• Londyn
  • Świstoklik
    • Mapa Huncwotów
    • Spis lokacji
  • Dołącz do gry
  • Zaloguj się
  • Postacie
  • Accio
  • Indeks
  • Gracze
  • Accio
Secrets of London Poza schematem Retrospekcje v
1 2 3 4 5 … 16 Dalej »
[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.

[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight.
Local Dumbass
I wanna know what youʼre thinkin'
I got a couple secrets too
Bull in a china shop
Tear it up no matter what
Ask me if I give a fuck
wiek
33
sława
III
krew
zdrajca krwi
genetyka
—
zawód
klątwołamacz/najemnik/łowca
bardzo wysoki - 196 cm / atletyczna sylwetka / ciemnobrązowe, półdługie włosy / brązowe oczy / cztery złote kolczyki (małe kółka) w lewym uchu / obrączka ślubna z grubego, topornie kutego złota na palcu / poparzenie na szyi od prawej strony i części prawego ucha / nadkruszona prawa trójka / luźny, praktyczny styl ubioru / wytatuowany pod rękawami skórzanych albo materiałowych kurtek / sprężysty krok, jakby zawsze gdzieś się spieszył / "francuski" akcent - miękkie r, zmiękczone głoski, cichy głos

Benjy Fenwick
#6
22.02.2026, 04:46  ✶ (Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.04.2026, 21:14 przez Benjy Fenwick.)  
Piekło zamarzło, a ja razem z nim, chociaż wcale nie czułem mrozu, bo byliśmy już we wnętrzu zamku. Stałem na tej przeklętej, zaśnieżonej wieży, która nagle stała się najpiękniejszym miejscem w całym Hogwarcie, piękniejszym niż Wielka Sala w świąteczny wieczór, piękniejszym niż boisko do Quidditcha skąpane w słońcu. Patrzyłem na Prudence i czułem, jak krew pulsuje mi w skroniach, rytmicznie, ciężko, podkręcona alkoholem i tym niewyobrażalnym, obezwładniającym szczęściem, które sprawiało, że czułem się nieśmiertelny. Wszystko inne - moje nazwisko, ten cholerny rygor, oczekiwania ojca, który pewnie teraz siedział w fotelu i planował własną i cudzą przyszłość, jak kolejny ruch na szachownicy - to wszystko przestało istnieć. Był tylko ten moment, miękki sweter pod moimi moimi palcami i dziewczyna, która patrzyła na mnie, jakbym naprawdę był kimś ważnym, a nie tylko aroganckim gówniarzem z dobrego domu.
Kiedy się zaśmiała i powiedziała, że tu jest i że ja tu jestem, i że to jest proste, poczułem, jakby kamień spadł mi z piersi - wielki, ciężki ostry głaz, który nosiłem tam od lat - zaśmiałem się cicho, czując, jak kręci mi się w głowie, ale tym razem to był ten rodzaj zawrotu głowy, który sprawia, że masz ochotę skakać z wieży, wierząc, że na pewno polecisz, nic gorszego.
Świat wirował, nie tak, jak po upadku z miotły, kiedy horyzont przechyla się niekontrolowanie, aż wreszcie grunt boleśnie uderza cię w potylicę, ale tak… Uśmiechnąłem się szeroko, czując tę niesamowitą, pijaną wolność - to było jak zrzucenie zbyt ciasnej szaty po całym dniu oficjalnego bankietu, wszystko to, co „powinienem”, nagle przestało istnieć. Patrzyłem na nią, a ona mrużyła te swoje mądre oczy, marszczyła nos tak, jak robiła to zawsze, kiedy próbowała rozwiązać jakieś cholernie trudne zadanie, tylko że teraz tym zadaniem byłem ja - ja i to, co wybełkotałem sekundę temu. Moje dłonie na jej talii... Merlinie, opuszkami palców czułem każdy splot zmrożonego, lekko wilgotnego od śniegu, wełnianego swetra, ale pod spodem było to ciepło, prawdziwe, pulsujące ciepło bijące od skóry dziewczyny, o której śniłem od czwartej klasy, nawet jeśli w tych snach na samym początku najczęściej kłóciliśmy się o to, kto ma lepsze oceny ze starożytnych run, nie zaczynaliśmy od pocałunków.
