22.02.2026, 19:01 ✶
Kate wydała z siebie westchnienie, z gatunku tych cierpiętniczych, bo obawiała się, że Othello wybierze to rozwiązanie, a bolała ją sama myśl o uszkadzaniu lusterka, nawet jeżeli dało się je potem naprawić. Rzuciła ku zwierciadłu spojrzenie przepełnione żalem, naprawdę smutna, że nie potrafiła zwyczajnie odczynić klątwy: ale by móc załatwić to w ten sposób musieliby kontaktować się z klątwołamaczek, a Fawley chyba dość miał tych run.
- Oj, nie, nie będę ryzykować z zaklęciem - przeraziła się. Może i z kształtowaniem radziła sobie całkiem dobrze, ale wystarczyłoby tutaj, by ręka odrobinę się jej omsknęła i katastrofa gotowa! A pewności swoich dłoni ufała znacznie bardziej, gdy trzymała w nich narzędzia rzemieślnicze niż używała czarów rozbijających. – Mam w torebce dłuto, myślę, że precyzyjne uderzenie będzie tutaj najlepsze… – oświadczyła, a potem przez chwilę grzebała w rzeczonej torebce, dopóki nie wyciągnęła z niej faktycznie dłuta oraz dużej, kolorowej chusteczki.
Chusteczką starannie rozłożyła na blacie. Dłonią, skrytą pod rękawiczką, sięgnęła po lusterko i ustawiła je tylną stroną do swojej twarzy, a tą szklaną zwróciła do chusteczki. Tak trochę pod kątem, aby móc lepiej uderzyć. Miało to na celu i zebranie kawałków szkła tak, by nie musieli ich dotykać – uważała, że bezpieczniej jeśli Othello jednak przy okazji pokaże je jakiemuś klątwołamaczowi – i by mogła je rozbić nie spoglądając sama w taflę.
Wprawnie ujęła dłuto i uderzyła z dołu, pod kątem i niezbyt mocno: nie chciała w końcu uszkodzić ramy ani zasypać sobie palców dużą ilością odłamków. Uderzenie było więc delikatne, by spowodować pęknięcie, a potem usunęła resztę szkła.
– Co za szczęście, że nie jestem przesądna i nie wierzę w siedem lat nieszczęścia – powiedziała pogodnie, bo i prawda była taka, że już zdarzało się jej usuwać szkło z lusterka, by takie naprawić albo wykorzystać do czegoś innego. – Czy teraz możesz już mówić bez rymów? – spytała, spoglądając na Fawleya. Miała nadzieję, że to taki sam przypadek, jak z ostatnim przedmiotem tego typu, rzucającym klątwę na człowieka, z którym miała do czynienia i się udało...
- Oj, nie, nie będę ryzykować z zaklęciem - przeraziła się. Może i z kształtowaniem radziła sobie całkiem dobrze, ale wystarczyłoby tutaj, by ręka odrobinę się jej omsknęła i katastrofa gotowa! A pewności swoich dłoni ufała znacznie bardziej, gdy trzymała w nich narzędzia rzemieślnicze niż używała czarów rozbijających. – Mam w torebce dłuto, myślę, że precyzyjne uderzenie będzie tutaj najlepsze… – oświadczyła, a potem przez chwilę grzebała w rzeczonej torebce, dopóki nie wyciągnęła z niej faktycznie dłuta oraz dużej, kolorowej chusteczki.
Chusteczką starannie rozłożyła na blacie. Dłonią, skrytą pod rękawiczką, sięgnęła po lusterko i ustawiła je tylną stroną do swojej twarzy, a tą szklaną zwróciła do chusteczki. Tak trochę pod kątem, aby móc lepiej uderzyć. Miało to na celu i zebranie kawałków szkła tak, by nie musieli ich dotykać – uważała, że bezpieczniej jeśli Othello jednak przy okazji pokaże je jakiemuś klątwołamaczowi – i by mogła je rozbić nie spoglądając sama w taflę.
Wprawnie ujęła dłuto i uderzyła z dołu, pod kątem i niezbyt mocno: nie chciała w końcu uszkodzić ramy ani zasypać sobie palców dużą ilością odłamków. Uderzenie było więc delikatne, by spowodować pęknięcie, a potem usunęła resztę szkła.
– Co za szczęście, że nie jestem przesądna i nie wierzę w siedem lat nieszczęścia – powiedziała pogodnie, bo i prawda była taka, że już zdarzało się jej usuwać szkło z lusterka, by takie naprawić albo wykorzystać do czegoś innego. – Czy teraz możesz już mówić bez rymów? – spytała, spoglądając na Fawleya. Miała nadzieję, że to taki sam przypadek, jak z ostatnim przedmiotem tego typu, rzucającym klątwę na człowieka, z którym miała do czynienia i się udało...