22.02.2026, 20:17 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 22.02.2026, 20:40 przez Aaron Andrew Moody.)
Aaron Moody nie znał się na kobiecych torebkach. Nie miał zbytnio pojęcia o tym, co modne, a co dawno już wypadło z obiegu. A już na pewno nie mógł wiedzieć, że torebka Lorien Mulciber warta była więcej niż połowa mugolskiej dzielnicy, w której się właśnie znajdowali... I to z niedoszacowaniem. Nie, Aaron na modzie kompletnie się nie znał, potrafił jednak docenić wygodę i właściwości praktyczne. A praktyczną właściwością torebki Lorien było to, że wiele się w niej mieściło. Bardzo wiele. W milczeniu przyglądał się, jak zaczyna w niej grzebać, bez słowa oferując pomoc, gdy kobiecie zaczęło już brakować miejsca na podołku. Takim oto sposobem w jego rękach znalazło się ciemnokobaltowe pióro oraz fiolka z czymś, co podejrzanie przypominało krew. Chciał zapytać, naprawdę chciał zapytać, ale zanim się odważył, na jego kolanach wylądowała kosmetyczka, z której wychylały się nieśmiało narzędzia stosowane niegdyś podczas wizengamockich przesłuchań. Wtedy kiedy jeszcze nie zakazywano tortur na postawionych przed sądem czarnoksiężnikach. Piękne czasy! Przypuszczał, że sędzia pokazywała aparaturę pochodzącą z wieków średnich studentom. Nigdy przecież nie domyśliłby się, że ma do czynienia ze zwykłą zalotką do rzęs. Może dlatego rozejrzał się dyskretnie, czy nikt nie patrzy, zanim zasunął zameczek. No bo jeszcze wyjdzie, że łamią przypadkiem protokół tajności! Oprócz tego otrzymał na przechowanie chusteczki, mugolski taser (Moody myślał, że to taser, w rzeczywistości była to jednak magiczna prostownica do włosów) oraz... Kulę do bilarda. A może była to kula magiczna? Nie przypominała tych, z którymi zwykle miał do czynienia. Przy bliższych oględzinach dostrzegł jednak wprawione w kulę, trójkątne okienko, w którym widniał napis: "zapytaj mnie". Nie zdążył jednak o nic zapytać, bo pani sędzia wyjęła mu kulę z ręki, wrzucając ją z powrotem w przepastną otchłań swej torebki, która jakimś cudem wcale nie wyglądała na wypchaną. Zamiast tego, wręczyła mu bilety. Bilety na mecz Zjednoczonych z Puddlemere, którym, oczywiście, wiernie kibicował od najmłodszych lat, nawet wtedy, kiedy szorowali tyły tabeli kwalifikacyjnej. Fanem się przecież było, a nie bywało.
Słysząc propozycję Lorien, Aaron zmarszczył delikatnie brwi.
Oczywiście, pierwszym, o czym pomyślał, było to, że nie może przyjąć tego nieoczekiwanego prezentu. Po drugie, zauważył, że bilety były drogie. Za miejsca w wyższych lożach zawsze trzeba było zapłacić więcej. A po trzecie... Po trzecie to zauważył, że zapomniał swojego szalika w barwach klubowych z ministerialnej szatni.
Pewnie, że mógłby zabrać Woody'ego. Kiedyś. Kiedy jeszcze mogli wyjść na miasto bez poczucia, że ktoś depcze im po piętach. Że jakiś męt z półświatka zobaczy, że jego przyjaciel prowadza się z aurorem, a potem zaszantażuje go, albo od razu sprzeda swym koleżkom ze Ścieżek. Nawet w Rejwachu pojawiał się wyłącznie w godzinach zamknięcia. Nie daj, żeby ludzie zorientowali się, że właściciel ma konszachty z glinami. Nokturn nigdy by mu tego nie darował. Tam przecież pluli na widok munduru brygadzisty, a co dopiero na widok aurorskiej odznaki. Nie, to wszystko było wykluczone. Mógłby zabrać syna, pomyślał, ale zrazu przypomniał sobie, że wypadała wtedy pełnia. Odepchnął od siebie myśl o córce, która w quidditcha zawsze była diablo dobra. Nie byłoby mądrym zabierać ją na tłumny stadion. Nie w jej stanie.
