Nie wiesz, jakie skarby masz, dopóki ich nie stracisz. Obecnie rzeczywistość była pisała głębokimi nuty wiolonczeli, na którą naciągnięto ludzkie jelita cierpienia. Napięcie narastało, świat zaczynał zawodzić chórem wyśpiewującym wielogłosem coś, co miało się zdarzyć i co dogłębnie go przerażało.
— Dlatego uważam, że Departament Tajemnic jest przeżarty Śmierciożercami. Trzymają wiedzę w kieszeni. I chociaż Florence jest po naszej stronie... nie potrafię udowodnić, że jej wuj też. Albo jest absolutnie niezainteresowany, co czyni go jeszcze bardziej winnym. — Zazgrzytał zębami. — Postaram się wyciągnąć jak najwięcej z Departamentu, ale nie wiem, jakie będę tego efekty. Jeśli jednak ma dojść do konfrontacji, wolę rzucić potencjalnych wrogów na pożarcie, a nie was.
Tutaj była, ta bezwzględność Morpheusa, która czasami wypływała na powierzchnię. Niby oliwa sprawiedliwa, ale nie w tym wypadku, bo waga nie miała prawidłowych odważników. Na szali byli dobrzy ludzie, jak Brenne, jak Nora, jak Basilius, jak Thomas, Jonathan, Dora, każdy w zastępach Zakonu Feniksa oraz... ludzie, którzy byli bierni, którzy zarabiali na konflikcie i tacy, którzy zakładali maski. Jeżeli umrą? Świat będzie lepszy. Jeżeli umrą, w służbie dobru? Tym lepiej.
— Oby szybko się to rozwiązało, bo jeden kryzys za drugim to przasada nawet dla tej rzeczywistości. Już zarobiłaś na swoje siedem lat szczęścia.
Wydął policzki i wypuścił głośno z nich powietrze, wzdychając, po czym podniósł się i żartobliwie zasalutował Brennie.
— Obowiązki wzywają. Nie umrzyj w międzyczasie.