij trawy