Aaron pokręcił więc głową zanim jeszcze dotarł do niego pełen sens wypowiedzi Lorien. Jaką niby panią miałby zabierać na mecze qudditcha? Już dwadzieścia... Nie, dwadzieścia jeden lat minęło, jak zmarła jego żona, i od tego czasu wszyscy przyjaciele wiedzieli, żeby nie pytać Moody'ego o żadne osoby towarzyszące, gdy zapraszało się go na wesela, chrzciny, i inne takie. Jeżeli ma przyjść, to przyjdzie sam. W pewnym sensie męczyło go to, że unikano tego tematu. Nie żeby sam nie był temu winien. Przed laty niemal wypalił w twarz bogom ducha winnej kuzynce Jennifer, że może sobie darować zapraszanie go na Mabon, skoro narzeka, że nie ma jak go usadzić, żeby nie zaburzyć porządku przy stole. Jedyna osoba, która czyniła rodzinne spotkania znośnymi i tak leży już przecież grobie, mruknął wtedy, zaraz zdjęty jednak poczuciem winy, bo kuzynce łzy stanęły w oczach. Przeprosił ją niezręcznie. Na Mabon i tak nie planował przychodzić. Po co sprawiać jej więcej przykrości? Po prostu... Madeleine nie żyła. Nie potrzebował, żeby przypominano mu o tym na każdym kroku. Nie dlatego, że jej wspomnienie było mu niemiłym. Dlatego, że sam pamiętał wszystko wystarczająco dobrze.
Nie pamiętał natomiast wiele z życia przed nią.
Przed Madeleine.
Nigdy mu to nie przeszkadzało. Odpowiedzialność, jaka spadła na niego być może zbyt wcześnie, nie była mu nigdy ciężarem. Wziął go na plecy, udźwignął, dał nawet radę się wyprostować, chociaż nogi się pod nim uginały. Może i wpadli, ale skoro z jednym dzieckiem dali radę, drugie nie mogło być złym pomysłem. Może i... Nie, nie warto było tego wszystkiego teraz roztrząsać. Przecież ostatnim, czego chciał, było to, żeby ludzie nagle zapomnieli o Maddie. Gorszym niż współczujące spojrzenia gdy nosił żałobę, były tylko natrętne pytania, wtedy, gdy już ją zdjął. Przyjazne kuksańce od kolegów, gdy siedzieli w barze, a przechodząca obok kobieta zawiesiła na nim oko. Koleżanki, pytające, czy daje sobie radę z dziećmi, gdy nie ma komu zająć się domem.
Nie znosił tej pobłażliwej litości, nawet, jeżeli wiedział, że stały za nią dobre intencje.
Jakie intencje stały za pytaniem pani sędzi?
– A pani nie kibicuje? To ostatni mecz w kwalifikacjach do Mistrzostw Europy. Ostatni mecz Stapletona w reprezentacji! Z takiej loży dobrze będzie widać jak grają w powietrzu. Nie śmiałbym przyjąć takiego...
Och.
Och.
Niewielu o tym wiedziało, ale Aaronowi Moody'emu czerwieniały trochę uszy, gdy się peszył. Chyba nawet sam zainteresowany o tym nie wiedział, bo minęło jednak trochę czasu, odkąd zaprosił jakąś kobietę na kawę. I to nie byle jaką kobietę, tylko Lorien Crouch. Zaprosił. Na kawę. Uważnie przesunął spojrzeniem po jej twarzy. Nie, wyobrażał sobie. Zdecydowanie zbyt wiele sobie wyobrażał. A co jeżeli...? Nie, nie może być. Dobrze, że rumieniec nie rozlał się dalej, na twarz i policzki. Wszystko można było póki co zrzucić na karb zimniejszego powiewu wiatru. Zwłaszcza, że nie wziął szalika.
