22.02.2026, 18:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 18:48 przez Cathal Shafiq.)
Cathal znał w Hogsmeade każdy kąt: może nie taki, jakim był teraz, ale jakim był te kilkanaście lat temu, w czasach Hogwarckich, gdy uczniowie spędzali tutaj weekendy. Znudzony terenami zamku zaglądał do wszystkich sklepów i włóczył się po okolicy choćby po to, by znaleźć coś nowego. Przez lata niektóre domy wyremontowano, inne zaczęły niszczeń, zlikwidowano jeden czy dwa punkty usługowe, i zamiast nich pojawiły się nowe, ale Hogsmeade tak naprawdę nie zmieniło się bardzo. Wciąż było tym małym miasteczkiem, jak z pocztówki, fascynującym dla dzieciaka, a trochę nudnym dla człowieka, na którego wyrósł Shafiq.
Nie wątpił jednak, że Guinevere wiele rzeczy się tu spodoba, od kolorowego sklepu Zonka, przed którym co jakiś czas rozbłyskiwały bezgłośne fajerwerki, przez uroczę herbaciarnię, która jemu zawsze miała kojarzyć się z Ulyssesem, aż po to grzane wino serwowane w Pubie pod Trzema Miotłami.
– Dobrze – zgodził się więc bez większego oporu, kiedy wyszli z jednego z punktów i okazało się, że po niedawnym deszczu zostały tylko kałuże, a gdy uniósł głowę i spojrzał na niebo, dostrzegł nawet prześwity błękitu wśród szarych chmur. To były jeszcze ostatnie dni, gdy pogoda w Anglii była w miarę znośna: wkrótce miały nadciągnąć mgły, coraz częstsze deszcze i coraz krótsze dni.
Był pewien, że jesienią zacznie tęsknić za egipskim żarem i wiecznym słońcem.
Opuścili więc sam teren wioski, najpierw wędrując ścieżką, a potem na przełaj, przez wciąż wilgotną trawę, ku jezioru, po którego drugiej stronie mogliby zobaczyć Hogwart. Uwagę Guinevere po drodze przyciągnął jednak łuk triumfalny, zielony pomimo pory roku.
– W okolicy jest sporo magicznych roślin i zwierząt – rzucił tylko, bo chociaż widywał czasem ten żywopłot z daleka, jakoś nigdy nie pomyślał, by pod nim przejść.
Gdy teraz to zrobili i zaszumiały tysiące liści, a potem zieleń poruszyła się wokół, ręka Cathala odruchowo sięgnęła ku różdżce, a on sam zastygł, zmuszając umysł do skupienia się na obecnej chwili, nie pozwalaniu mu uciec myślami w przeszłość. To był odruch, bo w ich robocie zazwyczaj tego typu rzeczy oznaczały pułapkę. Zaraz jednak dotarło do niego, że nie był gdzieś przy masowych grobach w Peru, nie wchodził do irlandzkich kurhanów, ani do egipskich piramid. To było Hogsmeade.
– Prawdopodobnie jakiś miejscowy żart – skwitował więc, wypuszczając powietrze z płuc i odwrócił się, za nimi jednak znajdowała się ściana z zieleni i gałązek, nie wyjście. Machnął różdżką, usiłując tę przesunąć.
Ściana przesunęła się, posłuszna zaklęciu...
...ale za nią kryła się kolejna, identyczna.
- Wygląda na to, że musimy uczciwie znaleźć wyjście - powiedział z pewnym zamyśleniem, tym razem spoglądając przez ramię na korytarz, który otworzył się przed nimi i rozgałęział w dwie strony.
Nie wątpił jednak, że Guinevere wiele rzeczy się tu spodoba, od kolorowego sklepu Zonka, przed którym co jakiś czas rozbłyskiwały bezgłośne fajerwerki, przez uroczę herbaciarnię, która jemu zawsze miała kojarzyć się z Ulyssesem, aż po to grzane wino serwowane w Pubie pod Trzema Miotłami.
– Dobrze – zgodził się więc bez większego oporu, kiedy wyszli z jednego z punktów i okazało się, że po niedawnym deszczu zostały tylko kałuże, a gdy uniósł głowę i spojrzał na niebo, dostrzegł nawet prześwity błękitu wśród szarych chmur. To były jeszcze ostatnie dni, gdy pogoda w Anglii była w miarę znośna: wkrótce miały nadciągnąć mgły, coraz częstsze deszcze i coraz krótsze dni.
Był pewien, że jesienią zacznie tęsknić za egipskim żarem i wiecznym słońcem.
Opuścili więc sam teren wioski, najpierw wędrując ścieżką, a potem na przełaj, przez wciąż wilgotną trawę, ku jezioru, po którego drugiej stronie mogliby zobaczyć Hogwart. Uwagę Guinevere po drodze przyciągnął jednak łuk triumfalny, zielony pomimo pory roku.
– W okolicy jest sporo magicznych roślin i zwierząt – rzucił tylko, bo chociaż widywał czasem ten żywopłot z daleka, jakoś nigdy nie pomyślał, by pod nim przejść.
Gdy teraz to zrobili i zaszumiały tysiące liści, a potem zieleń poruszyła się wokół, ręka Cathala odruchowo sięgnęła ku różdżce, a on sam zastygł, zmuszając umysł do skupienia się na obecnej chwili, nie pozwalaniu mu uciec myślami w przeszłość. To był odruch, bo w ich robocie zazwyczaj tego typu rzeczy oznaczały pułapkę. Zaraz jednak dotarło do niego, że nie był gdzieś przy masowych grobach w Peru, nie wchodził do irlandzkich kurhanów, ani do egipskich piramid. To było Hogsmeade.
– Prawdopodobnie jakiś miejscowy żart – skwitował więc, wypuszczając powietrze z płuc i odwrócił się, za nimi jednak znajdowała się ściana z zieleni i gałązek, nie wyjście. Machnął różdżką, usiłując tę przesunąć.
Rzut O 1d100 - 72
Sukces!
Sukces!
Ściana przesunęła się, posłuszna zaklęciu...
...ale za nią kryła się kolejna, identyczna.
- Wygląda na to, że musimy uczciwie znaleźć wyjście - powiedział z pewnym zamyśleniem, tym razem spoglądając przez ramię na korytarz, który otworzył się przed nimi i rozgałęział w dwie strony.