Tym razem moja Sunny stała tak blisko mnie, nie odsuwając się z własnej woli, że czułem wokół siebie aromat truskawek wymieszany z kurzem starej biblioteki i czymś, co mogłem zdefiniować jedynie jako „jej własny zapach” - uderzał mi do głowy mocniej niż ta przeklęta brandy, którą piliśmy wcześniej. Patrzyłem na nią i czułem, jak pod wpływem alkoholu i tej dziwnej, świątecznej atmosfery, wszystkie mury, które tak starannie budowałem przez ostatnie lata, sypią się w proch. Byłem pijany, jasne, obraz mi uciekał, pięty lekko mrowiły, gdy bujałem się na nogach, a język zdawał się być o dwa rozmiary za duży, ale jednocześnie nigdy w życiu nie czułem się tak… Trzeźwy, jakbym odnalazł coś, co zgubiłem lata temu w zakamarkach zamkowych korytarzy - miałem to absurdalne, obezwładniające poczucie, że w końcu, po raz pierwszy od Merlin wiedział ilu lat, oddychałem czystym powietrzem. To było tak fizyczne, tak namacalne uczucie, że byłem skłonny uwierzyć w jego prawdziwość i we wszystko, co sobie dziś mówiliśmy - nie było w tym żadnej magii, a jednocześnie był to najpotężniejszy urok, jakiego kiedykolwiek doświadczyłem. Patrzyłem na Prue i widziałem w niej wszystko - całą naszą przeszłość, te wszystkie durne kłótnie, te momenty, kiedy chciałem nią potrząsnąć, i te, w których marzyłem, żeby chociaż raz spojrzała na mnie tak, jak patrzyła teraz - jakby świat nie był skomplikowaną szachownicą pełną nazwisk i układów, tylko jasną, zaśnieżoną scenerią tarasu, na którym byliśmy tylko my dwoje, jeszcze przed chwilą turlając się w śniegu i pozwalając sobie na wszystkie głupoty.
Zacisnąłem mocniej palce na jej swetrze, czując pod spodem ciepło, które zdawało się topić śnieg zalegający na parapecie. Świat wirował, wieża astronomiczna lekko się kołysała - albo to ja się kołysałem na piętach, nie byłem pewien, ale dłonie na jej talii trzymały mnie w pionie lepiej niż jakikolwiek czar stabilizujący. Kiedy wspomniała, że „teraz się liczy”, poczułem nagły przypływ filozoficznego natchnienia, które mogło zrodzić się tylko w głowie kogoś, kto wypił o trzy kolejki za dużo, a potem wszedł na najwyższy punkt w zamku.
- Nooo... no prooos’te... Jak... Jak fbi-fbi’cie gola... Nie, ff-bi-cie gola nie jess’t proste, ale... M-my... My tess’ teraz jess’teśmy proooś’ci. Nooo... Prossteeści jak... Jak lot na wpros’... Bez... Bez ty’h fszys’kich sss’zyf-frów i... I fo-fo-fojen podjaa-jazdowy’h. - To brzmiało dobrze, naprawdę dobrze, znacznie lepiej niż nasze zwykłe rozmowy. Nie byłem miły? No jasne, że nie byłem, byłem straszny, naprawdę, jednak jakimś cudem staliśmy tu, w tym półmroku, a ja czułem się tak, jakbym nagle, po latach walenia głową w mur, odkrył, że drzwi cały czas były otwarte, tylko wystarczyło przestać się szarpać z klamką. - Ale ja... Ja wcale nie chcia’em, żebyś była głuptasem… To było głuptasostfo… - Tak, tak - i nawet jeśli w tym momencie usiłowała pokazywać mi, że chodziło o „ociupinkę” niewłaściwe zachowanie, musiałem potrząsnąć głową. Byłem najgorszym rodzajem dupka, bo wiedziałem dokładnie, gdzie uderzyć, żeby ją zabolało, robiłem to, bo bałem się, że jak przestanę ją ranić, to ona zauważy, że trzęsą mi się ręce, kiedy przechodzi obok. A teraz? Teraz te ręce nie trzęsły się wcale - no, prawie wcale, ale takie „prawie” się nie liczyło, bo w moich oczach były pewne - zacisnąłem je odrobinę mocniej na jej plecach, przyciągając ją tak blisko, że czułem bicie jej serca - albo swojego - w sumie to już nie wiedziałem, gdzie kończę się ja, a zaczyna ona. Patrzyłem na nią, starając się skupić wzrok, co przychodziło mi z trudem, bo jej twarz dwoiła się i troiła, ale każda z tych wersji była tak samo pociągająca.