– ...Chyba, że ma pani ochotę pójść. Ze mną, mam na myśli. Albo raczej ja z panią, bo to pani bilety. – Potrząsnął lekko głową, jak gdyby sam był nieco zażenowany tym, że zaplątał się niepotrzebnie w słowach. Nie stracił jednak rezonu. Wyprostował się w swoim miejscu, nie odwracając ani na chwilę oczu od twarzy Lorien. – A nie to jest przecież najważniejsze, jeżeli już idziemy wspólnie. Najważniejsze jest, że... – urwał nagle, przybrawszy na twarz wyraz śmiertelnej powagi. Wyciągnął z powrotem bilety w stronę kobiety, tak, żeby mogła zobaczyć oznaczenie sektoru. – ...Nie kibicuje pani Gargulcom, prawda? – zniżył głos, rozejrzawszy się wcześniej na boki, jak gdyby miała mu właśnie wyjawić straszliwy sekret, a on upewniał się, że nikt inny nie słucha.
Ale nie, wokół nich gruchały tylko gołębie, których otoczyły ławeczkę ciasnym kręgiem, jak gdyby liczyły na to, że uda im się wyżebrać coś do jedzenia.
Słysząc propozycję Lorien, Aaron zmarszczył delikatnie brwi.
Oczywiście, pierwszym, o czym pomyślał, było to, że nie może przyjąć tego nieoczekiwanego prezentu. Po drugie, zauważył, że bilety były drogie. Za miejsca w wyższych lożach zawsze trzeba było zapłacić więcej. A po trzecie... Po trzecie to zauważył, że zapomniał swojego szalika w barwach klubowych z ministerialnej szatni.
Pewnie, że mógłby zabrać Woody'ego. Kiedyś. Kiedy jeszcze mogli wyjść na miasto bez poczucia, że ktoś depcze im po piętach. Że jakiś męt z półświatka zobaczy, że jego przyjaciel prowadza się z aurorem, a potem zaszantażuje go, albo od razu sprzeda swym koleżkom ze Ścieżek. Nawet w Rejwachu pojawiał się wyłącznie w godzinach zamknięcia. Nie daj, żeby ludzie zorientowali się, że właściciel ma konszachty z glinami. Nokturn nigdy by mu tego nie darował. Tam przecież pluli na widok munduru brygadzisty, a co dopiero na widok aurorskiej odznaki. Nie, to wszystko było wykluczone. Mógłby zabrać syna, pomyślał, ale zrazu przypomniał sobie, że wypadała wtedy pełnia. Odepchnął od siebie myśl o córce, która w quidditcha zawsze była diablo dobra. Nie byłoby mądrym zabierać ją na tłumny stadion. Nie w jej stanie.
Aaron pokręcił więc głową zanim jeszcze dotarł do niego pełen sens wypowiedzi Lorien. Jaką niby panią miałby zabierać na mecze qudditcha? Już dwadzieścia... Nie, dwadzieścia jeden lat minęło, jak zmarła jego żona, i od tego czasu wszyscy przyjaciele wiedzieli, żeby nie pytać Moody'ego o żadne osoby towarzyszące, gdy zapraszało się go na wesela, chrzciny, i inne takie. Jeżeli ma przyjść, to przyjdzie sam. W pewnym sensie męczyło go to, że unikano tego tematu. Nie żeby sam nie był temu winien. Przed laty niemal wypalił w twarz bogom ducha winnej kuzynce Jennifer, że może sobie darować zapraszanie go na Mabon, skoro narzeka, że nie ma jak go usadzić, żeby nie zaburzyć porządku przy stole. Jedyna osoba, która czyniła rodzinne spotkania znośnymi i tak leży już przecież grobie, mruknął wtedy, zaraz zdjęty jednak poczuciem winy, bo kuzynce łzy stanęły w oczach. Przeprosił ją niezręcznie. Na Mabon i tak nie planował przychodzić. Po co sprawiać jej więcej przykrości? Po prostu... Madeleine nie żyła. Nie potrzebował, żeby przypominano mu o tym na każdym kroku. Nie dlatego, że jej wspomnienie było mu niemiłym. Dlatego, że sam pamiętał wszystko wystarczająco dobrze.
