19.03.2026, 08:13 ✶
Może w innej sytuacji Hannibal byłby w stanie zauważyć troskę Jessiego, jak zwykle między nimi, przebraną za irytację, podszytą teraz gniewem nie dlatego, że ten drugi wpakował się w coś niebezpiecznego, ale że zrobił to sam. Może dostrzegłby, w jak lustrzanie podobnej pozycji się znaleźli - odkrywszy nagle, że wzajemne zaufanie pozostawiało jednak miejsce na tajemnice i że mimo dziesięcioletniej (dziesięcio-kurwa-letniej!) przyjaźni, wciąż były rzeczy, których o sobie nie wiedzieli. Że Jonathan - pełniący dla nich obu poniekąd ojcowską rolę - miał wampirzego chłopaka, do którego im się nie przyznał, a który najwyraźniej nie cofał się przed używaniem członków jego rodziny do własnych pokrętnych celów i Hannibal podejrzewał, że obściskiwanie się po nocach w teatrze i potraktowanie go jako przystawki należały jeszcze do tych niewinniejszych.
Może zaproponowałby wymianę informacji i próbę ułożenia tych faktów, które znali w jakąś logiczną całość.
W tym momencie urażona duma, niespodziewanie magnetyczna aura roztaczana przez hrabiego i rewelacje o tym, że Jessie również padł ofiarą wampira (chociaż innego - nie z własnej woli, najwyraźniej - i nie w sposób ostateczny, dzięki Matce), nieco zaburzały Selwynowi osąd. Zasobów starczyło tylko na obronę i atak.
Zazdrosny?
Przez twarz Hannibala przebiegł grymas, jakby Jessie go uderzył. Coś miękkiego i zranionego, odsłoniętego na krótką chwilę zanim jego rysy na powrót stwardniały.
Nie był zazdrosny. Nie był zazdrosny!
- O cieknącego wampira z zaburzonym poczuciem estetyki? - prychnął.
Czy o zaufanie mojego najlepszego przyjaciela, którego najwyraźniej nie jestem godzien? - pomyślał.
Gdyby spróbował to powiedzieć, zacząłby krzyczeć.
(Kawałek za kawałek. Niektórzy odmawiali oddania swojego w ramach wymiany.)
Zdumienie Jessiego wieściami o inkluzywnych zwyczajach seksualnych Jonathana niewiele zrobiło dla poprawy selwynowego nastroju.
- No widzisz, co za niespodzianka - powiedział, jasno dając do zrozumienia, że dla niego nie jest to żadne zaskoczenie, choć przecież tak naprawdę nie wiedział nic na pewno - Może to u nas rodzinne?... - jego beztroska była tak sztuczna, jak przesłodzona sacharyną herbata i podobnie groziła wywróceniem żołądka na drugą stronę. Przechylił głowę i nawinął sobie kosmyk włosów na palec przerysowanym, kokieteryjnym gestem.
I wtedy Jessie zauważył ślady zębów.
Przejściowe kłopoty! - pomyślał rozpaczliwie Hannibal - Przejściowe! To znaczy że powinny p r z e c h o d z i ć , nie wskakiwać jedne na drugie, jak akrobaci w cyrku!
Sięgnął do szyi, w bezsensownej, odruchowej próbie zasłonięcia blizny, ale natrafił na dłoń Jessiego, która była tam szybciej. Zamarł na chwilę, zanim kolejne instynktowne zachowanie wskoczyło na swoje miejsce i na wpół nieświadomie zamknął na niej palce, pogłaskał kciukiem, kontakt fizyczny perfekcyjnie przekuty w mechanizm obronny, w odwrócenie uwagi.
Czy on cię, KURWA, UGRYZŁ?!
Jessie krzyczał i Hannibal tak dobrze to znał, perski dywan gabinetu ojca pod stopami, śliski parkiet sali treningowej pod stopami, wytarte deski sceny, a teraz najwyraźniej też kafelki łazienki, i mógłby - powinien - zacisnąć zęby i odpowiedzieć czymś agresywnym albo odmierzonym i bezczelnym, ale -
chwilę wcześniej
Jessie pytał łagodnie i z troską i Hannibal -
- Hannibal nie był gotowy -
- Hannibal nie był gotowy -
Fasada jego opanowania złożyła się jak domek z kart, cicho i spektakularnie.
Przełknął z trudem, za głośno. Popatrzył na niego, ważąc w duchu możliwości albo może tocząc wewnętrzną walkę, a potem jakby oklapł. Uwolnił jego rękę. Pozwolił własnej opaść bezwładnie wzdłuż boku.
- Nie wydaje mi się, żeby Gabriel potrzebował twojego kołka - wymamrotał, już nie kąśliwie, a z rezygnacją - Jak widziałeś, wydaje się być całkowicie pochłonięty nowym projektem.
Tym razem nie zrobił nic, by ukryć zdradliwe emocje w swoim głosie. Brzmiał jak zagubiony, dwudziestoletni chłopak, który właśnie zorientował się, że być może ugryzł (o ironio!) więcej, niż był w stanie łyknąć i że nie za bardzo wie, co ma czuć i myśleć. W głębi duszy był na siebie za to zły, bo przecież jedyna słabość, jaką wolno było okazywać dziedzicowi Selwynów, to ta, którą grał. Westchnął - nie teatralnie i ostentacyjnie, a ze zmęczeniem, jak zwykły człowiek.
- Tak, ugryzł mnie. Pozwoliłem mu na to. Nie wiedziałem wtedy o… - wymownym gestem wskazał na drzwi oddzielające ich od starszych mężczyzn - Nie zrobił mi krzywdy. Nie mów Jonathanowi?... - poprosił dziecinnie, żałośnie, upokarzająco.
Oparł się o ścianę obok Jessiego.
- A ty? - zapytał cicho i ponownie przyjrzał się jego szyi, szukając ewentualnych śladów. Uniósł dłoń, jakby chciał do niej sięgnąć, jak wczesniej Kelly, ale gest zawisł w powietrzu, niepewny, niedokończony.
Kiedy? Jak? Bał się zapytać o szczegóły, o bardziej długofalowe skutki, skoro stało się wbrew jego woli. Do diabła, teraz, kiedy o tym pomyślał w ten sposób, bał się go nawet dotknąć.