- Mer’linie, Sunny... T-ty ss’yba fiesz... fiesz, że ja cię... Ja cię f’cale nie n-nie nienawidzi’em, nie? Ja ty’ko... Ja ty’ko nie u-umia’em inaszej… -  Wybełkotałem, słowa wylewały mi się z ust, lepkie i chaotyczne, ale tak strasznie szczere, jak nigdy. - Jeba’ś to... Co b-było. M-masz rację, słońce... Te-teraz. Ty-ty’ko t-teraz sssię liszy. T-teraz i... I to sso bę-bę-zie, mosze trochę tesz. Ooo-ciupinkę. - Podobała mi się ta jednostka miary, słowo honoru. - Chciałabyś fiedzieć fszystko? Ja ci fszystko po’iem. Fszystko! Może-możesz mnie zapytać o co cesz. O to, co mam w szafce, o to, o czym śnię… Sokolwiek kcesz. - Pokiwałem mocno brodą, góra-dół, aż zakręciło mi się w głowie. Na szczęście to nie był ten rodzaj wirowania, który kończy się bliskim spotkaniem z posadzką wieży astronomicznej - chociaż, Merlin mi świadkiem, podłoga wydawała się dzisiaj podejrzanie niestabilna.
- Fiesz już? To dobrze. Bo ja fiedziałem... Znaczy... Myślałem, że fiesz, ale potem myślałem, że mnie… Fiesz, i ftedy ja zacząłem… Noo, fiesz. - Bo przecież nawet, jak nie wiedziała wszystkiego, to wiedziała wszystko, bo mogła mnie o wszystko pytać, to było logiczne, prawda?
Merlinie, jak ona na mnie patrzyła - spoglądanie z tak bliska w jej rozszerzone źrenice było otumaniające, całkowicie oszałamiające, zupełnie, jak niekontrolowany lot na miotle - ten moment, kiedy wpadasz w korkociąg i przez ułamek sekundy nie wiesz, gdzie jest ziemia, a gdzie niebo, ale masz to w nosie, bo adrenalina rozsadza ci żyły. Tylko że teraz to nie było nic głupiego, ani brawurowego, to była Prudence, moja Pruey, moja mała, mądra, pyskata Sunny, która właśnie stała w moich ramionach i mówiła rzeczy, od których serce biło mi szybciej niż podczas finału quidditcha. Czułem na sobie jej wzrok i miałem wrażenie, że te oczy, te wielkie, mądre ślepia, przewiercają mnie na wylot, docierając do miejsc, których sam nie odwiedzałem od lat. Czułem ogarniającą mnie ta dziwną pewność jutra - coś, czego nigdy wcześniej nie miałem - zawsze planowałem, zawsze kalkulowałem, a teraz? Teraz po prostu wiedziałem.