Nie pamiętał natomiast wiele z życia przed nią.
Przed Madeleine.
Nigdy mu to nie przeszkadzało. Odpowiedzialność, jaka spadła na niego być może zbyt wcześnie, nie była mu nigdy ciężarem. Wziął go na plecy, udźwignął, dał nawet radę się wyprostować, chociaż nogi się pod nim uginały. Może i wpadli, ale skoro z jednym dzieckiem dali radę, drugie nie mogło być złym pomysłem. Może i... Nie, nie warto było tego wszystkiego teraz roztrząsać. Przecież ostatnim, czego chciał, było to, żeby ludzie nagle zapomnieli o Maddie. Gorszym niż współczujące spojrzenia gdy nosił żałobę, były tylko natrętne pytania, wtedy, gdy już ją zdjął. Przyjazne kuksańce od kolegów, gdy siedzieli w barze, a przechodząca obok kobieta zawiesiła na nim oko. Koleżanki, pytające, czy daje sobie radę z dziećmi, gdy nie ma komu zająć się domem.
Nie znosił tej pobłażliwej litości, nawet, jeżeli wiedział, że stały za nią dobre intencje.
Jakie intencje stały za pytaniem pani sędzi?
– A pani nie kibicuje? To ostatni mecz w kwalifikacjach do Mistrzostw Europy. Ostatni mecz Stapletona w reprezentacji! Z takiej loży dobrze będzie widać jak grają w powietrzu. Nie śmiałbym przyjąć takiego...
Och.
Och.
Niewielu o tym wiedziało, ale Aaronowi Moody'emu czerwieniały trochę uszy, gdy się peszył. Chyba nawet sam zainteresowany o tym nie wiedział, bo minęło jednak trochę czasu, odkąd zaprosił jakąś kobietę na kawę. I to nie byle jaką kobietę, tylko Lorien Crouch. Zaprosił. Na kawę. Uważnie przesunął spojrzeniem po jej twarzy. Nie, wyobrażał sobie. Zdecydowanie zbyt wiele sobie wyobrażał. A co jeżeli...? Nie, nie może być. Dobrze, że rumieniec nie rozlał się dalej, na twarz i policzki. Wszystko można było póki co zrzucić na karb zimniejszego powiewu wiatru. Zwłaszcza, że nie wziął szalika.
– ...Chyba, że ma pani ochotę pójść. Ze mną, mam na myśli. Albo raczej ja z panią, bo to pani bilety. – Potrząsnął lekko głową, jak gdyby sam był nieco zażenowany tym, że zaplątał się niepotrzebnie w słowach. Nie stracił jednak rezonu. Wyprostował się w swoim miejscu, nie odwracając ani na chwilę oczu od twarzy Lorien. – A nie to jest przecież najważniejsze, jeżeli już idziemy wspólnie. Najważniejsze jest, że... – urwał nagle, przybrawszy na twarz wyraz śmiertelnej powagi. Wyciągnął z powrotem bilety w stronę kobiety, tak, żeby mogła zobaczyć oznaczenie sektoru. – ...Nie kibicuje pani Gargulcom, prawda? – zniżył głos, rozejrzawszy się wcześniej na boki, jak gdyby miała mu właśnie wyjawić straszliwy sekret, a on upewniał się, że nikt inny nie słucha.
Ale nie, wokół nich gruchały tylko gołębie, których otoczyły ławeczkę ciasnym kręgiem, jak gdyby liczyły na to, że uda im się wyżebrać coś do jedzenia.
– You're too difficult.
– The situation is difficult, not me.
– The situation is difficult, not me.