- Wieszssso… Ty… Ty nie masz pojęcia… Co ty robiszszsz… - Mruknąłem, bez wyrzutu, bardziej do siebie niż do niej, chociaż może… Moooże wiedziała? Może też to czuła? Bo ja… Ja czułem się... Lekki, tak cholernie lekki, jakbym zrzucił z pleców cały ten pancerz z herbem rodowym, wszystkie oczekiwania ojca, durne zasady dyktujące, kto z kim powinien rozmawiać i dlaczego ja niby miałem być tym złym. Byłem bucem, no jasne, że byłem, największym w całym Hogwarcie - mogłem to teraz przyznać na głos, bez zgryzoty, bez dumy, pierwszy raz w życiu czując aż taką ugodowość - ale kiedy poczułem jej ciało lgnące do mojego, pomyślałem wyłącznie to jedno „jebać to”, które nie wymagało głębszego rozwinięcia. „Jebać wszystkich”, Merlinie, to było najpiękniejsze wyznanie uczuć, jakie w życiu słyszałem, piękniejsze niż sonety, które pisały te gęsi z Hufflepuffu. Jebać te wszystkie lata, kiedy udawaliśmy, że się nienawidzimy, chociaż za każdym razem, gdy przechodziła obok na korytarzu, moje serce robiło fikołka, którego nie powstydziłby się żaden zawodowy miotlarz. Moja Pruey właśnie teraz, z tymi krzywymi rogami na głowie i rozmazanym spojrzeniem, przybiła pieczątkę na naszym wspólnym pakcie przeciwko całemu światu, jej rezolutne „jebaś wszystkich” było najsłodszą rzeczą, jaką usłyszałem w życiu. Moja ułożona, mądra Prudence przeklinała. Dla mnie. Ze mną. To było lepsze niż wygrany puchar domów - naprawdę.
A potem padły te słowa - te, które powinny mnie uspokoić, jednak sprawiły, że poczułem gwałtowny opór. „Nie chseniszego. Nic nie chce. Bądźź tu poprossu”.
Zmarszczyłem brwi, a mój pijany mózg natychmiast przeszedł w tryb „muszę-ci-dać-cały-wszechświat”.
- Mówisz, że nic nie ch-chsess? - Przechyliłem głowę na lewo i spojrzałem na nią, starając się złapać ostrość. Nawet jeśli wyglądała tak niesamowicie w tym świetle, lekko rozmyta na krawędziach, z rumieńcami i roziskrzonym spojrzeniem, gadała całkowite farmazony. - C-co? Jak to nic nie ch’esz? - Oburzyłem się z parosekundowym opóźnieniem, gdy tak naprawdę dotarły do mnie jej słowa, mój głos podjechał o oktawę wyżej - tylko po to, żeby zaraz zejść do prychnięcia i niezadowolonego burkotu. - Sssuchaj mnie... Sssuchaj mnie teraz uważnie, bo nie bę’dę powtarzał... Chyba. -  Nim się obejrzałem, złapałem jej twarz w obie dłonie, próbując sprawić, by patrzyła prosto na mnie, nawet jeśli już wcześniej nie odwracała wzroku. - Guzik prawda. Jesteś głuptasem, jeśli m’yślisz, że ci nic nie dam. Bo ja... Ja chcę. - Uważałem to za naprawdę solidny argument. - Chcę ci kupować szystko. Chcę ci dawać... Mosseee… Sss-swetry, i książki, i... I biżuterię, która bę’zie pasować do twoich oczu. - Potrząsnąłem lekko głową. - Będę tu. Jasne, że bę’dę. Tu, tam, w bibliotece, na meczu, w sssalonie... F-szędzie. Ale... Ale chcę ci dawać ssszeczy. Na święta, na urodziny... I bez okazji też. Bo... Bo mo’gę. Bo zasługujesz na fszystko, co najjjlepsze. Nawet jeśli mówisz, że nie ch’cesz... To ja ch’cę. Jak poczeba, bę’siemy sssię o to kłócić, fiesz? Kolejna kłótnia… - Minimalnie się skrzywiłem, bo wcale nie chciałem się z nią kłócić, na szczęście zaraz sam to sobie zracjobalizowałem, łagodząc okoliczności występowania potencjalnej kości niezgody. - Ale ta bę’zie... Fajna. Bo ja mogę ci dać... Fsszystko. Rozumiesz? Chssę cię f-fziąć na spacer do Miodowego Królestwa i f-fykupić połowę sklepu. Chssę iś na bal i sprawić, że każdy bęś-będźsie nam zazdrościć tego, jak na siebie paczymy. Chssę ci ukraść... Nie wiem... ukraść gwiazdę z nieba, chociaż... Chociaż to b-brzmi jak coś, co pedał pisałby w liście, nie? Ale... Ale ja tak myślę, bo ja jestem… Zedeter-zdeter-determinowalny. Mogę nawet… Nawetiśćstobądobibliotekiiudawaćżeczytamigapićsiętylkokątemoka. Umiem to! Słowo! - Próbowałem wypowiedzieć to z godnością arystokraty, ale wyszło coś, co przypominało raczej odgłos dławiącego się hipogryfa. Wyprostowałem się gwałtownie, mało nie tracąc równowagi, i wyszczerzyłem zęby w tym naprawdę szerokim uśmiechu, trzymając w ramionach jedyną dziewczynę, która kiedykolwiek potrafiła sprawić, że czułem się jednocześnie jak król świata i totalne zero - w zależności od okoliczności, które teraz były zdecydowanie łagodzące - to była prawda, absolutna, niepodważalna prawda, którą czułem w każdym uderzeniu serca, tak mocnym, że aż dudniło mi w uszach, zagłuszając wycie wiatru za oknem. Świat na zewnątrz był biały, zimny i wrogi, ale tutaj, w tej ciasnej, zakurzonej przestrzeni wieży astronomicznej, stworzyliśmy własną, ciepłą enklawę przypominającą coś na pograniczu snu i jawy. Ta chwila była jednocześnie niezwykła i tak niesamowicie realna, zapach stojącej przede mną dziewczyny - ten miks truskawek, starych pergaminów i czegoś, co należało tylko do niej - uderzał mi do głowy mocniej niż brandy, którą piliśmy wcześniej, chociaż na pograniczu zmysłów nadal wyczuwałem wiśnie w słodkim syropie. Chciałem powiedzieć, że byłem największym idiotą w całym Hogwarcie, i gdyby istniała kategoria w SUMach z „bycia totalnym debilem w stosunku do dziewczyny, na której ci zależy”, to dostałbym od razu Wybitny, ale… Zamrugałem gwałtownie, bo obraz twarzy Prue na moment mi się rozdwoił, a nie chciałem stracić ani sekundy z tego widoku. Przeszłość? Jebać przeszłość. Te wszystkie lata, kiedy rzucałem w nią sarkazmem, żeby tylko nie musieć przyznać, że śnię o niej po nocach? Spalone. Nieistotne. Liczyło się tylko tu i teraz - ciepło ciał kontrastujące z zimowym chłodem.
„Mogem?” - ja mogłem tylko wydać z siebie jakiś nieokreślony dźwięk, będący mieszanką przytaknięcia i jęku zachwytu. Mogła? Merlinie, mogła wszystko, nie musiała pytać, w tym momencie na wszystko bym jej pozwolił, a przecież ta propozycja wyszła ode mnie. Całe szczęście postanowiła się nie wahać, nie było w niej ani odrobiny zbędnej zachowawczości, to było naprawdę cudowne.
- H-haaa… - Wciągnąłem gwałtownie powietrze, jeśli to było możliwe, jeszcze bardziej się prostując. - M-merlinie... Pruey... Ale ty... Ty m-masz zimne te r-ręce. C-chłodne jak... Jak d-deno jeziora w styczniu. - Zadrżałem, ale nie odsunąłem się ani o milimetr, wręcz przeciwnie, wypiąłem pierś, chcąc, żeby czuła każde uderzenie mojego serca, które teraz waliło jak oszalałe. Czułem się, jakbym unosił się kilka centymetrów nad ziemią, a jednocześnie te jej dłonie, wsuwające się pod moją koszulę, kotwiczyły mnie w miejscu lepiej niż jakiekolwiek zaklęcie wiążące. Były takie zimne, naprawdę, naprawdę chłodne. Wciągnąłem głośno powietrze, aż mi w płucach zagwizdało, i na moment zesztywniałem, bo ten dotyk był realniejszy niż cokolwiek, co przeżyłem przez ostatnie siedem lat w tym zamku, ale zaraz potem, kiedy jej palce powędrowały milimetr za wysoko, prosto na moje żebra, syknąłem przez zęby i skrzywiłem się, odruchowo spinając mięśnie. No, tak - pamiątka po ostatnim treningu, ten cholerny tłuczek, którym oberwałem prosto w bok, bo gapiłem się na zamek, zamiast pilnować pola - zupełnie o tym zapomniałem, a nasza wspólna wywrotka na śnieg na tarasie zdecydowanie zrobiła swoje. - Ugh… - Zmarszczyłem brwi, przełykając ślinę, która zrobiła się ciepła i lekko metaliczna w moich ustach. - Tam... Cze’aaj… U’ażaj… T-tam... T-tam nie… - Westchnąłem, łapiąc ją lekko za nadgarstek, żeby na chwilę zatrzymać tę małą wędrówkę. - Masz... masz oko, słońce. Zawsze... Zawsze trafiasz tam, g’zie najbardziej... No, boli. Albo tam, g’zie... najmilsiej. - Westchnąłem ponownie, przesuwając jej rękę odrobinę niżej, na mięsień, który nie był obity. - Nnnie patrz tak… - Dodałem od razu. - Prze’yję. Fszystko prze’yję. - To była trójka, tylko trochę niefortunnie umiejscowiona. - Trzymaj je tam. Czymaj je... Wszę’zie, fszę-dzie chzie kcesz… - Kiwnąłem głową, znowu z większym entuzjazmem, nie zamierzając rezygnować z dotyku, nawet jeśli miałem tam teraz siniaka wielkości talerza, w kolorze dojrzałej śliwki przechodzącej w zgniłą zieleń - to nie było nic godnego uwagi, zwłaszcza teraz, chociaż ból był ostry jak brzytwa. Nie na tyle jednak, bym nie otrzeźwiał na to, co padło moment później - w żadnym wypadku - aż zamrugałem, unosząc brwi wyżej, niż zamierzałem. No, niby tak, rzeczywiście była między nami znaczna różnica postury, ale w ustach Pruey to zabrzmiało…
- Nooo… Fiesz… S-ssłyszałem już różne rzeczy, ale „duży” z twoich ust brzmi… Bszmi… - „Kurwa, kurwa, kurwa…” - Bardzo… Ku-kusi-iszyście. - Przesunąłem wolną dłonią po karku, tam gdzie skóra była najdelikatniejsza, mając ochotę uszczypnąć się raz czy dwa, bo poczułem, że zaraz znowu ją pocałuję - jak można nie całować kogoś, kto mówi, że jesteś „duży” i chce przychodzić na twoje mecze, nawet jeśli ich nienawidzi? To jest… To jest miłość, nie? Albo przynajmniej coś, co jest od niej… O-o-o wiele lepsze. Ale nie chciałem… Nie chciałem się, no, nawet w tym momencie nie zamierzałem głupio się narzucać, to było naprawdę szczere - nie chciałem być prymitywnym palantem, nie w stosunku do niej. Głośno przełknąłem ślinę, podczas gdy moja wyobraźnia - i tak już pracująca na najwyższych obrotach - natychmiast podsunęła mi dziesiątki dwuznacznych skojarzeń. Zupełnie nie panowałem nad tym, że twarz moją wykrzywił ten najbardziej bezczelny, flirciarski półuśmiech, od którego zazwyczaj dziewczyny w pokoju wspólnym dostawały rumieńców, ale to była Prue, moja Prue, na nią to nigdy nie działało… Prawda? Ale teraz… Teraz się od-uśmiechiwała, całowała mnie, dotykała tymi swoimi zimnymi rękami, co znacznie utrudniało mi myślenie jasno.
- Moja koszulka… Twoja suk’ienka… - Powtórzyłem, moje oczy zaświeciły się z zachwytu, którego nie potrafiłem, a nawet nie chciałem ukryć - mój wzrok stał się dziwnie mętny i lśniący jednocześnie. Moje tęczówki, pewnie zamglone, ale błyszczące od tego specyficznego rodzaju głodu, który nie miał nic wspólnego z kolacją w Wielkiej Sali, błądziły po twarzy Prue, starając się wyczytać w niej coś więcej. Jej usta były miękkie, ciepłe i tak cholernie znajome, chociaż przecież nigdy wcześniej ich nie dotykałem. - O f-fpytę... Sunny... Ty... Ty n-nawet nie wiesz, c-co mi robisz... Mówiąc takie rz’eszy. - Pochyliłem się tak blisko, że czułem na wargach jej urwane „i...” sprzed paru chwil, które wciąż tam drżało. Poczułem, że zrobiło mi się  jeszcze bardziej gorąco na samą myśl o tym, w jaki sposób ten materiał opadałby na jej uda, jak rano… Rano by w niej spała, rozczochrana, z tymi swoimi mądrymi oczami jeszcze wpółprzytomnymi. A widok Prudence Bletchley w szkarłatnej pelerynie i koszulce, ze splotami miękkiej bawełny kończącymi się gdzieś w połowie jej kolan, podwiniętej do ud… Cholera. Moja wyobraźnia, już i tak mocno doprawiona alkoholem, podsunęła mi kolejny obraz - tak wyraźny, że aż zakręciło mi się w głowie - czułem jej drobne, chłodne dłonie pod moją koszulą i przysięgam, że w tamtej sekundzie cały świat mógłby spłonąć, Hogwart mógłby zapaść się pod ziemię, a ja tylko bym się uśmiechnął, bo to było... To było to - to było to, o czym śniłem w te wszystkie noce, kiedy udawałem, że nienawidzę jej zapachu, że irytuje mnie jej głos i że te jej wielkie oczy wcale nie sprawiają, że mam ochotę rzucić wszystko i zaciągnąć ją gdzieś, gdzie nie ma nazwisk, oczekiwań i tej całej chorej dumy. Przeszedł mnie dreszcz, od lędźwi aż po same końce uszu, i nagle poczułem się tak niesamowicie, obrzydliwie żywy. Wszystko inne - te durne zasady, czystość krwi, oczekiwania starego, te wszystkie lata, kiedy musiałem udawać, że jej nie widzę - to zniknęło, rozpłynęło się w oparach brandy i soku dyniowego. Została tylko ona - moja mała, bystra, rogata Prue. Kiedy ten szczery, niepohamowany śmiech wyrwał się z jej gardła, poczułem się tak, jakbym przed chwilą wyminął trzech obrońców, ominął tłuczka o włos i wpakował kafla prosto w środkową obręcz, tylko że to było miliony razy lepsze - jej śmiech odbijał się od zimnych, kamiennych ścian wieży, wibrował w mroźnym powietrzu, a ja chciałem ją chwycić na ręce, okręcić wokół własnej osi i zatrzymać na zawsze, był jak najczystsze zaklęcie rozpraszające całe to cholerne zło, które nosiłem w sobie przez ostatnie lata. Wyobraziłem sobie ją na trybunach, w moim szaliku, z zimową czapką na głowie i… Mógłbym złapać dziesięć zniczy naraz, chociaż nawet nie byłem szukającym, to zupełnie nie miało znaczenia. Musiałem, po prostu musiałem, powiedzieć te kolejne słowa.
Odsunąłem się o milimetr, żeby zobaczyć jej reakcję na to impulsywne, ale jednocześnie przemyślane pytanie - widziałem, jak mruga, trawiła te słowa, a we mnie wszystko zamarło. Patrzyła na mnie, poruszając tymi swoimi długimi rzęsami, jakby próbowała przetworzyć informację, że ten pewny siebie palant właśnie złożył jej propozycję, która nie miała nic wspólnego z jednonocną przygodą po soku dyniowym z wkładką. Czy to alkohol otwierał mi usta? Tak. Czy to on dawał mi odwagę? Absolutnie. Ale czy to, co czułem, było kłamstwem? Ani trochę. To była najprawdziwsza prawda, jaką kiedykolwiek wykrztusiłem - to było wyznanie godne pijanego Gryfona, głupio-odważne, ale w tym momencie czułem się jak król świata - stałem na szczycie wieży, z najmądrzejszą i najcudowniejszą dziewczyną w całym Hogwarcie, i wiedziałem, że jutro będzie lepsze niż jakiekolwiek dzisiaj, które do tej pory przeżyłem.
- Serio-serio, Pruey… Serio-naj-serio… Najserio-seriej-szej. - Pokręciłem głową, czując, jak kosmyki włosów opadają mi na oczy, i znowu przysunąłem się tak blisko, że czułem bicie jej serca pod swoimi palcami. To nie było wyśmiewanie - Merlinie, jak ja mógłbym ją wyśmiać, kiedy ona stała przede mną z tymi swoimi wielkimi oczami i plączącym się językiem, próbując upewnić się, czy ja aby na pewno nie żartuję?
- Wiesz co... Wieszss co jest gorsze od... Od bycia prymitywem? - Mruknąłem, a mój głos obniżył się o oktawę, stając się chropowatym pomrukiem, który czułem aż w piersiach. - Bycie... bycie kłamcą. A ja... Ja już nie kce kłamać. Zawsze-zawsze. Znaszy. Nigdy-nigdy.  - Poczułem się, jakby ktoś mi strzelił prosto w serce zaklęciem oszałamiającym - tylko takim, które zamiast zwalać z nóg, stawia cię do pionu i mówi „stary, nie spierdol tego”, więc - naturalnie - starałem się mówić jaśniej, niż byłem w stanie. Moje dłonie znów znalazły oparcie na jej talii, kciuki zaczęły kreślić nerwowe kółka na materiale tego strasznie miękkiego swetra, który musiał być naprawdę ciepły, patrząc na to, jak bardzo się rumieniła. - Ja się lubię. To znaszy… - „Huh…” - Ze sobąatobą. - Tak, to było dobre słowo. - Od… No, od lat, mała. Od pociągu, fiesz? Od tego pierwszego razu, jak feszliśmy do przedziału i… Od momentu, kiedy… Kiedy pierwszy raz kazałaś mi spadać na drzewo, a ja… Ja pomyślałem, że to najfajniejsze drzewo, na jakim w życiu nie byłem. - Zaśmiałem się, marszcząc czoło, ale tak… Inaczej niż zwykle, nie było w tym ani grama durnej wyższości, żadnego kpiącego prychnięcia przed ani po tych słowach, którym przez lata częstowałem każdego, kto podszedł zbyt blisko - to był taki śmiech, który rodził się gdzieś głęboko w brzuchu, tam gdzie teraz te wszystkie motyle, czy inne magiczne robactwo, urządziło sobie poligon doświadczalny. To nie był ten mój głupi, drwiący rechot, którym częstowałem Ślizgonów na korytarzu czy irytujących pierwszoroczniaków, to był śmiech kogoś, kto właśnie wygrał życie, chociaż był zbyt wstawiony, żeby przejść prosto po linii. Był czysty - pijany, jasne - ale czystszy niż cokolwiek innego w tym zamku, bo ta odpowiedź…
Przywarłem moimi ustami do jej warg, tym razem głodniej, pewniej, ignorując pulsujący ból w boku, bo to, co działo się między nami, było tysiąc razy mocniejsze niż jakikolwiek tłuczek na świecie. Jej dłonie wciąż tam były, pod cienką warstwą materiału, cieplejsze niż jeszcze chwilę wcześniej, tak ciepłe, że miałem ochotę ściągnąć ten sweter z niej, zrzucić swoją koszulę i zapomnieć o tym, że na zewnątrz było pewnie minus dwadzieścia stopni i szalała śnieżyca. Chciałem tylko czuć skórę przy skórze, słyszeć urywany oddech i wiedzieć, jeszcze bardziej czuć, że to się działo naprawdę - chciałem jej pokazać wszystko, o czym nie potrafiłem powiedzieć - każdą chwilę tęsknoty, każdą zazdrość ubraną w kpinę i całą tę dziką, nieskrępowaną radość, że wreszcie, po tylu latach, daliśmy się sobie nawzajem złapać.

Koniec sesji


[Obrazek: 4GadKlM.png]
« Starszy wątek | Nowszy wątek »

Użytkownicy przeglądający ten wątek: 1 gości
Podsumowanie aktywności: Przełącz sortowanie alfabetycznie/ilość słów Benjy Fenwick (8000), Prudence Fenwick (3911)




Wiadomości w tym wątku
[12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 15.02.2026, 23:43
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 16.02.2026, 01:23
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 16.02.2026, 21:27
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 19.02.2026, 21:25
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Prudence Fenwick - 20.02.2026, 12:20
RE: [12.1957] Everyone’s a little helpless around midnight. - przez Benjy Fenwick - 22.02.2026, 04:46

  • Pokaż wersję do druku
  • Subskrybuj ten wątek

Przydatne linki
Kolejeczka
Tryb normalny
Tryb drzewa